Zapach wanilii
Powietrze przesycone było zapachem wanilii. Czy pamiętała jeszcze, co tak pachnie? Oczywiście, że pamiętała. Jak mogłaby zapomnieć? Nie zapomina się naturalnego dla własnego gatunku pojmowania zmysłowego. Przecież kiedyś znała tylko taką formę empirycznego poznania. To było dawno. Bardzo dawno. A jednak wciąż żyło. Nieco przykurzone może, zaśniedziałe, ale żywe, zamknięte wewnątrz jej prawdziwej istoty. Gdzieś tam, w środku. Na dnie wspomnień. Tego się nie zapomina. Tak samo, jak nie zapomina się nigdy domu. Nawet jeśli nie było się w nim od lat.
Wanilią pachniał spokój. Tęsknota – cynamonem, strach – ostrą papryką, podniecenie – pieprzem, smutek - majerankiem, a radość... Radość pachniała opium. Spokój... Spokój zawsze rozsiewał wokół siebie woń wanilii. Gdyby jeszcze umiała czuć zapachy, wanilia od dawna przestałaby jej towarzyszyć, zastąpiona przez wieczny, niedający o sobie zapomnieć cynamon. Wszystko byłoby cynamonem. Zalągłby się on głęboko w niej i stał jej najwierniejszym kompanem. Ale tutaj nie czuła zapachów. Pozostawały one dla niej czymś odległym, wytęsknionym widmem przeszłości.
Nie było dla nich miejsca w świecie rządzonym przez inne zmysły, których nie znała, gdy tu trafiła. Musiała się ich dopiero uczyć. Nic nie rozumiejąc, podążała przez nową, obcą rzeczywistość jak dziecko zagubione we mgle. Stawiała pierwsze kroki w poznawaniu obrazów. Obudzony tak nagle wzrok nie umiał przyzwyczaić się do zdolności widzenia. Słuch generował coraz to nowe fale kolejnych dźwięków. Początkowo jej umiejętności ograniczały się tylko do postrzegania krzykliwej palety niezliczonych barw i odbierania kołaczących wewnątrz umysłu jazgotliwych hałasów. Wszystko było dla niej zbyt kolorowe i zbyt głośne. Był czas, gdy zawiązywała oczy strzępem tkaniny, by nie widzieć, i zatykała uszy watą lub korkiem, by nie słyszeć. Szybko zrozumiała jednak, że jest wówczas jakby martwa. Nie posiadała już własnego zmysłu powonienia, a te nowe, pierwotnie niechciane, były jedynymi, jakie mogła mieć. Bez nich nie żyła naprawdę, nie była w stanie rozpoznawać otoczenia ani funkcjonować w tym nowym, dziwnym świecie. Z czasem przywykła. Przyzwyczaiła się do nowego sposobu percepcji.
Teraz jednak śniła cudowny sen. W tym śnie czuła wanilię – łagodny, kojący zapach spokoju. Marzyła o tym, by nie musieć nigdy się budzić. Pragnęła śnić aż do końca świata. Nic jednak nie trwa wiecznie. Wszystko co piękne, musi kiedyś się skończyć. Jej powieki powoli podniosły się. Oniemiała w uniesieniu. Oczy i uszy miała otwarte, ale... nie widziała, nie słyszała. Wokół niej wciąż, tak samo jak we śnie, rozciągał się jednolity mrok i bezdźwięczna cisza. W powietrzu nadal unosił się zapach wanilii. Teraz jednak przyprawiony intensywną wonią opium.
Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz

















































