Michael - blog
Kula
Siedział pośrodku pokoju w czarnym, skórzanym fotelu. By skupiony na dziwnym przedmiocie o kulistym kształcie. Jego wzrok przenikał ten, jakże niespotykany eksponat. Był on wykonany ze szkła, lecz jego budowa nie była przeciętna, w górnej części jego powierzchni był znaczny ubytek. Od zewnętrznej płaszczyzny przebiegało wiele rozpierzchnionych promieni, które znajdowały zakończenie w samym środku.
Na jego twarzy dało się zauważyć zniechęcenie. Nagle uniósł rękę w kierunku tego obiektu, ale kilkanaście centymetrów przed, zawahał się, po czym cofnął swój gwałtowny ruch. Obie ręce złożył układając na nich podbródek i w dalszym ciągu siedział prześwietlając ową kule. Jego czarne włosy opadały na ramiona, łącząc się z szatą, która także w całości była tej barwy. Całe to pomieszczenie dominowało w ciemnych tonach, jedynym źródłem światła była wysoka lampka stojąca tuż przy szklanej kulo-podobnej rzeczy. Wyposażenie, które znajdowało się w około było niewidoczne jak i nieistotne. Wszystko pochłaniał mrok, którego nie mogło pokonać nikłe światełko emitujące z lampy. Nic nie przykuwało uwagi i nie rozpraszało. Panowała grobowa cisza.
- Ach – westchnął, zamykając oczy, jednakże szybko powrócił do wcześniejszego stanu. Po chwili człowiek dotknął skroni palcami serdecznym i wskazującym obydwu dłoni i niczym posąg zastygł w takowej pozycji. Był bardzo mocno skupiony, sporadycznie mrugał, jego oczy wbite były w jeden punkt. Mijały minuty, a jego ciało przestało dawać jakiekolwiek znaki życia. Lecz nagle przedmiot, który znajdował się na stole zaczął lekko wibrować. Na samym początku wibrował, ale ciągle zwiększając swoje nasilenie. W okamgnienia zaczął się unosić kilka centymetrów nad powierzchnią blatu.
Oczy mężczyzny wodziły za kulą, która powoli przemieszczała się nad powierzchnią stolika. Po ciemnobrązowym blacie wędrował tylko jej cień. Mężczyzna niczym iluzjonista, a być może magik, który właśnie ćwiczy do występu, zręcznie poruszał szkłem.
Powoli oderwał ręce od głowy i wyciągnął przed siebie w kierunku nie pełnej kuli. Mając otwarte dłonie, zaczął poruszać pacami, jego ruchy przypominały falowanie. Przesuwał ręce w lewą stronę. Kula, pomimo iż nie była niczym przytwierdzona do jego dłoni, posłusznie wędrowała według jego wskazówek. Znajdowała się ciągle na takiej samej wysokości względem stolika i ciągle płynęła w stronę jego lewej krawędzi. Ręce magika zawisły nad krawędzią, w takim też stanie znalazła się kula. Wyglądało jak by się zawahał, ale w dalszy ciągu jego wyraz twarzy nie uległ jakiejkolwiek zmianie. Stała poważna mina, aura skupienia, kilka sekund i nastąpiło przełamanie. Obie ręce przekroczyły przez granicę, jaką stanowiła krawędź blatu. Kula przewędrowała nad blatem i gdy tylko znalazła się poza jego granicą upadła, znikając tym samym z pola widzenia.
Mężczyzna gwałtownie złożył ręce w pięści i uderzył nimi o stół.
- Znowu. - Powiedział, zaciskając zęby.
W tym samym momencie doszedł go dźwięk stłuczonego szkła, które zderzyło się z ziemią. Ze zdziwieniem spojrzał za stolika na podłogę, leżała tam rozbita kula. Teraz była ona totalnie zniszczona.
- Jednak… - Zaczął, lecz, resztę stanowiły jego przemyślenia
Billy Wolter
Oto jeden z rozdziałów powieści, którą zacząłem: Billy Wolter, jest to oczywiście tekst wyrwany z kontekstu, ale nie chciałem zamieszczać ogromnego tekstu i męczyć. ;)
Najeźdźcy
Billy razem z Estanem skierowali się w stronę wielkiej białej wieży magów, szli w tym kierunku oglądając obóz. Genel opowiadał co chwilę jakieś sytuacje, które miały tu miejsce. Nie wszystkie miały sens, ale większość z nich dawała powody do śmiechu. Po chwili chłopak przypomniawszy sobie coś zaczął:
-A skąd wiesz jak się nazywam? Wymieniłeś moje nazwisko, gdy byliśmy w namiocie, a przecież nie przedstawiałem ci się.
-Jeszcze dużo o mnie nie wiesz.- Piskliwie, głośno zaśmiał się genel, w jego głosie czuć było radość, że może zaskoczyć czymś chłopca.
-Jak mam być szczery to nie tylko o tobie, to miejsce jest dla mnie nowe, to, co tutaj widzę jest inne Nie wiem, kiedy wrócę do domu, nie wiem w ogóle gdzie jest mój dom i nie wiem, co ja w ogóle tutaj robię?
-Na pewno niedługo wrócisz do domu.- Powiedział poważnie Estan.
-Tak tylko mówisz, ale jak będzie nikt tego nie wie.
-Spójrz to drzewo.- Wskazał na drzewo rosnące pośród namiotów.
- Zwykłe drzewo, co w tym takiego dziwnego?
-To nie jest zwyczajne drzewo, chodź, szybko sam zobaczysz.- Wykrzyknął genel.
Chłopak przyśpieszył kroku i biegł za Estanem w kierunku drzewa, które było naprawdę ogromne, jego korzenie wystawały z ziemi a korona rzucała cień na kilka namiotów.
-Masz rację to naprawdę ogromne drzewo, jeszcze takiego chyba w życiu nie widziałem.
-Nie chodzi mi o jego wielkość ono jest magiczne, to stworzenie.
-Co ty znowu wymyślasz, to roślina, czyli żyje, ale nie jest to żadne stworzenie.
Genel ukłonił się i podszedł bliżej drzewa, które jak by samo się poruszyło, po czym jego kora jak by zaczęła się ruszać w kilku miejscach przypominających oczy nos i buzie.
-Przyprowadziłem gościa: Bill Wolter.- Powiedział genel przedstawiając chłopca.
-Witam panie Wolter, pewnie nie jest pan przyzwyczajony do takich widoków jak mniemam jest pan zdziwiony.- Powiedziało powoli jak by ze zmęczeniem drzewo.
-Ty potrafisz mówić? Kim jesteś?
-Ja jestem… elfy mówią na mnie ent, zaś inne istoty najczęściej nazywają mnie drzewcem.
Chłopak się nie odzywał, stał, był wpatrzony w drzewo, które jeszcze przed chwilą stało nie ruchomo, a teraz mówi do niego.
-Nie musi się mnie pan obawiać, jestem istotą, która na pewno nie zrobi ci krzywdy. Jak wiem jutro macie podróż do białej wieży, gdzie odbędzie się próba. Nie boisz się?
-Trochę, a jeżeli nie będę tym, którego szukają? Będę mógł z powrotem powrócić do domu?
-Niestety na to pytanie nie mogę odpowiedzieć. Zapytaj mnie o coś innego, a postaram się tobie udzielić odpowiedzi.
-Czy moi rodzice martwią się o mnie?
-Czy ty nie starasz się przypadkiem mnie sprawdzać? Ty nie masz rodziców.- Odpowiedział ze współczuciem.
-Nie starałem się ciebie sprawdzać, tak jakoś zapytałem, ale naprawdę jesteś mądry.
-Dziękuję.
-Ty od początku żyłeś w takiej formie?
-Ja nie, to, co widzisz jest klątwą, jestem zwykłym człowiekiem uwięzionym w takiej formie.
-Jak to się stało? Dlaczego ci to ktoś zrobił?
-Kilkanaście lat temu byłem magiem, miejsce, do którego niedługo pójdziesz było niegdyś moim domem dopóty nie dostałem misji sprawdzenia terenów wschodnich gdzie znajdują się cmentarze, lasy i groty. Królują tak przeklęci i ożywieńcy. Jedynym miastem gdzie można znaleźć schronienie jest krasnoludzka twierdza Tarranol, jest ono nie zależna od nikogo. Jest to jedyne miasto, które istnieje przy granicy chaosu… tak chaosu długo szukałem słowa, którym można nazwać to część i w końcu znalazłem. Istotami żyjącymi tam są szkielety, zombi, licze i wiele innych żywych trupów. Gdy tylko dostałem się do cmentarza, bo właśnie wydawało mi się, że to jest centrum tego przeklętego zła, pojawił się on.
-Kto to był?- Zapytał wciągnięty w te historie Billy.
-Wygnaniec szkoły czarodziejów, był najlepszy, ale jego zainteresowania budziły lęk wśród wszystkich. Został ukarany wygnaniem, miał przestać z używaniem magii, ale zaniechał tego zakazu. Przyzwał sobie liczną armie i stworzył swój świat, w którym to on właśnie jest władcą i on wydaje rozkazy. Wszyscy są jego podwładnymi, a na dodatek tereny, które posiada nie wystarczają, chce powiększyć swoje terytorium. Ciągłe walki, które stacza, dostarczają mu tylko następne liczne oddziały staje się to w pewnym sensie beznadziejne.
-Jak to przez walkę jego oddziały się powiększają?- Zapytał zdziwiony chłopak.
-Widzisz chłopcze, jego wojsko to tak na prawdę nasze oddziały, tylko, że zmarłe, on je przywraca do życia tylko w dużo bardziej okrutnej formie.
-Jak go można pokonać? Przecież on stworzył coś nie ludzkiego.- Powiedział z oburzeniem Billy.
-Zgadzam się z tobą chłopcze, to nie jest normalne, ale on spostrzega to inaczej i dla zaspokojenia swoich planów, marzeń posuwa się do tak drastycznych środków.
-Co on z tego miał? Bądź ma?
-To jest jego królestwo, a przecież władza jest każdego marzeniem, każdy chce być na górze i dowodzić, nikt nie lubi by ktoś nim rządził, a tym bardziej zakazywał czegoś.
Genel z zaciekawieniem patrzył się na drzewca, stał i nawet nie śmiał wtrącić się. To, co słyszał interesowało także i jego.
-Co zamierzałeś zrobić będąc już tam?
-Jeżeli mam być szczery, byłem jednym z najlepszych magów w wieży, ale gdy się tam znalazłem sam nie wiedziałem, co mam zrobić, rzucałem zaklęcia niszczyłem, ale to wszystko było na darmo ich było za dużo. Nekromanta chciał abym na wieki cierpiał, abym nie zaznał spokoju i zesłał na mnie klątwę, której nigdy wcześniej nie widziałem, teraz sam wymyśla swoje zaklęcia, jego magia jest całkowicie inna od naszej przez większość nazywana białą. To, co potrafi naprawdę mnie zaskoczyło.
-Czyli jako jedynemu udało dotrzeć ci się do samego centrum tego i z powrotem wrócić.
-Tak, ale nie jestem w stu procentach czy tak na prawdę jest to centrum w prawdzie jest tam najwięcej jego potwornych wojowników, ale nigdzie nie widziałem jego siedziby.
-Więc może mieć on w ogóle gdzie indziej centrum?- Zapytał z zaciekawieniem chłopak, a genel tylko przewrócił oczyma i jeszcze bliżej przybliżył się drzewca.
-Tak, ale to także nie jest pewne.
Chłopak stał, nie wiedział, o co zapytał, czuł współczucie do czarodzieja, któremu nekromanta dosłodził życie.
-Chłopcze mam do ciebie prośbę, przez wiele czasu czekałem prawdopodobnie właśnie na to, wierzę, że moje przewidywanie się spełni.- Drzewiec wygiął się na lewą stronę, całe drzewo wyglądało jak by się miało zaraz wywrócić, lewa strona korony prawie dotykała ziemi. Ent spod kawałka kory wyciągnął jak by kopertę, była ona zapieczętowana.- Masz to jest list do magów, jeżeli uda ci się przejść próbę, a właśnie głęboko w to wierzę daj ten list magowi. Nie otwieraj go przed tym, bo stanie się nie ważny.
-Mam do ciebie jeszcze jedno pytanie.- Powiedział chłopak.
-Pytaj.- Odpowiedział.
-Rozmawiam z tobą, wiem, kim jesteś, kim byłeś, ale nie znam twojego imienia. Czy możesz mi je ujawnić?
-Teraz wszyscy wołają na mnie drzewiec bądź ent, ale to tylko nazwa istoty, tak jak zauważyłeś, w którą się przemieniłem. Kiedyś nazywałem się … nie pamiętam, to było tak dawno temu. Nie wiem jak miałem nawet na imię, to nie możliwe nigdy nawet nie zastanawiałem się nad tym to było dla mnie banalne. Zaskoczyłeś mnie chłopcze, jeszcze nikt nigdy mnie tak nie zaskoczył. Chciałbym teraz pozostać sam, potrzebuję trochę odpoczynku, my drzewce szybciej się męczymy niźli zwykli ludzie.
-Dziękuję.- Odparł chłopak.
-Nie chłopcze to ja dziękuję, potrzebowałem takiej rozmowy.
-Do widzenia. – Powiedział Billy, a stworek tylko po nim powtórzył.
Ale drzewiec nie odpowiedział, jego oczy zamknęły się i nadal wyglądał jak zwyczajne drzewo, odpoczywał. Jego ogromne gałęzie poruszały się na wietrze, liście, których było naprawdę dużo trzeszczały pod wpływem otarć wiatru.
-I nie dowiedziałeś się jak ma na imię. Bo sam nie wiedział.- Powiedział szeptem ironicznie genel.- To ja pamiętam jak mam na imię.- Mówił nadal śmiejąc się.
-Tak, ale ty nie masz klątwy, nie jesteś drzewem i nie stałeś naprzeciwko tego parszywego nekromanty.
Genel nie odezwał się, tylko nerwowo przewracał oczami. Wyglądało to dość podejrzanie, ale Bill nie zwracał na to uwagi. Ciągle przyglądał się otaczającemu go światu. Był zafascynowany tym wszystkim, ta jedna rozmowa z drzewcem odmieniła jego spojrzenie na wszystko. Szedł powoli w stronę namiotu Balla, gdy nagle rozległ się krzyk, wszyscy zaczęci wbiegać do swoich namiotów. Trwał chaos, wszyscy krzyczeli. Jedynym słowem, które zrozumiał było:
-Wampiry…
To w zupełności wystarczyło, Billy szybko wbiegł do namiotu, w którym siedział już Estan. Był to opuszczony namiot, prawdopodobnie ktoś go pozostawił.
-Dlaczego wszyscy się chowają?
-Wampiry pija krew!- Wykrzyknął z obrzydzeniem genel.
-Czyli oni także są po stronie tego Nekromanty?
-Nikt tego nie jest pewny. Magowie mówią, że ich eliksirem życia jest krew i właśnie dla tego musza to robić.
Koło namiotu coś się poruszyło, Billy zaś wzrokiem szukał miejsca dobrego do ukrycia się.
-Bill niech wchodzi za zasłonę.- Wskazał odsłaniając ja stworek.
-Zmieścimy się we dwóch?- Zapytał niepewnie Billy.
-Nie, ale tylko tutaj możesz się schować. Ja zmieszczę się wszędzie, a najlepiej będzie pod stołem.- Zarechotał.
Bill zasłonił zasłonę ukrywając się za nią, gdy nagle do namiotu ktoś wszedł. Bill nie wiedział, co robić jego serce zaczęło pracować dynamiczniej, a pot płynąć szybciej. Bał się wyjrzeć za zasłony, nie chciał być dostrzeżony. Im dłużej czekał tym bardziej się obawiał. Osoba, która weszła ciągle chodziła po namiocie i czegoś szukała.
-Czyyystaaa krrrewww.- Powiedział warcząc, jego głos był ochrypły i gruby. Billego przeszły ciarki po samym głosie, już nie biorąc pod uwagę słów, które także były straszne.
Billy dokładnie słyszał kroki, które ciągle zbliżały się w jego kierunku. Czuł już odległość, jaka dzieli tą istotę od niego.
-Wwwieeem żeee tu jesssteś.- Powiedział jego głos jeszcze bardziej przyprawiał o dreszcze. A sama końcówka podobna była do syku węża.
Był ciągle bliżej, gdy nagle stanął. Po chwili przez zasłonę na szyi Filipa zacisnęła się zimna niczym lód ręka. Podnosząc go do góry wyciągnął zza zasłony. Oczom Billego kazała się cała postać, wyglądająca niczym zwyczajny człowiek około metr osiemdziesiąt, czarne włosy opadające na ramiona i blada twarz. Z jego ust wystawały kły, które z pewnością utrudniały mowę, po chwili zaczęły znikać.
-Nieee zgginiesz dzisiaj, będziesz wspaniałym prezentem dla mojego pana.- Powiedział z szyderczym śmiechem. Jego głos wraz ze znikającymi kłami stał się normalny.
Billy nie mógł z siebie wydusić żadnego słowa, ręka, która go uciskała była coraz bardziej zimna, tak mocno ciskała, że oddychanie stawało się coraz większym problemem.
-Pan mnie wynagrodzi.- Powiedział kierując się ku wyjścia.
Gdy nagle na drodze stanął skrzat.
-Nigdzie z nim nie wyjdziesz!- Wykrzyknął.
-A to, dlaczego tak myślisz? Mały bezbronny genel zdoła mnie powstrzymać?- Powiedział ironicznie.
-Tak on jest mój, nie dam go skrzywdzić…
To były ostatnie słowa, jakie usłyszał Billy, po czym zemdlał.
-Billy musi żyć.- Krzyczał skrzat podskakując i co chwilę klepiąc chłopca po twarzy.
-Co się stało?- Zapytał Billy.
Ale stworek jak widać nawet tego nie zauważył i jeszcze raz mocniej uderzył do po twarzy. Mówiąc przy tym:
-Billy musi…
-Tak żyć!- Dopowiedział nerwowo chłopak.- Nic mi nie jest, co się wydarzyło? Gdzie jest ten wampir?
-Uciekł i zostawił cię tutaj.
-Jak ci się udało to zrobić?- Zapytał ze zdziwieniem chłopak?
-Nie wiem Estan po prostu stał.
-Jak to? Dlaczego powiedziałeś, że jestem twój?- Zapytał przebiegle chłopak.
-Bo jesteś moim przyjacielem.- Odpowiedział uśmiechnięty od ucha do ucha.
-Nie ma już ich?- Zapytał powoli wstając.
-Nie, wszyscy już uciekli .
-Wracajmy do Balla.
Czas próby
I
– Zamykać wrota! – wykrzyknął strażnik.
W tym samym czasie wszyscy ustawiali fortyfikacje obronne.
– Przygotować się od strzału! – wydał następne polecenie stojący na murach wartownik. Było ono skierowane do ludzi obsługujących maszyny obronne jak i do ludzi z bronią dystansową..
Łucznicy naprężyli cięciwy i z elficką dokładnością śledzili ruchy wroga.
– Strzał!
Wszędzie dało się słyszeć świst strzał przecinających powietrze. Pocisków było tak dużo, że przez chwilę przyćmiły niebo, a uderzając na wroga siały zniszczenie. Lecz było to jeszcze za mało by powstrzymać wiedzmy, czarnoksiężników i inne paskudztwa od natarcia na zamek.
– Przygotować się do strzału! – krzyknął po raz któryś strażnik.
– Strzał! – te polecenie dzisiejszego dnia było wydawane często, ale to chyba nikogo nie zdziwi.
Strzały w prawdzie były celne, ale niestety czarownice jednym machnięciem ręki je niszczyły.
– Panie to już nie działa. – jeden z obrońców zwrócił się do samego władcy. – Są już bardzo blisko.
– Pierwej umrę, niż te odrażające potwory zajmą moją twierdzę. Szykować broń do walki w ręcz! Dajmy im to, na co zasługują!
– Słyszeliście, do ostatniego tchu! Walczcie z honorem i gińcie z honorem! Bogowie są po naszej stronie!
Wszyscy wyciągnęli bronie, każdy u boku miał oręż. Jedni miecze, inni topory, a jeszcze inni wiekiery, tasaki bądź młoty tak zwane kafary.
Spojrzeli na siebie, na mury, na króla i wykrzyknęli:
– Loren Hait – tak, bowiem nazywało się owe miasto.
Jako że śmierć za króla, w obronie miasta, przy boku walecznego, równego przyjaciela jest czymś więcej niżeby honor, to zaszczyt.
Wszyscy byli przygotowani na atak lecącym ku nim czarownicom. Wyglądały niczym wieśniaczki na miotłach. Ich elementem rozpoznawczym były czarne płaszcze i czarne szpiczaste kapelusze. Wraz z nimi lecieli czarnoksiężnicy także ubrani na czarno, miotali wszelakimi zaklęciami. Najmniejszą grupę, lecącą na samym tyle stanowiły stworzenia z wyglądu przypominając gnomy. Było ich znacznie mniej, a sam ich udział w walce był zaskoczeniem. Na czele leciała dowódczyni, wyróżniała się ze wszystkich bynajmniej strojem. Jej płaszcz był ciemno czerwony, a nawet krwawy. Na jej miotle zawieszone były czaszki, zapewne ofiar, których dopuściła się zabić.
Dla obrońców ten moment dłużył się. Ogarniał ich strach, ale na samą myśl o zwycięstwie i że tuż za nimi jest król, przyglądając się dokonaniom i odwadze swych rycerzy odradzał się w nich hart ducha i moc walki. Sam władca siebie traktował równo jak i podwładnych, ukazywał to biorąc czynny udział w walce. Jego bronią byłą wielka niczym drzewo halabarda. Trzymał ją w jednej ręce, zaś drugą podniósł leżącą obok niego włócznie. Nagle zrobił jeden potężny krok, który był zamachem do wyrzucenia jej w powietrze prosto w grupę tych ponurych istot. Leciała na wprost dowódcy, lecz ona uchyliła się i uniknęła jej. Włócznia przebiła jedną z czarownic, która niczym piorun spadła na ziemię, a jej miotła za nią. Ten jeden moment był początkiem zajadłej bitwy, która właśnie się zaczęła.
Łucznicy, kusznicy, ludzie obsługujący balisty i katapulty ciągle strzelali. Co róż wysyłając niczym czarne chmury serię strzał, bełt i pocisków. Lecz tylko część z nich trafiała do wcześniej wytyczonego celu. Król stał w bezruchu w jednej ręce trzymał swoją ogromną halabardę. Czekał na natarcie. Po chwili wykrzyknął:
– Teraz!!
Wszyscy przygotowali broń na sztorc. W mgnieniu oka na zamku zaroiło się od czarownic, czarnoksiężników i wargoli – tak, bowiem nazywała się rasa przypominająca gnomy.
Zaczęła się zajadła bitwa. Wszyscy walczyli niczym osy w obronie swojego ula przed trzmielami.
Wroga armia była o wiele liczniejsza, ale rycerze walczyli z zapałem i hartem ducha, którego brakowało przeciwnikom. Król szedł przed siebie w kierunku dowódcy. Jednym ruchem ranił kilka czarownic na raz. Był niepokonany, jego siła i męstwo przewyższała wszystkich. Bez większego wysiłku przedzierał się przez atakujące, wrogie armie. Jego ofiary padały pod halabardą, niczym muchy pod klepką. Nikt nie miał szans. Niektórzy widząc go z obawy wycofywali się. Gdy doszedł do dowódczyni, ona jedyna została na swoim miejscu, nie cofnęła się. Spojrzała na niego spod kapelusza, jej wzrok był przenikliwy jak gdyby już wiedziała, co się wydarzy. Zaklęcia rzucane przez czarownice i czarnoksiężników w prawdzie trafiały go, lecz zbroja ze złoto smoczej skóry tylko je odbijała. W około trwała walka. Król szedł w kierunku czarownicy, która stała jak gdyby nie wiedziała, co ją czeka.
Władca zrobił duży zamach i uderzył halabardą w czarownicę, która to uniknęła, ale nie spodziewała się drugiego ataku samą pięścią. Pod siłą tego uderzenia upadła i gdy chciał przebić ją swoją bronią powiedziała:
– Nie, nie zabijaj mnie, to koniec, wygrałeś. Daruj mi życie jestem tylko kobietą. – w jej głosie można było wyczuć wrażliwość.
Te słowa zrodziły litość, wahanie. Król stał wpatrzony w nią, nie wiedział, co ma zrobić.
Czarownica przebiegle wykorzystała ten moment wyciągając rękę w kierunku twarzy króla. Z jej dłoni wyleciał ognisty pocisk, który ranił twarz władcy, był tak silny, że krew trysnęła na rękę czarownicy. Monarcha upuścił halabardę, która u padła na nogę czarownicy, po czym z brzdękiem wylądowała na ziemi. Oligarcha złapał się za twarz, była ona poparzona w oczodołach nie było już gałek ocznych – był ślepy. Głęboki ból ogarnął władcę, ślepy wojownik już nie jest tym samym władcą.
Czarownica wstała i szyderczo rzekła:
– Czas to zakończyć. Nędzni ludzie, nigdy nie zrozumiecie, że nie należy wierzyć wiedźmie! – tym słowom towarzyszył złowrogi uśmiech.
Wyciągnęła zakrwawioną dłoń i zaczęła ją zaciskać, chcąc ścisnąć w pięść. Król zaczął się giąć, jak gdyby właśnie go ściskała, lecz starał się opanować i nie krzyczeć, nie chciał dać jej takiej satysfakcji.
Wiedźma ściskała coraz mocniej, gdy nagle opuściła dłoń, a jej wzrok zamarł. Powoli upadła na kolana, a później na twarz. W jej plecach po stronie serca siedział jak gdyby buńczyk. Czarownice, czarnoksiężnicy walczący jak gdyby wyczuli ten moment braku dowódcy i nagle zaczęli się rozpraszać. Walka nie miała już sensu, mieli już przywódcy, najsilniejszej osoby, która ich prowadziła. Leżała ona teraz w kałuże krwi. W jej plecach siedziała jakaś prawdopodobnie bardzo stara laska. Na zamku zaczęło się robić spokojnie, druga armia uciekła w popłochu.
Król klęczał tuż obok wiedzmy, trzymał dłońmi zasłoniętą twarz. Był teraz już nie tej samej sprawności jak niegdyś, czuł się poniżony. Żałował, że żyje, wolałby zginąć jak wojownik w honorowej walce, a nie przez resztę życia męczyć się z losem ślepca. Na co mu teraz siła, skoro nie widzi przeciwnika, z którym może walczyć. Władza skoro nie widzi poddanych, którymi może rządzić. Autorytet skoro nie może zobaczyć swojego ludu, ludzi, którzy go cenią. W jego głowie kumulowały się tego rodzaju pytania, nie mógł przestać myśleć. Był znanym władcą z potęgi, siły, ale także mądrości, a teraz nie wiedział, co ma zrobić. Był w trudnej sytuacji, nagle do niego podbiegło kilku poddanych wojowników i jeden zaczął:
– Panie odparliśmy natarcie, zabiłeś dowódczynię to koniec. – nagle zamilkł, spoglądając na twarz władcy
– To nie ja ją zabiłem, – wyrzucił z siebie – ja uległem.
– Nie ma silniejszego niźli władca, kto mógłby zabić dowódcę?
Drugi schylił się nad ciałem wiedzmy i z trudem z pleców wyciągnął głęboko wbity buńczyk.
– Jak mówię, że nie ja to nie ja! – wykrzyknął
– Czy coś się stało, panie? Twoja twarz…
Władca nie wiedział, co powiedzieć, czuł przygnębienie, nostalgię. Ktoś, kto nie powinien okazywać smutku, właśnie to robił.
– Zabił ją ten kawałek kija. – powiedział strażnik pokazując laskę, którą wyciągnął z ciała czarownicy.
– To przecież kij naszego szczurołapa. – powiedział pewnie.
– Tak.
– Każcie przyprowadzić do mnie tego człowieka, – powiedział władca – a teraz pomórzcie mi dojść do tronu.
II
– Panie oto i on. – rzekł strażnik kłaniając się przed władcą.
– Dziękuje. Czy stoi on dostatecznie blisko? Chciałbym z nim porozmawiać.
– Tak, jest tuż przed tobą, panie. – odparł rycerz i cofnął się pozostawiając ich samych.
– Przypuszczam, że wiekiem jesteś młody, lecz masz serce czyste i waleczne. Dokonałeś wielkiego czynu, ale przed tym powiedz czy ta laska jest twoją własnością?
– Tak panie. – odpowiedział widząc swój buńczyk
– Tak więc ty zabiłeś hrabinę, dowódczynię wrogich oddziałów. Jakie nosisz imię?
–Jestem Fangir.
– A więc Fangirze jesteś osobą, której chciałbym powierzyć zadanie.
– Mi jestem zwykłym szczurołapem.
– Byłeś od dzisiaj wszystko się zmieni. Podejdź.
Król wstał i wyciągnął swój długi miecz, lewą ręką dotknął ramienia Fangira i odrzekł:
– Uklęknij wojowniku.
Podniósł miecz i z niedowierzalną precyzją, pomimo losu ślepca dotknął jego lewego, następnie prawego ramienia i na sam koniec głowy mówiąc przy tym:
– Pasuję cię na łowcę czarownic, twoja przeszłość jest nie ważna, zapisuj nowe kartki swojo życia. Powstań.
Fangir wstał i ciągle patrzył się na władcę, który usiadł na tronie. Był zdziwiony, nie spodziewał się tego, on zwykły, prosty chłopak z chłopskiej rodziny, nędznie utrzymujący się z profesji szczurołapa awansował na łowcę czarownic. Nawet nie wiedział, jakie będą jego obowiązki. Cieszył się, lecz w głębi duszy czuł niepewność, a nawet lęk.
– Widzisz, pozwolę sobie powiedzieć chłopcze wykazałeś się moim zdaniem odwagą i walecznością. Nie wiem jak to zrobiłeś czy masz jakieś konszachty z magią, czy nie, nie interesuje mnie to. To była swojego rodzaju próba i jak już powiedziałem mam dla ciebie zadanie.
Fangir nie odzywał się ciągle słuchał, przyglądał się na władcę ze współczuciem. Sam ubrany był w jakieś porwane ciuchy, które kojarzyły się z jego zawodem. Przypominały worek tyle że na górze z doszytym kapturem wiszącym na plecach, śmierdziały.
– Dobrze cię kojarzę, pamiętam się. To właśnie ciebie zatrudniłem abyś z zamku wypędził te przebrzydłe gryzonie. Spisałeś się i wierze, że teraz też się nie zawiodę. – Mówiąc to pociągnął nosem i szybko dopowiedział – Swoje nowe ubrania znajdziesz w skrzyni w swoim pokoju, do którego zabierze cię jeden ze strażników. Gdy wrócisz porozmawiamy o zadaniu.
– Dobrze. – ukłonił się i skierował do strażnika, który go tutaj przyprowadził
– Chodź za mną. – rozkazał rycerz i skierował się do ogromnych dębowych drzwi
Gdy tylko przeszli przez nie oczom Fangira ukazał się długi korytarz, przez który biegł czerwony dywan. Na ścianach wisiały liczne trofea i obrazy, na samym przodzie był portret króla z jakąś kobietą, którą skądś kojarzył, lecz nie wiedział skąd. Była to niespotykana piękność, jej uroda była nie codzienna czarne włosy, a twarz promienista. Oboje wyglądali na szczęśliwych i zakochanych. Król był jeszcze młody co wskazywało że było to dawno temu.
– To tutaj. – wskazał do chłopaka, a widząc że ten nie reaguje pociągnął go za rękaw, który się rozdarł – Jak ty możesz w czymś takim chodzić?
Chłopak wszedł do pokoju, w którym miał zamieszkać.
–Oto klucz do skrzyni. Od dzisiaj to twój pokój i wszystko co się w nim znajduje jest twoją własnością. A teraz rozgość się, już nie będę ci przeszkadzał. – oznajmił strażnik i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
Fangi skierował się do skrzyni stojącej w rogu pokoju. Czuł ogromną ciekawość, ciekawość ciągu jednego dnia jego życie diametralnie uległo zmianom. Pokój, który został mu przydzielony nie był duży, lecz w oczach młodzieńca był wspaniały. Na jednej ze ścian wisiała rama obrazu, ale co najdziwniejsze nie było w wewnątrz żadnego malowidła. Zastanawiało to chwilę młodzieńca, lecz nie była to jedyna rzecz, która budziła w nim takie uczucia. Gdy tylko doszedł do skrzyni, pochylił się nad nią i umieścił klucz w otworze, następnie przekręcił go dwukrotnie, po czym otworzył. W wewnątrz znajdowały się ubrania, amulety, broń i kosztowności. Oczy Fangira zajaśniały, a sam nie wiedział, co myśleć. Było to wspaniałe, ale czuł w wewnątrz jak coś mu mówi nie może tego przyjąć. Bał się, wszystko to za darmo? Każde jego osiągnięcie było wypracowane ciężką pracą, czasem i poświęceniem. To mu w ogóle nie pasowało. Nigdy nawet o czymś takim nie myślał, a marzyć nie śmiał.
Nagle do drzwi ktoś zapukał. Fangir nie wiedział, co zrobić, był zbyt zamyślony, ale gdy stukanie ponowiono, gwałtownie zareagował:
– Proszę.
Drzwi się otworzyły, a do pokoju weszło dwóch mężczyzn niosących misę z wodą. Z misy uchodziła para co wskazywało na temperaturę wody. Fangir stał osłupiały nie potrafił niczego powiedzieć, czy też się poruszyć. Po chwili do pokoju wszedł strażnik, który go tutaj przyprowadził i widząc go rzekł:
– Mam nadzieję, że nie chciałeś tego ubierać przed kąpielą. Na dworze dbamy o to aby każdy był czysty.
– Tak to znaczy nie, nie chciałem. – powiedział w prawdzie niepewnie
– Tak, więc dasz sobie radę, czy mają ci pomóc służące. – wskazał w kierunku drzwi skąd wyszły dwie piękne kobiety.
Młodzieniec w tej chwili stracił głos, patrzył się, ale nie mógł niczego powiedzieć.
– Mam zadać pytanie jeszcze raz?
– Przepraszam, słucham. – powiedział jak wy budzony ze snu.
– Czy chcesz, aby te dwie kobiety pomogły ci się wykąpać.
– Nie to znaczy … – zawahał się przez chwilę – nie, nie.
– Twój wybór, zbieramy się, chłopak musi przygotować się do uczty.
Wszyscy wyszli z pokoju zostawiają misę z wodą i zamykając za sobą drzwi.
Fangir podszedł do misy i zanurzył dłoń sprawdzając temperaturę. Była wspaniała, idealna. Nagle drzwi się tworzyły i wszedł jeden z dworzan.
– Oj przepraszam, to do wytarcia. – podał ręcznik dla młodzieńca i szybko wyszedł.
– Dziękuję. – odparł Fangir do wychodzącego, był w prawdzie zdziwiony, ale jeszcze bardziej zafascynowany tą sytuacją.
III
...

















































