Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
51%
Dobra.
27%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 41

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Thor 3D – okiem Lorelay

Żenująco-komiczne dzieje mieszkańców aluminiowego Asgardu

Chociaż bardzo rzadko zdarza mi się wracać do tych samych filmów więcej niż jeden raz, marvelowskiego Thora oglądałam aż dwukrotnie. Bynajmniej nie dlatego, że obraz zrobił na mnie tak ogromne i pozytywne wrażenie, iż nie mogłam oprzeć się pokusie powtórnego spotkania z jego bohaterami. Powód jest o wiele bardziej prozaiczny. Zakład z mężem. Mój małżonek twierdził uparcie, że dotrwa do końca, a co więcej – laptop również zdoła wyjść cało z tej opresji. Ja natomiast byłam zgoła innego zdania. Przegrałam, czego dowód stanowi recenzja, którą nieszczególnie szczęśliwy zwycięzca zamieścił na łamach Efantastyki kilka dni wcześniej. Czytając ten tekst uznałam jednak, że nie będę sobie odmawiała przyjemności dodania kilku groszy od siebie.

Z pozoru Thor to tylko kolejna hollywoodzka superprodukcja i kolejna dawka mocno przesadzonego łubudu-bum-cmok. Chociaż… Tym razem film znów trafił na specyficznego odbiorcę o nietypowych oczekiwaniach. Dla takiego widza jak ja, pewne elementy, zarówno fabuły jak i jej oprawy, które przez innych, jak znam życie, zostały odebrane wręcz jako atuty, niestety okazały się co najmniej tak niestrawne jak przeterminowana sałatka śledziowa. Fakt, że przedstawiona przez twórców wizja Asgardu i jego mieszkańców kłóci się z moją własną jest naprawdę najmniej istotnym powodem tej opinii. Tym, co najbardziej mi przeszkadzało był klimat, jaki roztaczały obrazy widoczne na ekranie. I właśnie dlatego, na głowy filmowców także ode mnie lawinowo posypią się kolejne ciosy.

Cios pierwszy: Fabuła

Twórcy zamiast skupić się na właściwej tematyce opowieści, którą zamierzali przekazać widzom, położyli nacisk na wątki poboczne o wątpliwej jakości. Wszystko to, co docelowo miało wywoływać w widzach silne emocje – okazało się kompletnie chybionymi strzałami, jak kulą w płot. Motywy, w mniemaniu filmowców, wzruszające i wyciskające łzy z oczu – mnie żenowały, budziły niesmak. Te, podobno humorystyczne, zamiast owocować wybuchami śmiechu, konsternowały. Wagę przywiązano dokładnie do wszystkiego, byle nie do istoty konfliktu oraz całkiem niegłupiej głównej (a raczej „głównej”) intrygi, która pozostała gdzieś w tle i zanikła w gąszczu kiepskich dowcipów, ogólnej rozpierduchy oraz beznadziejnie naiwnego romansu. W amerykańskim kinie, o czymkolwiek nie traktowałby film, nie może zabraknąć wątku miłosnego. Zwykle jednak jest on jedynie dodatkiem do głównego wątku. Tutaj – wprost przeciwnie. To przewodnia intryga została jedynie urozmaiceniem „prawdziwej treści”, czyli… wymuszonego, sztucznego i do granic możliwości dennego romansidła. Może jestem dziwna, ale Thor w roli Edwarda Cullena zupełnie mnie nie przekonuje. Cóż… prawdziwy heros nie może przecież nie być zakochany. Bohaterowie zawsze są zakochani! Tylko dlaczego… Do stu tysięcy plugawych olbrzymów, dlaczego koniecznie w mimozowatej śmiertelniczce?!

Cios drugi: Poprawność polityczna

Do przesadnego dbania o status mniejszości narodowych w USA wszyscy zdążyli się już przyzwyczaić, ale twórcy tego filmu, moim zdaniem, poważnie przesadzili. O ile opinią publiczną zatrząsł czarnoskóry aktor w roli Heimdalla, to we mnie znacznie silniejsze emocje wywołał… azjatycki Einherjer. Tolerancja tolerancją, ale na litość, wypadałoby w tym wszystkim choć odrobinę trzymać się konwencji! Aby równouprawnienia po amerykańsku stało się zadość, musiała też pojawić się postać kobieca w roli superwoja. W porządku, nie ma sprawy. Wróć! Nie byłoby, gdyby ta rola przypadła w udziale choćby Freyi albo jakiejś wyimaginowanej Pani-Einherjer. Ale dlaczego Sif? Nie jestem w stanie pojąć toku myślenia twórców obrazu. Kreacja wojowniczki a’la Xena, której pierwowzorem jest bogini urodzaju, stanowi dla mnie szczyt absurdu. Pomijając już fakt, że przedstawienie Sif jako towarzyszki broni, nie zaś żony Thora, wydaje mi się zupełnie pozbawione sensu i logiki. Dopełnieniem irracjonalności tego pomysłu są ciemne włosy aktorki, wcielającej się w tę rolę. Może to efekt mojej nieumiejętności wyjścia poza mitologiczny schemat, ale taki obraz Sif jest dla mnie porównywalny z dwumetrowym hobbitem o delikatnych, zgrabnych i gładkich stopach.

Cios trzeci: Kreacje postaci

Gdyby jeszcze cały grzech twórców filmu tkwił w wyglądzie odtwórców głównych ról… To jednak tylko początek absurdów związanych z kreacją postaci. O wiele bardziej irytujące są rysy psychologiczne bohaterów. Należy zacząć od tego, że tylko u kilku z nich one w ogóle się pojawiają. Znaczna większość jest mdła i nijaka – sprawiają wrażenie, jakby po prostu byli, występowali w opowieści i nic poza tym. Pod tym względem najmocniej rozczarował mnie Odyn – jeden z najbardziej barwnych charakterów mitologii germańskiej. Wprowadzenie go do fabuły daje olbrzymie możliwości oraz pole do popisu zarówno scenarzystom, jak i aktorowi. Tutaj – wypadł blado, został odarty z całej swojej niebanalnej osobowości. Frigg natomiast okazała się jedynie ozdobą u boku nieciekawego męża. Kto wie, może miała po prostu utrzymać poprawny politycznie bilans między ilością postaci męskich a żeńskich? Z kolei towarzysze broni Thora pełnili funkcję filmowych komików. Właściwie całą tę czwórkę zapamiętałam wyłącznie jako katalizatory kiepskiego, prymitywnego i pozbawionego jakiejkolwiek błyskotliwości humoru. Jeszcze inny problem dotyczy postaci ludzkich. Jakiekolwiek wrażenie wywarł na mnie tylko starszy mężczyzna grany przez Troya Brenna. Dlaczego? Ponieważ jako jedyny z grupy (sic!) naukowców, reprezentował choćby przeciętny poziom umysłowy, posiadał osobowość, a nawet okazał się osobą o najbardziej strawnym poczuciu humoru, ze wszystkich bohaterów filmu.

Największą konsternację wywołał we mnie jednak tytułowy Thor. Rudobrody władca burzy? Gwałtownik ciskający piorunami? Sławny, waleczny obrońca Asgardu i Midgardu? Poczciwe bóstwo ciężko pracujących ludzi i sił witalnych, do którego nikt nie waha się zwrócić o pomoc w opresji i ochronę? A gdzież tam! Podlotek podkochujący się w śmiertelniczce, w sposób tak skrajnie naiwny, że mógłby rywalizować pod tym względem z dzisiejszymi gimnazjalistkami! Niepoprawny, rozmarzony idealista ze skłonnościami do niezdrowego romantyzmu i werterowskiego Weltschmerzu. Do tego infantylny i upiornie niedojrzały. Thorze! Widzisz, a nie grzmisz?

Cios czwarty: Wrażenia wizualne

Jednym ów film rzeczywiście piorunuje – efektami specjalnymi. Rozumiem, że to zabieg zamierzony, mają one powalać na kolana, zwracać niemal całą uwagę widza i atakować z siłą i częstotliwością ciosów Mjöllnira. Okeeej… Tyle że ja czułam się nimi zwyczajnie zmęczona. Przesyt. Przeładowanie. Oczopląs. Momentami wydawało mi się, że w tym obrazie nie istnieje nic poza efektami. Co za dużo to naprawdę niezdrowo.

Niewybaczalna okazała się jednak scenografia. Przez długi czas żyłam w błogim przeświadczeniu, że nie istnieje nic bardziej kiczowatego, niż wizja „Królestwa Stali” z pseudomitologii stworzonej przez grupę muzyczną Manowar. Jakże się myliłam! Oczywiście, że da się przesunąć granicę kiczu jeszcze dalej. Dokonali tego właśnie twórcy Thora, którym udało się stworzyć… Królestwo Aluminium. Asgard, wraz ze swoimi budowlami, a nawet uzbrojeniem, pancerzami oraz elementami odzieży jego mieszkańców, wygląda wypisz wymaluj jak zbudowany z tego właśnie szlachetnego tworzywa na starej daty garnki i czajniki.

Always look at the bright side of life!

W każdym kiepskim dziele da się jednak odnaleźć coś pozytywnego, nastrajającego optymistycznie. Thor, oczywiście, nie jest pod tym względem wyjątkiem. Jasną stroną tej produkcji okazała się gra aktorska. Większość odtwórców głównych ról stanęła na wysokości zadania – byli naturalni i to właśnie dzięki nim irytujące postacie nabrały nieco kolorów. Niezależnie od tego, jak kiepsko została skonstruowana kreacja tytułowego bohatera, Chris Hemsworth zagrał naprawdę imponująco. Czego by nie mówić o kolorze skóry Idrisa Elby i ile by nie dywagować nad tym, czy powinien on wystąpić w roli Heimdalla, czy też nie, mnie się w niej podobał. Największe wrażenie zrobił na mnie jednak Tom Hiddleston jako Loki.

Także dwa elementy humorystyczne mogę uznać za udane. Obiecywałam sobie solennie, że ani słóweczkiem nie zaspojleruję, ale nie mogę się powstrzymać przed zdradzeniem Wam dwóch drobniutkich szczegółów, dzięki którym być może się uśmiechniecie. Tytułowemu Thorowi towarzyszyła trupa teatralna o radosnej nazwie „Sif i Trzech Wojów”, a w ostatecznej rozgrywce pojawił się przerośnięty Transformer. Brzmi tak absurdalnie, że aż zabawnie, prawda? Wyobraźcie więc sobie teraz jaką osłodą musiały być te motywy dla mnie – skatowanej całością dzieła.

Tę opinię mogę podsumować zaledwie jednym, prostym zdaniem: To przykre, że współczesna definicja kina rozrywkowego zakłada, że musi ono koniecznie obrażać inteligencję widzów.

Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz
Korekta: Monika "Katriona" Doerre


Tytuł: Thor
Kraj produkcji: Stany Zjednoczone
Język: angielski
Czas trwania: 93 minuty

Produkcja:

Reżyseria: Kenneth Branagh
Scenariusz: Ashley Miller, Zack Stentz
Muzyka: Patrick Doyle
Zdjęcia: Haris Zambarloukos
Scenografia: Bo Welch
Kostiumy: Alexandra Byrne
Montaż: Paul Rubell
Produkcja: Kevin Feige, Craig Kyle



Obsada:

Chris Hemsworth - Thor
Natalie Portman - Jane Foster
Anthony Hopkins - Odyn
Kat Dennings - Darcy
Tom Hiddleston - Loki
Jaimie Alexander - Sif
Idris Elba - Heimdall
Troy Brenna - Kale
Rene Russo - Frigga

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi