Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
51%
Dobra.
27%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 41

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Zaginiona księga z Salem (Katherine Howe)

A gdyby naprawdę chodziło o czary?

"Ani dla historyka ani dla powieściopisarza procesy czarownic z Salem z roku 1692 nie są niczym nowym. Tyle, że kiedy pojawiają się w literaturze albo w pracach historycznych, z góry zakłada się, że nie mogło chodzić o czary" – pisze Katherine Howe w postscriptum kończącym powieść "Zaginiona księga z Salem". A gdyby tak założyć inaczej? Autorka właśnie o takie rozwiązanie się pokusiła.

Polowanie na czarownice. Temat niezwykle ciekawy, który naprawdę może zafascynować. Są dwie podstawowe możliwości przeniesienia tego motywu do fikcji literackiej. Pierwszy to typowa kreacja fantasy. Używana często, z różnym efektem. Druga – moim zdaniem o wiele bardziej interesująca możliwość - to umiejętne wplecenie delikatnego, nienachalnego wątku fantastycznego w opowieść opartą na historycznych faktach. Taki sposób pozwala najlepiej odmalować mrok i niezwykłość tego zagadnienia. Jest jednak bardziej ryzykowny, wymaga o wiele większego zaangażowania autora, wyrobionego warsztatu, połączenia wiedzy źródłowej i inwencji. To trudne zadanie, jednak porządnie wykonane może przynieść piorunujące efekty. Z tej możliwości właśnie skorzystała Katherine Howe. Czy jej się to udało? Czy okazała się prawdziwą wiedźmą czarującą swoich czytelników słowem pisanym?

Fabuła "Zaginionej księgi z Salem" toczy się na dwóch płaszczyznach. Płynnie przeplatają się wątki osadzone w różnym czasie. Jeden opisuje wydarzenia z Salem Towne, z lat 1691-1692, przytacza fakty dotyczące serii najsłynniejszych procesów o czary, przedstawia sylwetki skazanych wówczas kobiet (w większości postaci historycznych). Akcja drugiego toczy się u schyłku XX wieku, gdy Connie Goodwin, doktorantka wydziału historii na Harvardzie, stopniowo odkrywa tajemnicę związaną ze zdarzeniami sprzed trzech wieków.

Badanie mrocznej, niezwykłej tajemnicy wspólnie z bohaterką wciąga i urzeka. Nastrój powieści przyciąga magnetycznym urokiem. Książka jest niezwykle klimatyczna i pełna magii – ale nie tej typowo wyimaginowanej, rodem z fantasy, tylko osadzonej w realiach historycznych, przenikającej do współczesnego świata, w którą czytelnik jest skłonny uwierzyć. Howe opisuje autentyczne ludowe praktyki, których korzenie sięgają wczesnego średniowiecza, a które według ówczesnej terminologii uznawane były za czary.

Wątek pracy badawczej Connie został bardzo zgrabnie powiązany z odkrywaniem przez nią tajemnicy dotyczącej własnych przodków. Rozwiązywanie zagadki przebiega bardzo spokojnie, powoli, bez zbędnego pośpiechu, co wzmaga tylko ciekawość czytelnika. Autorka po mistrzowsku stopniuje napięcie. Ciekawą cechą powieści jest też to, że dzięki rozdziałom, których akcja osadzona jest w XVII wieku, czytelnik dowiaduje się o niektórych faktach szybciej niż główna bohaterka. Trudna sztuka, którą wykazała się Howe, polega jednak na wybitnie sprawnym i trafnym rozrzuceniu puzzli, z których składa się tajemnica. Fakt znajdowania drobnych fragmentów układanki, niezależnie od prowadzącej swoje poszukiwania Connie, nie rozczarowuje. Wprost przeciwnie – czytelnik z wypiekami na twarzy kibicuje dziewczynie, która zaraz ma dowiedzieć się czegoś niezwykle ważnego, jednocześnie sam wciąż nie mogąc dopasować do siebie i połączyć poszczególnych faktów.

Główna bohaterka to postać fascynująca. Od pierwszych stron wzbudziła moją sympatię. Ambitna młoda kobieta, nastawiona na karierę naukową, rządna wiedzy, która wie czego chce i dąży do tego z pełną determinacją. Silna osobowość i wyrazisty charakter to cechy, których często brakuje żeńskim postaciom w literaturze fantastycznej. Connie je posiada. Jej kreacja odbiega od popularnego trendu rozmemłanych, nudnych i bezpłciowych dziewcząt. Właśnie na taką kobiecą bohaterkę czekałam.

Wszystkie postacie opisane w tej książce – zarówno te występujące wątku współczesnym, jak i historycznym, są żywe, na swój sposób fascynujące. Każdy z tych ludzi, nawet jeśli jego rola jest tylko epizodyczna, wnosi do opowieści coś ciekawego. Autorka z ogromną lekkością kreuje różnorodne i nietuzinkowe postacie. W dużej mierze jest to także zasługa języka i warsztatu. Nawet z pozoru banalne charakterystyki osób, które niczym konkretnym nie wyróżniają się z tłumu, Katherine Howe tworzy w taki sposób, że wydają się oryginalne, nietypowe, interesujące i przyciągają uwagę.

Autorka książki bardzo dokładnie oddaje realia przedstawionej epoki historycznej. Posiada szeroką wiedzę w tym temacie i potrafi przekazać ją w przystępny sposób. Odmalowuje życie codzienne mieszkańców XVII-wiecznej Nowej Anglii z ogromną dbałością o szczegóły, opisuje przedmioty codziennego użytku, stroje, wyposażenie domów, zwyczaje, tradycje. Uwzględnia nawet charakterystyczną wymowę, właściwą dla amerykańskich kolonistów, co dodaje postaciom autentyczności. Wskazuje wszystkie znamienne cechy, które wyróżniały to społeczeństwo spośród innych, żyjących w tym samym okresie.

Kolejną cechą wartą uwagi jest ciekawe połączenie nomenklatury, pochodzącej z kilku epok, dotyczącej uprawiania czarów. Kobiety w różnych czasach inaczej rozumiały i nazywały swoje praktyki. Mnie uderzyło szczególnie bardzo wyraźne ukazanie dwóch skrajnych spojrzeń: XVII-wiecznej babki oraz hipiski (matki Connie). W pierwszym przypadku czary to ludowe gusła, opisane w oparciu o kulturę materialną średniowiecznego myślenia magicznego, natomiast w drugim rozumiane są jako badania nad ludzką aurą i opisywane za pomocą typowej terminologii New Age. Pojawia się też trzeci sposób rozumienia magii: w wydaniu wiccan ze schyłku XX wieku. Nie zmieniają się sposoby ani efekty, ale z biegiem czasu modyfikacji ulega sama mentalność czarownic. Do tego wszystkiego zgrabnie i umiejętnie włączone zostały także wątki dotyczące alchemii i purytańskiej religijności. To połączenie tworzy bardzo ciekawy, oryginalny efekt.

Do wątku romantycznego, delikatnie wplecionego w fabułę, z początku podeszłam sceptycznie. Zastanawiałam się, czy aby na pewno jest tu potrzebny. Literatura pisana przez kobiety, szczególnie amerykańska, ma to do siebie, że nie może obejść się bez choćby epizodycznego romansu. Ja niekoniecznie z lubością zaczytuję się w tego typu motywach. Uważam, że w wielu książkach, posiadających spory potencjał, po prostu odwracają uwagę od naprawdę ważnych elementów opowieści. Bywają wciskane na siłę w rozmaite historie, tylko dlatego, że przyciągają pokaźne grono czytelniczek, preferujących romans. Okazało się, że w tym przypadku jest inaczej. Wątek ten był jak najbardziej uzasadniony i stanowił integralną, istotną część fabuły, a jednocześnie nie narzucał się, nie "psuł" głównych założeń powieści. Poprowadzony został na umiejętnie i nienatarczywie, dzięki czemu zupełnie nie zawadzał.

Wśród głównych atutów "Zaginionej księgi z Salem" należy wymienić także bardzo plastyczny i piękny w swojej prostocie język. Jest on dobitny, a zarazem elegancki. Styl autorki jest lekki, przystępny i charakterystyczny. Ogromną zaletę stanowią niezwykle udane zmiany stylizacji językowej. Wątek XVII-wieczny i współczesny opisane zostały w wyraźnie inny sposób, w wyniku czego czytelnik od razu wczuwa się w wędrówkę po dwóch różnych epokach historii.

Wydaniu również nie można mieć wiele do zarzucenia. Jest solidne i estetyczne. Przyjemna dla oka okładka oraz klimatyczna oprawa graficzna świetnie oddają nastrój powieści. Czcionka jest wyraźna, nie męczy oczu nadmiernie. Szczerze jednak przyznam, że biorąc pod uwagę mój nie najlepszy wzrok, mogłaby być większa, a tekst bardziej rozstrzelony.

Ogromnym niedopatrzeniem z mojej strony byłoby, gdybym nie wspomniała o zamieszczonym na końcu książki Postscriptum, będącym prawdziwą skarbnicą ciekawostek dotyczących powstawania powieści. Katherine Howe ujawnia tam, iż jest potomkinią kobiet skazanych za czary w Salem – Elisabeth Howe oraz Elisabeth Proctor - a także doktorantką wydziału historii, tak samo jak główna bohaterka powieści. Te fakty wyjaśniają odniesione przeze mnie wrażenie, jakoby "Zaginiona księga z Salem" była dla pisarki dziełem bardzo osobistym. Pewne jest, że w opowiedzenie tej historii Howe włożyła wiele serca.

Autorka tłumaczy również, których postaci historycznych losy celowo zmieniła lub upiększyła, wymienia źródła, z jakich korzystała oraz tradycje, na których oparła fikcję literacką. Są to moim zdaniem bardzo ważne informacje, utwierdzające dociekliwego czytelnika w przekonaniu, że Howe doskonale wiedziała, o czym pisała i żadne zmiany względem prawdziwej historii nie są tu pomyłką czy wynikiem jej niekompetencji, ale stanowią celowe zabiegi.

Bardzo ładnym, eleganckim gestem ze strony Katherine Howe jest również zamieszczenie na końcu książki podziękowań dla osób, które w jakikolwiek sposób przyczyniły się do powstania powieści oraz inspirowały ją do tworzenia. Rozdział ten zajmuje aż trzy strony regularnego druku.

Nie jest to pierwsza książka dotycząca procesów w Salem, którą przeczytałam. Już wcześniej interesowałam się tym zagadnieniem z punktu widzenia nie tylko literatury pięknej i popularnej, ale także źródeł. Wizja Katherine Howe ma w sobie jednak coś szczególnego. Autorka wplata między fakty elementy własnej fikcji literackiej w taki sposób, że wydają się one częścią prawdziwej historii. Wszystko układa się płynnie, logicznie i doskonale ze sobą harmonizuje. Tak, jak główna bohaterka wierzyła w to, co czyta, tak i ja jestem skłonna przyjąć wydarzenia opisywane w "Zaginionej księdze z Salem" jako wiarygodne. To wielka sztuka połączyć fikcję z wiedzą źródłową tak umiejętnie, by uzyskać przekonujący efekt. Katherine Howe udało się tego dokonać.

Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Niebieska Studnia

tytuł: Zaginiona księga z Salem
tytuł oryginału: The Physick Book of Deliverance
autor: Katherine Howe
wydawca: Niebieska Studnia
język oryginału: angielski
tłumaczenie: Rafał Olboromski
projekt okładki: Laura Klynstra
numer wydania: I
data wydania: styczeń 2011
liczba stron: 412
ISBN: 13: 978-83-60979-18-1
oprawa: miękka
wymiary: 210 x 135

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi