Wilczy Miot (S.A. Swann)
Pamiętam, jak mając niewiele latek, pragnąłem zdobyć możliwie największą wiedzę o tak zwanych wilkołakach. Istoty te są dla mnie przedmiotem nieustającej fascynacji, choć moje osobiste poglądy skłaniają się raczej ku nordyckim ulfheðnar, a nie stworom takim jak te z twórczości Sapkowskiego, lub – Tyrze i Ziso uchowajcie – wizja twórczyni Księżyca w Nowiu. W trakcie moich młodocianych studiów, największą uwagę przykuła opowieść o bestii z Gévaudan, która terroryzowała Francję. I to wcale nie tak dawno temu. Muszę jednak przyznać, że literatura fantastyczna nieustannie mnie w tej kwestii zawodziła. Podobnie kino. Utarty schemat porośniętego futrem bydlaka zabijającego bez problemu oddział komandosów, uzbrojonych niczym jednostka do samodzielnego niszczenia miast, wcale mnie nie bawi.
Po trosze z takim właśnie urazem do obrazu wilkołaka, od którego chlubnym wyjątkiem byli Synowie Boga M.D. Lachlana, w literaturze fantasy, sięgnąłem po ofiarowaną mi przez żonę powieść Swanna zatytułowaną Wilczy Miot. Po przeczytaniu tekstu z tylnej okładki pomyślałem sobie, że może warto poświęcić jedno popołudnie na tę lekturę. W końcu, jak mi się nie spodoba, to zawsze mogę odłożyć na półkę, założyć wilczą skórę i pohasać po lasach. Może natrafiłbym na kilku rycerzy z Gdańska i się zabawił?
Do tej książki najbardziej przekonała mnie jednak przednia okładka. Ktoś miał dobry pomysł na jej ogólny wygląd i samą grafikę. Wszechobecna zieleń i świetlne refleksy, ukazujące naszym oczom wiekową puszczę, budują po trosze mroczny, tajemniczy nastrój. Jednak nie tylko. Jest w tym wszystkim coś magicznego. Nie w rozumieniu latających nad głowami kul ognistych czy innych piorunów kulistych. O nie. Mówię o czymś zupełnie innym. O subtelności, intrygującym pięknie. I wreszcie najważniejsze. Kobieta. Około dwudziestki, jak na moje oko. Z sięgającymi piersi rudymi włosami. Ktoś wiedział jak mnie podejść, nie ma co. Zastanawiam się teraz, czy aby żona nie podrzuciła mi specjalnie książki z taką okładką. Zwłaszcza, że u boku postaci stoi wilczyca. Piękna, dumna, o szarawym futrze. Zaiste, tak powinna wyglądać wadera. Ja mam lepszą, ale to już nie wasza sprawa.
Co do samej powieści... Bo widzę, że zbytnio daję się porwać luźnym myślom, nie do końca związanym z właściwą treścią recenzji. Chociaż z drugiej strony, może to i dobrze... Nieważne. Jak już wspominałem, serdecznie wymiotuję powieściami, w których wilkołaki są istotami o megaepickich mocach, pozwalających im powalić konnego jednym uderzeniem łapy. I tutaj przeżyłem spory zawód. Niestety, Swann pod tym konkretnym względem nie popisał się szczególną kreatywnością i mamy do czynienia z bestiami jako żywo wyjętymi z podręcznika do Dungeons&Dragons 3.5, zatytułowanego Księga Potworów.
Na szczęście ma to swój bardzo wyraźny cel. Możecie mi wierzyć, w miarę czytania odkrywamy bardzo bolesne prawdy o tym, jak wielką klątwą są dla wilkołaków ich ponadprzeciętne zdolności. Zastanawiam się nawet, czy autor powieści nie lubuje się w tworzeniu bohaterów tragicznych, mających w życiu gorzej od psa w schronisku. Z bestiami pokazanymi w Wilczym Miocie mógłbym się utożsamiać. Dlaczego? Ponieważ są lepsze od ludzi. Czytając o nich miałem wręcz wrażenie, że to opowieść o dzieciach z rodzin patologicznych. Tylko, że obdarzonych pewnymi nadprzyrodzonymi mocami. Dorosłe dzieci...
W powieści zostały poruszone bardzo istotne dla współczesnego świata problemy natury moralnej i etycznej. Przede wszystkim kwestia tolerancji oraz akceptacji. Zamieńmy wilkołaki na czarnoskórych bądź, jeszcze lepiej, rdzennych Amerykanów. Nagle okaże się, że to wcale nie fantastyka, tylko życie. Okrutne, brutalne i nienawidzące odmienności. To, co się wyróżnia zostaje okrzyknięte demonem tylko dlatego, że budzi lęk i strach, posiada większą siłę oraz wytrzymałość. W tej powieści uderzyło mnie jeszcze jedno. Potwory można również uznać za super-żołnierzy. Wszak już III Rzesza prowadziła chore badania, w które wpleciony był okultyzm w stężeniu wystarczającym zapewne, by wytłuc wszystkich ateistów. Mam tylko nadzieję, że żaden naukowiec nie przeczyta tej książki i nie zechce posłużyć się nią jako materiałem instruktażowym.
I wreszcie coś, co w fantastyce lubimy najbardziej. Czyli odwzorowanie realiów epoki, w której osadzono akcję powieści. Tutaj nie mogę zrobić nic innego jak tylko dać Swannowi dużego plusa. Nie zetknąłem się z niczym szczególnie rażącym. Przede wszystkim, autor uniknął wpychania Krzyżaków na siłę w pełne płyty. Co więcej, dla upiększenia świata przedstawionego wpleciono w fabułę spór papieża z cesarzem. Zaskoczyła mnie także znajomość wojskowości zakonnej. Jeśli się nie mylę, to pod tym względem Sienkiewicz powinien udać się do Swanna na korepetycje.
Cieszy mnie szczególnie to, że autor nie jest zagorzałym fanatykiem religijnym i nie wykorzystał książki celem głoszenia idei krucjaty przenajnowszej. Jeśli miałbym być uszczypliwy, czego, nawiasem mówiąc, nie mam zamiaru sobie odmówić, to cnotliwi i bogobojni zakonnicy oraz legat papieski są prawdziwymi skurwysynami. Natomiast poganie i ludzie ochrzczeni a rozsądni stanowią dla nich bardzo jasny i wyrazisty kontrast.
Wszystko to zostało podlane, a jakże by inaczej, wątkiem miłosnym. Ciekawym i wartym uwagi. Nie jest to mdła historyjka o wampirku, który nie może prze... ekhem... odbyć stosunku płciowego ze swoją ukochaną ludzką chudzinką, zapewne w obawie, że połamie jej przy tym miednicę albo sam boleśnie odczuje skutki nieżycia. Tutaj mamy coś przypominającego mi długie noce przy ogniu i dobrym miodzie, w towarzystwie skalda snującego pieśń o losach Sygurda.
Wartka akcja jest tylko oczywistą wypadkową pozostałych zalet powieści, podobnie jak nieskomplikowany i przystępny język. Mroczna, brutalna, krwawa, ale również pełna subtelności, nadziei i magii. Tej, o której już wspominałem. Wilczy Miot mogę zdecydowanie polecić ludziom poszukującym bardziej dorosłego fantasy, a nie książeczki o przepotężnym mrocznym elfie, który jednym ciosem sejmitara powala demona.
Autor: Tyrsonn Ulvhjerte (Kamil "Tyrsson" Gołębowski)
Redakcja: Thordis Ulvhjerte (Paulina Maria "Lorelay" Szymborska-Karcz)

Tytuł: Wilczy miot
Tytuł oryginału: Wolfbreed
Autor: S.A. Swann
Wydawca: Prószyński i S-ka
Tom: I
Tłumaczenie: Marek Pawelec
Projekt okładki:Irina Pozniak
Ilustracja na okładce: Evelyn Schmidt
Miejsce wydania: Warszawa
Data wydania: listopad 2010
Liczba stron: 384

















































