Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
51%
Dobra.
27%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 41

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

W północ się odzieję (Terry Pratchett)

Na samym wstępie chciałabym osobom, które nie czytały poprzednich części opowieści o Tiffany Obolałej, stanowczo zalecić zapoznanie się z nimi. W innym bowiem przypadku lektura W północ się odzieję bez wiedzy o przeszłości bohaterki będzie nie tyle może utrudniona, co w pewnym stopniu irytująca. Oczywiście – można zignorować jedno, a nawet dwa czy trzy nawiązania bez rozumienia ich, ale w wypadku lawinowej wręcz ilości odniesień nie sposób przeczytać książki z pełną przyjemnością. Jeżeli zatem ktoś nie ma ochoty sięgać po wszystkie tomy, polecam przynajmniej lekturę Zimistrza, a robię to z doświadczenia osoby, która go nie czytała i którą szlag z tego powodu trafił. Koniec wstępu.

W północ się odzieję jest czwartą z kolei książką opowiadającą historię młodej czarownicy, Tiffany Obolałej. Niech się nie zdaje nikomu, że jej zajęcia polegają na warzeniu mikstur w kociołku, beztroskim wymachiwaniu różdżką czy mamrotaniu pod nosem formułek magicznych! Owszem, Tiffany taką, przykładowo, miotłę posiada, aczkolwiek latać nie lubi przesadnie – gdyby mogła, najchętniej unosiłaby się tuż nad ziemią, ale któraż szanująca się czarownica unosi się tuż nad ziemią?! Co by ludzie na to powiedzieli? Zatem poza lataniem na miotle dni upływają Tiffany dość monotonnie i mało atrakcyjnie – codziennie od rana do zmroku (a nierzadko także i w nocy) młoda czarownica przemierza drogę od potrzebującego do potrzebującego i niesie pomoc – opatruje rany, obcina paznokcie tym, którzy są zbyt starzy i słabi, by sami to zrobić, odbiera porody... Słowem, robi wszystko to, czego nikt inny nie chce się podjąć, albo – co innym po prostu nie przyszło do głowy. Zapłata jest niewielka: używane buty czy prześcieradła, z których można zrobić bandaże, miska strawy – oto żywot czarownicy: niekończąca się ciężka praca, a w zamian jedynie podejrzliwość ludzka. Bo mimo iż społeczeństwo potrzebuje ich usług (jak trwoga, to do Boga, a w tym wypadku akurat do czarownicy), to budzą one mimowolną niechęć. Są inne, posiadają umiejętności niedostępne zwykłym ludziom, ubierają się na czarno, noszą te spiczaste kapelusze i licho właściwie wie, kim są tak naprawdę...

W takich właśnie czasach żyje Tiffany – czarownic już co prawda nie pali się na stosie, ale mimo to dystans i niechęć ciągle wiszą w powietrzu. Jednak w pewnym momencie zaczynają one narastać, dzieje się coś dziwnego. Społeczność świata Dysku bulgocze niczym ukrop w kotle i lada chwila wykipi, parząc wszystkich wokół, a wszystko to za sprawą czegoś... czy może kogoś, kto śmiertelnie i z całej swej duszy nienawidzi czarownic.

Pierwszą rzeczą, która od razu rzuca się w oczy po przeczytaniu już pierwszych kilku stron książki, jest słynny Pratchettowski humor, drugą natomiast – przeplatająca się z nim swego rodzaju brutalność. Autor nie stara się załagodzić czy zatuszować jakoś faktu, iż jego bohaterka – szesnastoletnia dziewczyna – będąc czarownicą, już od kilku lat nie tylko zajmuje się chorymi, ale też odbiera porody (skomplikowane nieczęsto) i zajmuje się zmarłymi. Przykładowo starszą panią, która umarła we własnym łóżku, a nie mając bliskich i krewnych, leżała martwa, dopóki nie znalazła jej Tiffany. Wypada też napomknąć, iż przy owej nieboszczce okociła się kotka, a z braku innego pożywienia... no cóż. Można sobie zatem wyobrazić, jakiego rodzaju musiała to być praca dla młodej czarownicy. Pratchett jednakże nie pozwala czytelnikowi nurzać się zbyt długo w grozie – w chwilę potem wkraczają na scenę mali przyjaciele panny Obolałej – Ciut Ludzie (tudzież Nac Mac Feegle) z typowym dla siebie okrzykiem „Łojzicku!”. Są to sześciocalowe rudowłose i rudobrode ludki, odziane w kilty, których ciało pokrywa duża ilość niebieskich tatuaży, a słyną zaś ze słabości do mocnych trunków i bójek. Stanowią oni, według mnie, jeden z najlepszych „dalszych planów” powieści: momenty, w których występują, kipią humorem i osobiście ciężko było mi się powstrzymać od radosnego rechotu, gdy na nie trafiałam. Przykładowo:

„Właściwie Feeglowie – jak na Feeglów – zachowywali się w czasie lotu całkiem dobrze, nawet nie podpalili miotły, aż do incydentu jakieś dwadzieścia mil od miasta. Jego zwiastunem było ciche „łoj!” Tępaka Wulliego, który potem wstydliwie usiłował ukryć fakt, że podpalił gałązki miotły, stając przed płomieniami, by je zasłonić. [...]
– Tak się zastanawiam, Tępaku Wullie... – powiedziała Tiffany, kiedy u miotły pojawiły się nieprzyjemne wibracje – ...czy pracując wspólnie, zdołamy może ustalić, czemu moja miotła się pali. Myślisz, że ma to coś wspólnego z faktem, że trzymasz w ręku zapałkę?”

Następne, co zauważyłam, to swoista żonglerka stereotypami. Autor „bawi się” nimi, wkładając w usta bohaterów i bohaterek stwierdzenia rodzaju: „Księżniczkami zostają tylko złotowłose, piękne dziewczęta, o alabastrowej cerze, dysponujące pełnym asortymentem lśniących uroków i innej podobnego typu broni.” Cóż natomiast mają do odegrania zwykłe, brązowowłose młódki? Brunetkom i rudym czasem jeszcze trafi się jakaś lepsza rola, natomiast szatynki mogą co najwyżej zostać czarownicami i na tym kończą się ich osiągnięcia życiowe. Brązowowłosa Tiffany zdaje się uosobieniem tego stereotypu; nic dziwnego zatem, iż irytuje ją nieco postać Letitii – delikatnej istotki, ubranej w całą masę falbanek, pięknolicej i jasnowłosej. Nie, żeby zaraz tam panna Obolała rwała się do roli księżnej czy coś – Letitia „ma” jednak kogoś, kto nie jest Tiffany tak całkiem obojętny (chociaż oczywiście stanowczo twierdzi, że są „tylko przyjaciółmi”) – przyszłego barona, Rolanda. I tutaj wkracza rzecz trzecia, a mianowicie wątek, który z braku lepszego słowa możemy nazwać miłosnym. Okraszony jest sporą dozą humoru i dystansu – czego jak czego, ale romansowych uniesień czy uczuć zgoła wulkanicznych u Terry’ego Pratchetta się nie znajdzie, choćby kto i nosem książkę na wylot przerył. Oczywiście pojawiają się też problemy związane z dojrzewaniem – chociaż nie nachalnie i nie w jakimś przesadnym natężeniu, generalnie są widoczne na tyle, by czytelnika nic nie raziło. Wyrugowanie bowiem całkowicie szesnastoletniej dziewczyny z zachowań, myśli i odczuć typowych dla jej wieku i płci byłoby nienaturalne, więc rzuciłoby się od razu w oczy.

Jeżeli chodzi o akcję, to nie galopuje ona przesadnie przed siebie – powiedziałabym, że raczej toczy się w miarę spokojnie, by potem znienacka przyspieszyć szalenie i zakończyć się, jak na mój gust, w tempie piorunującym. Brakowało mi nieco dłuższego rozegrania końcówki; być może jest to tylko kwestia mojego własnego przyzwyczajenia do szerszego opisu sceny finałowej (innymi słowy – rozprawienia się z wrogiem) i dlatego kilkustronicowa ostateczna potyczka pozostawiła we mnie pewien niedosyt. Muszę jednak przyznać, że całkiem nieźle rekompensuje to zakończenie powieści. Cała książka pod względem fabuły prezentuje się bardzo dobrze – autor przedstawił kilka zasadniczych wątków, przy czym mam wrażenie, że ten dotyczący uczuć Tiffany promieniuje na resztę, która dzięki temu wydaje się mu podporządkowana.

Może teraz kilka słów o okładce. Grafika utrzymana jest w tym samym stylu co reszta wydania. Paul Kidby naprawdę dobrze się spisuje i nic w tym względzie zarzucić mu nie mogę. Jeżeli chodzi o korektę, redakcję i skład, to w związku z tym, iż nie mogę sobie przypomnieć w tej chwili żadnego błędu, to albo go nie było, albo (co bardziej prawdopodobne – nie wierzę bowiem w istnienie książek bezbłędnych) były to usterki na tyle drobne, że nie wryły mi się w pamięć. Brawo zatem.

Podsumowując – książkę polecam w zasadzie wszystkim, nie tylko maniakom Pratchettowskim. Jedyny minus, jaki dostrzegam, to konieczność (chociaż nie taka znowu przykra konieczność...) sięgnięcia po wcześniejsze pozycje opisujące perypetie Tiffany Obolałej – komfort lektury jest zdecydowanie większy, gdy czyta się wszystko po kolei i człowiek nie musi się potem zastanawiać, co, po co i dlaczego właściwie, tylko przechodzi płynnie między jednym nawiązaniem do przeszłości a drugim. Powieści te nie są przesadnie długie, więc – co by się nie rozdrabniać – proponuję od razu zaopatrzyć się we wszystkie cztery tomy, a resztę świata na czas lektury mieć w nosie!

Karolina „Kariolka” Burda

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka.

autor: Terry Pratchett
tytuł: W północ się odzieję
język oryginału: I Shall Wear Midnight
wydawnictwo: Prószyński i S-ka
data wydania: 2011
miejsce wydania: Warszawa
oprawa: miękka
ilustracja okładkowa: Paul Kidby
ISBN: 978-83-7648-709-0
liczba stron: 302

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi