Wampir z MO (Andrzej Pilipiuk) - recenzja


Ci nasi polscy krwiopijcy...

Od pewnego czasu literatury o wampirach jest tak dużo, że ciężko się w niej połapać. Wszystko zaczęło się od Vlada, a największą popularność zyskało dzięki Zmierzchowi Stephenie Meyer. Tytuły z krwiopijcami w roli głównej wychodzą powoli poza kanon romansów dla nastolatek i zaczynają opowiadać o czymś zupełnie innym. Okazuje się, że wampiry wcale nie muszą być współczesnymi półbogami, posiadają także wady i ułomności. Nawet w naszym pięknym kraju nad Wisłą doczekaliśmy się powstania książek opisujących życie tych nadprzyrodzonych stworzeń. Jak więc wypadają polscy przodkowie hrabiego Draculi?

Akcja, tak samo jak w Wampirze z M-3, dzieje się gdzieś podczas trwania PRL-u, kiedy papier toaletowy był towarem deficytowym, a za amerykańskie dolary, pozwalające kupować w Pewexie, ludzie zrobiliby wszystko. Pół żartem, pół serio, ponownie mamy okazję czytać o przygodach trójki warszawskich wampirów – Marka, Igora i Gośki. Przeplatające się ze sobą historie prowadzą ścieżkami stolicy na spotkanie z milicją, zombiakiem Zenkiem i krwiopijcami przybyłymi zza granicy.

Czytałam tę książkę jednym tchem. Nie potrafię jej nic zarzucić. Jedenaście genialnych opowiadań zebranych w całość i powiązanych ze sobą, to dla mnie dawka świetnego humoru i lekcja historii z przymrużeniem oka. Podczas lektury przypominałam sobie opowieści dziadka, czasami mówiącego mi, jak się żyło, gdy wszystko było na kartki, do domu należało wracać przed godziną policyjną, a na ulicach roiło się od Fiatów 126p. Ukazana w Wampirze z MO polska rzeczywistość pokrywa się z tą, którą wyobrażałam sobie po rozmówkach ze starszym pokoleniem. Sama nigdy nie miałam okazji tego przeżyć i zobaczyć na własne oczy, ale wiem, że po tej książce Pilipiuka mogłam doskonale sobie to wyimaginować. Wiadomo, nie należy traktować tej pozycji jako źródło faktów historycznych, ale doskonale wprowadza ona w klimat komuny i jeśli faktycznie tak wtedy było, to Wampir z MO zasługuje na miano bestsellera za świetne mieszanie fikcji z rzeczywistością, okraszone sporą dawką humoru i dobrego żartu.

Dodatkowym plusem tego tytułu jest aluzja literacka do Zmierzchu. Rewelacją okazała się parodia Cullenów, czyli Coollenowie – znajoma rodzina z Ameryki nie pijąca ludzkiej krwi, bo taka moda. Przedstawione w krzywym zwierciadle brokacenie się wampirów z zagranicy i nie działająca na nich woda z czynnikiem ŚW to coś dla tych czytelników, którzy rozumieją, o co chodzi (a mało kto nie wie, bo wszyscy znają Edwarda). Wampir z MO w całości kipi żartem. Co rusz uśmiechałam się do stron w książce, a że czytam głównie w komunikacji miejskiej, ludzie trochę dziwnie się na mnie patrzyli. Pokazanie, że wampir to niekoniecznie inteligentny, supermocny i przepiękny stwór, na dodatek w sposób dość ironiczny, niesamowicie mi się spodobało i mam nadzieję, że Andrzej Pilipiuk pokusi się o to, aby na Wampirze z M-3 i Wampirze z MO nie skończyć. Bardzo przyjemnie czyta się o krwiopijcach, wilkołakach i zombie, gdy akcja dzieje się w rodzimym kraju, bo przecież Polacy to nie gorszy naród od Stanów Zjednoczonych. Wydaje mi się, że nawet jest u nas ciekawej, jeśli wziąć pod uwagę możliwości, jakie pisarze mogą zastosować, tworząc świat przedstawiony w swoich powieściach. Cieszę się, że Pilipiuk twardo trzyma się Polski jako miejsca akcji. Przedstawione wydarzenia tak mnie wciągnęły, że wydawało mi się, jakbym była tam, w tej Warszawie, razem z bohaterami i wraz z nimi uczestniczyła w misternych planach, które opracowywali. Ani razu nie czułam znudzenia. To interesujące, w jaki sposób można zapełnić prawie czterysta stron niemalże samą akcją – niemalże, bo rzecz jasna opisy również były, ale nie zauważyłam, żeby znajdowały się w książce w nadmiarze. A że zawsze przesadnie zwracam na to uwagę, zaczęłoby mi przeszkadzać.

Kreacja bohaterów, tak samo jak w Wampirze z M-3, jest z jednej strony naprawdę genialna i zwalająca z nóg, a z drugiej taka, że chciałoby się powiedzieć co ja czytam?. Marek, Igor i Gośka to trochę głupkowaci krwiopijcy, którzy nie do końca orientują się w świecie. Brakuje im kilkunastu punktów IQ (a podobno wampiryzm i tak je podnosi), lecz są pomysłowi, kreatywni i bardzo... polscy. Gdyby nie oni, ta książka straciłaby cały urok. Nie wyobrażam sobie stworzenia ich na wzór klasycznych wampirów, znanych przez nas wszystkich z seriali telewizyjnych czy bestsellerów. W takim wypadku tytuł straciłby polot i finezję, których tak wiele można spostrzec podczas lektury. Liczę, że przeczytanie Wampira z MO nie było moją ostatnią przygodą z nimi.

Muszę przyznać, że zaskoczyła mnie świetność tej pozycji. Książka idealna dla tych, którzy pamiętają czasy PRL-u – będą mogli porównać, ile prawdy znajduje się w opowieściach o Zenku, Igorze i Goście. Jednak osoby znające komunę tylko z opowieści rodziców, tudzież dziadków, jak ja, także powinni znaleźć tutaj coś dla siebie, bo geniusz Pilipiuka w przedstawianiu wydarzeń jest nie do opisania. Fani pisarza się nie zawiodą, a i sympatycy wampirów będą mieli okazję do śmiechu. Zawsze ciężko ocenia mi się świetne pozycje, bo ileż można zachwalać. Tutaj podsumuję całość jednym słowem – genialne.

Sylwia „PersilGold” Zazulak
Redakcja i korekta:

Za egzemplarz recenzencki dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów


Tytuł: Wampir z MO
Autor: Andrzej Pilipiuk
ISBN: 978-83-7574-866-6
Oprawa: miękka z zakładkami
Liczba stron: 361
Data wydania: 15 maja 2013
Miejsce wydania: Lublin

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany

Komentarze

Obrazek użytkownika YoAnna
YoAnna on pt., 08/22/2014 - 18:07

Powie mi ktoś skąd uraz Pilipuka do wiewiórek? O ile inne jego książki czy zbiory opowiadań lubię, tak przygody polskich wampirów nie przypadły mi do gustu. Mimo że są w pilipiukowym stylu, tym razem jednak nie śmieszyły ani nie ciekawiły.