Thorgal. Dziecko z gwiazd (Amélie Sarn)
Spotkanie po latach z bohaterem młodości
Chyba każdy ma swojego bohatera szczenięcych lat, który pomimo upływu czasu, wciąż pozostaje w pamięci, a jego wspomnienie nadal tak samo mocno rozbudza wyobraźnię. Moim był Thorgal – dzielny wojownik Północy i postać wiecznie tragiczna z legendarnej serii komiksów polskiego grafika Grzegorza Rosińskiego i belgijskiego scenarzysty Jeana Van Hamme’a, tajemnicze dziecko znalezione w morzu i przygarnięte przez wikińskiego jarla.
Mój bohater pojawił się po raz pierwszy zanim jeszcze nauczyłam się czytać – pod koniec lat 70’tych w czasopiśmie „Relax”. Potem wydawnictwo Orbita wydało kolejne tomy o przygodach Thorgala i odtąd popularność tej postaci i obrazkowych opowieści o jej losach tylko rosła. Co najciekawsze, nowe serie pojawiają się także teraz, nakładem wydawnictwa Egmont. Ja sama po raz pierwszy zetknęłam się z tymi komiksami w połowie lat 90’tych, miałam jednak przywilej dotarcia od razu do pierwotnej serii, pożyczonej od starszego kolegi. Choć nigdy nie byłam wybitną fanką powieści graficznych, ten cykl okazał się absolutnie wyjątkowy, przez kilka ładnych lat Thorgal gościł w moim młodym sercu i bujnej wyobraźni, jako mój osobisty heros, taki jakiego powinien posiadać każdy zdrowy, normalny dzieciak.
Może to dziwne, że gdy inne dziewczynki chciały być księżniczkami albo czarodziejkami, a potem, jako nastolatki porzucały marzenia o fantastycznych światach, ja – typowy nieletni babochłop – pragnęłam zostać wikingiem… Faktem jest jednak, że dokładnie tak było, po tym, jak już wyrosłam z Opowieści z Narnii i Hobbita. Później stało się tak, że porzuciłam Thorgala i z biegiem czasu nieomal zapomniałam o tej niezwykłej postaci. Na szczęście niedawno znów mi o nim przypomniano za sprawą książkowej wersji tej, niegdyś ukochanej przeze mnie historii. Na karty powieści zdecydowała się ją przenieść francuska, nieznana mi dotąd autorka – Amélie Sarn.
Muszę przyznać, że w momencie, gdy dowiedziałam się o premierze Thorgala. Dziecka z gwiazd moja reakcja była ogromnie entuzjastyczna. Czekałam na tę książkę z niecierpliwością, ponieważ wiedziałam, że do komiksów już nie wrócę z prostego powodu – od lat nie czytuję opowieści obrazkowych, zwyczajnie przestały mnie kręcić. Fakt, że teraz mogę znów spotkać mojego dawnego bohatera, tym razem za pośrednictwem zupełnie innego medium, niezmiernie mnie ucieszył. Z wielką przyjemnością na nowo odkrywałam dobrze mi już znaną, ale nieco zapomnianą i pokrytą grubą warstwą kurzu, opowieść.
Czytając znaczną część recenzji tej książki, opublikowanych w Internecie i czasopismach, odnoszę wrażenie jak gdyby mówiły o zupełnie innej powieści, niż ta, po którą ja sięgnęłam. Większość z nich jest bardzo nieprzychylna. Szczerze mówiąc nie rozumiem dlaczego i kompletnie nie zgadzam się z wieloma zarzutami stawianymi Amélie Sorn. Thorgal. Dziecko z gwiazd z pewnością nie jest przykładem literackiego majstersztyku, daleko mu do genialności czy wybitności, ale jako lekka, rozrywkowa lektura z gatunku „dla każdego” sprawdza się doskonale.
Owszem, zagorzali fani komiksowej serii słusznie zauważają punkty fabuły, które w książce zostały mocno zmienione i przebudowane w stosunku do wersji oryginalnej. Za krzywdzące uważam jednak piętnowanie tego zabiegu. Fakt – autorka nie była do końca wierna wizji przedstawionej przez Van Hamme’a, niektóre elementy opowieści pominęła, inne dodała od siebie, ale nie zaburza to w żaden sposób logiki utworu jako całości. Urażeni (moim zdaniem zupełnie bezpodstawnie) mogą czuć się wyłącznie fanatyczni miłośnicy komiksowego Thorgala, ale śmiem twierdzić, że dzieje się tak głównie z powodu osobistych uprzedzeń, natomiast osób niezaznajomionych z pierwotnym dziełem w ogóle ten problem nie dotyczy. Pominięcie niektórych wątków może rozczarować tych czytelników, którzy już je znają i lubią, a tym samym liczyli na zapoznanie się z nimi w nowej, innej formie przekazu. Jednak, moim zdaniem, braki rekompensuje rozbudowanie tych motywów, które w komiksach odegrały epizodyczne role, a w efekcie, gdy autorka poświęciła im więcej uwagi i zinterpretowała po swojemu, okazały się bardzo ciekawe. Pozytywnie odebrałam również konstrukcję tekstu. Stanowi ona zgrabne połączenie fabuły przedstawionej w kilku komiksach w jedną, spójną całość.
Kontrowersje wzbudziła też wizja Sarn dotycząca motywacji głównego bohatera. Mnie osobiście wprowadzone zmiany nie rażą, a wprost przeciwnie – podobają mi się. Abstrahując od komiksów i rozważając pod względem logicznym wyłącznie treść samej książki, są jak najbardziej uzasadnione. To nie jest prequel, sequel ani „dopowiedzenie” do istniejącej historii, ale inna interpretacja znanej opowieści i jako taką należy ją, według mnie, traktować. Bardzo przypadły mi do gustu także kreacje pozostałych postaci. Niektóre z nich w znaczących stopniu różnią się od pierwowzorów, ale dzięki temu są barwniejsze i ciekawsze.
Inna forma przekazu zawsze wiąże się z różnicą w odbiorze i jest to jak najbardziej naturalne – to fanom, ogólnie, nie tylko w tym konkretnym przypadku, brakuje elastyczności. Są zbyt mocno przywiązani do tego, co już raz pokochali i nie umieją obiektywnie podejść do „twórczości nawiązującej”. Uważam, że taka właśnie była intencja zarówno autorki, jak i wydawcy. Nie chciano stworzyć wiernej adaptacji komiksów, tylko oddzielne dzieło, opowiadające historię Thorgala zupełnie na nowo. To miał być „Thorgal wg Sarn”.
Należy zwrócić także uwagę na grupę docelową, do której skierowana jest książka. Moim zdaniem są nią zarówno fani komiksów, jak i osoby, które nie miały z nimi do czynienia. Ci pierwsi, mimo marudzenia i tak kupią powieść, ponieważ będą chcieli zobaczyć co zrobiono z ich ulubionym bohaterem. Najzwyczajniej w świecie złapią się na markę i o to właśnie chodzi wydawcy. Drudzy marudzić nie będą, gdyż wcześniejsze doświadczenia z oryginalną serią nie będą rzutowały na odbiór nowego dzieła. Także przedział wiekowy potencjalnego odbiorcy jest bardzo szeroki – uważam, że powieść Sarn może spodobać się i nastolatkom, i dorosłym. Styl, język i sposób kreacji świata kojarzą się jednoznacznie z literaturą młodzieżową, jednak historia wciągnęła i potrafiła zainteresować także mnie – osobę dojrzałą i wyrobionego czytelnika.
Największymi atutami książki, a także samej opowieści o Thorgalu (obojętnie w jaki sposób podanej) są świat przedstawiony – magiczny i pełen uroku oraz niepowtarzalny nastrój. Na tle dzisiejszej literatury młodzieżowej taka historia wypada naprawdę ciekawie, wprowadza w klimat fascynujących opowieści rodem z dalekiej północy, łączy je z zaskakującym wątkiem fantastyczno-naukowym, ale wszystko to czyni w sposób zrozumiały dla dzisiejszych dzieciaków. Trochę przypomina mi to serię Pendragon Steve’a Lowheada. Tamta trylogia charakteryzowała się jednak bardziej rozbudowanymi opisami i diametralnie innym, nieco bardziej skomplikowanym sposobem narracji.
Mnie osobiście momentami irytowały niezbyt liczne, ale za to poważne błędy w przedstawieniu realiów historycznych oraz nawiązań mitologicznych. Temu jednak winne jest wyłącznie moje fanatyczne czepialstwo w tej konkretnej kwestii i doskonale zdaję sobie sprawę, że owe mankamenty nie powinny przeszkadzać przeciętnemu odbiorcy.
Bohater – postać tragiczna i tajemnicza, najpierw niezwykłe dziecko, potem romantyczny, bezgranicznie oddany kochanek, a jednocześnie dzielny, wytrwały wojownik, człowiek honoru, prawy oraz uczciwy – to postać, którą pokochają zarówno chłopcy, jak i dziewczęta, a także wielu dorosłych. W Thorgalu każdy znajdzie cechy, które warto podziwiać i naśladować. Jest on bardzo jednoznaczny, ale przez to wyrazisty, nie można też zarzucić mu braku naturalności. Łatwo się z nim utożsamiać, z powodzeniem można stawiać go za wzór dzieciom i młodzieży. Dodatkowo autorka nadała komiksowemu bohaterowi barwniejszą osobowość, podkolorowała go, uczyniła bardziej ludzkim.
Powieść czyta się lekko, szybko i przyjemnie. Połknęłam ją w czasie długiej, nocnej jazdy pociągiem i przyznam, że umiliła mi ona podróż jak dawno żadna inna książka. Akcja nie toczy się może w zawrotnym tempie, ale w trakcie lektury odbiorcy absolutnie nie grozi nuda. Sposób narracji jest nieskomplikowany, pozbawiony zbędnych ozdobników oraz rozbudowanych opisów, ale dzięki temu pozycja należy do tych, które „łatwo wchodzą”. Prosty lecz zgrabny język czasami sprawia wrażenie banalnego i zbyt oszczędnego. Styl kojarzy mi się ze skandynawską sagą w wersji dla gimnazjalistów. Ale co w tym złego? Dialogi to jedyne co naprawdę mnie rozczarowało. Są najzwyczajniej w świecie drewniane i sklecone bez większego polotu. Tutaj rzeczywiście Sarn dała plamę i nie mam najmniejszego zamiaru jej tłumaczyć.
Ogromną zaletę stanowi natomiast oprawa graficzna – prawdziwy majstersztyk. Okładka jest po prostu przepiękna! To samo mogę powiedzieć o, zamieszczonych w kolorowej wkładce wewnątrz powieści, ilustracjach autorstwa Grzegorza Rosińskiego. Szkoda tylko, że wszystkie, jak leci, zostały wetknięte w środek tomu, nie zaś umieszczone przy odpowiednich fragmentach, które ilustrują. Co więcej, tylko nieliczne z nich przystają do treści zawartej w książce, większość nawiązuje do części historii znanej wyłącznie z komiksów. Czytelnik, który nigdy nie miał w ręku serii Rosińskiego i Van Hamme’a po prostu ich nie zrozumie, będą mu się wydawały „wzięte nie wiadomo skąd”. Jestem za to pod ogromnym wrażeniem graficznych ozdobników, którymi zostały przystrojone: każda strona prologu oraz wszystkie karty rozpoczynające i kończące rozdział. Są to oryginalne wzory zdobnictwa wikińskiego w stylu Oseberg oraz Jellinge.
Wydawnictwu Egmont należą się szczere gratulacje za naprawdę świetne – solidne i piękne pod względem wizualnym – wydanie. Dobrej jakości papier, porządny skład, miękka lub twarda oprawa do wyboru (ja wybrałam twardą), przejrzyste rozmieszczenie tekstu, wygodny format oraz bardzo wyraźna czcionka, z którą bez problemu poradzą sobie także młodsi czytelnicy. Do tego cena bardzo niska w stosunku do jakości produktu. Książka doskonale nadaje się na prezent. Polecam rodzicom kilkunastolatków, którzy w młodości sami byli zafascynowali Thorgalem – warto, by dzieci poznały bohatera Waszych młodzieńczych lat, a ta książka będzie naprawdę fantastycznym upominkiem.
Na koniec dodam jeszcze, że po tę powieść sięgnęłam znacznie chętniej niż po nowe serie komiksów, które opowiadają już o zupełnie innych postaciach i, niestety, właśnie tym mnie odstręczają – prawdopodobnie charakteryzuje je mała zawartość Thorgala w Thorgalu.
Podsumowując: warto było znów, po tylu latach, spotkać dawnego przyjaciela, który niegdyś umilał mi nudne wieczory, jak żadna inna fikcyjna postać, a książkę Amélie Sarn polecam każdemu – tak fanom komiksowej serii, jak i osobom, które nie miały okazji po nią sięgnąć.
Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz

Tytuł: Thorgal. Dziecko z gwiazd
Autor: Amélie Sarn
Tytuł oryginału: Thorgal. L’Efainte des étoiles
Język oryginału: francuski
Tłumaczenie: Joanna Schoen
Wydawnictwo: Egmont
Data wydania: 2011
Miejsce wydania: Warszawa
Oprawa: miękka/twarda
Projekt okładki: Piotr Rosiński/Libertego
Ilustracje: Grzegorz Rosiński
ISBN: 978-83-237-5273-8
Format: 140 x 208 mm
Liczna stron: 280
Cena: 29,99/39,99 zł.


















































Odpowiedzi
Ile to już czasu minęło, od
Ile to już czasu minęło, od chwili, gdy po raz ostatni zagłębiłem się w świat Thorgala. Trzeba nadrobić zaległości :)