Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
51%
Dobra.
27%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 41

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Ymar (Magdalena Kałużyńska)

Ymar to debiut książkowy Magdaleny Marii Kałużyńskiej. Osobiście nie miałam okazji przeczytać żadnego z opublikowanych w czasopismach i zinach opowiadań tej autorki. Tym bardziej byłam ciekawa tego, co zaprezentowała. W precyzyjnie skonstruowanej fabule Kałużyńska płynnie i niepostrzeżenie przemieszcza się pomiędzy konwencjami literackimi: prowadzi czytelnika od thrillera policyjnego do horroru z pogranicza metafizyki – zapowiedź wydawcy brzmiała zachęcająco. Postanowiłam więc przekonać się ile jest w niej prawdy.

„Czas nie istnieje”. Tak brzmi motto przewodnie historii. Pomysł – świetny, niestety realizacja już nie jest aż tak imponująca. Autorce nie do końca udało się osiągnąć zamierzony efekt. Sama koncepcja nieustannie powtarzających się sytuacji i pewnego rodzaju zakrzywiania czasoprzestrzeni jest niemal genialna, ale tego typu idee mają to do siebie, że wymagają bezwzględnie doskonałego wykonania. To, co wyszło spod pióra Kałużyńskiej doskonałe nie jest. Czytelnik niejednokrotnie może gubić wątek, nie nadążać za tokiem rozumowania pisarki, która stosuje częste „skróty myślowe”, i mieć problem z dopasowaniem do siebie ważnych szczegółów. Akcja powieści jest bardzo wartka i obfituje w mnóstwo nieoczekiwanych zwrotów, intryga zaś ciekawa, skomplikowana i nieprzewidywalna, ale mam wrażenie, że nie do końca dopracowana.

Przyznam szczerze, że ciężko mi ocenić tę książkę jednoznacznie, gdyż poziom poszczególnych fragmentów jest bardzo nierówny. Z początku wydaje się, że Kałużyńska ma problemy z budowaniem napięcia. Jest to kolejna rzecz, która z czasem ulega wyraźnej poprawie. Przez pierwszych kilkadziesiąt stron znacznie żywsze reakcje wywołują u czytelnika dialogi, w których bohaterowie odkrywają i przekazują sobie nawzajem kolejne elementy tajemnicy, niż opisy. Te ostatnie są bowiem zbyt suche i szorstkie, wydają się bezbarwne i nijakie. Mówią o czynnościach wykonywanych przez postacie, prezentują wygląd miejsc, charakteryzują ludzi, opierają się wyłącznie na przekazie intelektualnym. Nie trafiają w sferę emocjonalną odbiorcy. Kałużyńska unika opisywania odczuć i wrażeń bohaterów, które w powieści grozy odgrywają ogromną rolę. W taki sposób nie da się nikogo przestraszyć, wywołać dreszczy i przyprawić o nagły skok adrenaliny. Po thrillerze kryminalnym oczekuję, między innymi, właśnie tego – powinnam się bać, nie móc usnąć, oczami wyobraźni widzieć ślady krwi i zmasakrowane ciała opisane na kartach książki. Zaczynając lekturę Ymara nie miałam ich przed oczami, nie nawiedzały mnie i nie straszyły po nocach. Ta sytuacja nieoczekiwanie zmienia się diametralnie, mniej więcej w połowie książki. Wówczas opisy stały się bardziej obrazowe, plastyczne i barwne. W pewnym momencie rzeczywiście uległam coraz bardziej niepokojącemu nastrojowi powieści i znacznie lepiej wyczuwalnej grozie.

Język to kolejny element, który na początku trochę przeszkadza, ale z biegiem czasu staje się coraz lepszy. Od pierwszej strony jest poprawny. Bardzo poprawny, ale przy tym niestety nijaki i niezbyt barwny. Kojarzy mi się z licealnym wypracowaniem piątkowego ucznia.
Autorka przedstawia suche fakty wzbogacone o niebotyczną ilość zupełnie nieistotnych detali. Czy czytelnika, który właśnie oczami wyobraźni obserwuje świadka brutalnego morderstwa dzwoniącego na policję, interesuje w którym dokładnie miejscu stoi telefon w mieszkaniu ofiary albo to, czy popielniczka znajduje się po jego prawej czy po lewej stronie? Szczerze wątpię. Sceny, które z założenia mają mrozić krew w żyłach i napawać obrzydzeniem, całkowicie tracą swój urok, gdy poza obrażeniami na ciele bestialsko potraktowanej denatki i ogólnym wyglądem miejsca zbrodni oraz szczegółami ważnymi dla przebiegu śledztwa, Kałużyńska opisuje równie precyzyjnie położenie szafki na buty, stojącej w przedpokoju, względem obrazów na przeciwległej ścianie. W dodatku przez pierwszych kilkanaście stron bohaterowie wykonują mechaniczne czynności. Potem język nagle się ożywia, staje bardziej różnorodny i ciekawszy, nie tracąc przy tym na dynamice. Wygląda to trochę, jakby autorka zaczęła pisać książkę z przymusu i bardzo się spieszyła, potem jednak polubiła swoje dzieło i znalazła wreszcie w rozwijaniu go niekrytą satysfakcję oraz radość. Szczególnie przypadł mi do gustu sposób opisywania wizji, które miewa jedna z postaci, retrospekcji oraz scen, przedstawiających wspomnienia z dalekiej przeszłości.

Największym atutem, jeśli chodzi o warstwę językową tej powieści, są niewątpliwie dialogi, które czyta się bardzo przyjemnie. Bohaterowie Ymara mówią jak zwyczajni ludzie, tacy, jakich codziennie słyszymy na ulicach, mruczą do siebie pod nosem, siarczyście klną gdy potrzeba, kiedy indziej zaś zwyczajnie gadają głupoty, ot, klepią byle klepać, jak każdy przeciętny człowiek. Są dzięki temu realistyczni, wydają się czytelnikowi bardzo prawdziwi. Oczywiście, zdarzają się niekiedy zgrzyty i potknięcia, od czasu do czasu pojawia się wypowiedź nienaturalna, za mało spontaniczna albo nie najlepiej dopasowana do sytuacji. Jest ich jednak na tyle mało, że odruchowo nie przywiązuje się do nich zbyt wielkiej wagi, a znaczna większość naprawdę udanych wymian zdań między postaciami szybko zaciera każde negatywne wrażenie. Rozmowy bohaterów ubarwia i ożywia charakterystyczne poczucie humoru. Wśród postaci przeważają policjanci z wydziału zabójstw, lekarze patolodzy oraz pracownicy prosektoriów, czyli przedstawiciele najbardziej stresujących zawodów, osoby na co dzień stające twarzą w twarz ze śmiercią – która nota bene nie zawsze ma piękne oblicze. W dialogach występuje więc specyficzny czarny humor, który mi osobiście bardzo przypadł do gustu, gdyż nie tylko bawi, ale także dodatkowo uwiarygodnia bohaterów książki, świetnie brzmi w ich ustach, a ponadto tworzy najbardziej odpowiedni dla mrocznego, tajemniczego kryminału, klimat.

Kałużyńska zaimponowała mi również ciekawym pomysłem na wykorzystanie gier słownych, przysłów i popularnych powiedzeń. Okazuje się też, że jej prawdziwą domeną są – bardzo błyskotliwe, chwilami dowcipne – wewnętrzne monologi bohaterów. Przyjemnie i lekko czytało mi się wszystkie fragmenty, w których postacie rozmyślały, zastanawiały się nad czymś lub wspominały przeszłe wydarzenia.

Kreacje bohaterów również stanowią niewątpliwą zaletę tej książki. Każdy z nich został obdarzony niebanalną osobowością. Mimo, że są bardzo stereotypowi, powiedziałabym nawet – archetypiczni, sposób, w jaki opisała ich Kałużyńska czyni z nich postacie niezwykle barwne i żywe. Doświadczony inspektor policji – twardziel i racjonalista, odważna, bezkompromisowa lekarka o wyjątkowo ciętym języku oraz silnym charakterze, introwertyczna i cyniczna pisarka, a także tajemniczy starzec, występujący często w roli księdza o łagodnym usposobieniu. Wszyscy oni wzbudzili we mnie ogromną sympatię. Bezsprzecznie jednak moim ulubionym bohaterem Ymara jest Michał – młody technik policyjny i początkujący patolog sądowy, którego bezpośredniość i niewybredny dowcip chwilami naprawdę powalały mnie na łopatki.

Okładka z kolei nie wywarła na mnie zbyt dobrego wrażenia. Widniejąca na niej naga postać nienaturalnie błyszczy, a ciecz rozlana na podłodze – która najpewniej w zamyśle twórcy jest krwią – sprawia wrażenie fluorescencyjnego soku marchewkowego. Coś razi mnie także w czcionce, jaką został zapisany tytuł. Nie będę jednak próbowała udawać, że znam się na technikach graficznych czy też malarskich. Być może to po prostu nie moja estetyka? Wydanie natomiast jest całkiem solidne, czcionka wystarczająco duża, by książkę czytało się łatwo i sprawnie, nawet osobom tak wybrednym jak ja, których wzrok jest słabszy i szybko się męczy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie – mocno rzucający się w oczy – efekt niedbalstwa. Niektóre akapity gdzieś się zagubiły i nie ma ich tam, gdzie powinny się znajdować. Trzykrotnie natrafiłam też na zdania rozdzielone w połowie, których część została z niewiadomych przyczyn przeniesiona do następnej linii.

Już na pierwszy rzut oka widać, że Ymarowi wiele brakuje do doskonałości. Nie sposób nie zauważyć, że jest to książka początkującej i niedoświadczonej pisarki, która nie posiada jeszcze wyćwiczonego warsztatu. Mam jednak ogromną nadzieję, że to nie jest ostatnia powieść Magdaleny Marii Kałużyńskiej i z chęcią będę śledziła postępy tej autorki. Dlaczego? Odpowiedź jest bardzo prosta. Kobieta już przy debiucie książkowym, posiadając jedynie kilka opublikowanych w czasopismach opowiadań, porwała się na bardzo trudny i wymagający nurt literacki, wykazała się odwagą i poradziła sobie wcale nie najgorzej. Jestem pewna, że o ile nie spocznie teraz na laurach, przy odrobinie dobrych chęci i wytężonej pracy, za kilka lat będę miała okazję przeczytać naprawdę pasjonujące i dopracowane powieści grozy z niesamowitymi zagadkami kryminalnymi w tle, jej autorstwa.

Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Fox.

tytuł: Ymar
autor: Magdalena Maria Kałużyńska
wydawnictwo: Fox
ilustracja na okładce: Dariusz Kocurek
opracowanie graficzne: Bartosz Kusibab
redakcja: Romuald Pawlak
data wydania: 1 października 2010
oprawa: miękka
format: 130 x 200 mm
ISBN: 978-83-930452-0-4
objętość: 245 stron

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi