Vivaldi - blog
Mała prośba
Ponieważ potrzebuję napisać mała prackę na zaliczenie, chciałbym zadać kilka pytań przedstawicielstwu tzw. młodzieży ;] Pytań jest niewiele i dotyczą komiksów.
1. Czy kiedykolwiek czytałeś/aś komiksy? Jeśli tak, to kiedy?
2. Czy obecnie czytasz komiksy?
- Jeśli nie - dlaczego?
- Jeśli tak - dlaczego?
3. Jeśli czytasz komiksy - jakiego rodzaju? (można podać gatunek, tytuł, autora itp).
4. Jaki masz stosunek do sztuki komiksowej?
Wiem, że bzdurna ankieta, ale mimo wszystko może ktos będzie tak miły i się podzieli swoimi doświadczeniami ;]
Poszukiwany, poszukiwana
Ogłoszenie: potrzebny desperat gotowy zrobić korektę gramatyki, interpunkcji i stylistyki 70 stron znormalizowanego maszynopisu, w terminie do 5 dni, ale koniecznie przed 4 czerwca. W razie czego jestem w stanie sypnąć groszem. W granicach rozsądku oczywiście :>
Popkulturalny konsumpcjonizm
Oficjalnie można nazwać mnie durniem, opatentowanym i zatwierdzonym, ze znakiem jakości na dodatek.
Obiecałem sobie, że jeśli kiedyś zdarzy mi się zajść do księgarni, kupię tylko te ksiązki, których potrzebuje.
A tu głupi Matras robi wyprzedaż -25% na cały asortyment...
W efekcie zamiast grzecznie kupić sobie "Psa i klechę", alternatywnie nowego Madderdina, i wyskoczyć z 23 zyli, skończyło się na tym, że z mojego portfela - lekko i zwiewnie - wyfrunęło ponad osiem dych, a moja biblioteczka wzbogaciła się o kolejny tom przygód animatorki Anity Blake, super wypaśne wydanie tekstów Edgara Allana Poe i książke o postmoderniźmie w kinie. Kurwać...
Boże, chroń mój portfel!
A nie, sorry, zapomniałem. 'Got ist tot'.
Mistrz
Bywaja takie chwile, że cos dzieje sie tak... mimochodem. Wchodzisz bez wielkich oczekiwań i w trakcie okazuje sie, że jednak nie jest źle, jednak coś z tego może być.
Ja tak miałem. Spotkałem Mistrza.
Nie, nie Yodę.
Ale blisko.
Do Andrzeja Wajdy stosunek mam ambiwalentny. Jego starsze filmy - Popiół i diament czy Kanał - cenie bardzo wysoko, nowsze - zwłaszcza Katyń - do mnie nie przemawiają. Ponabijać się też wypada, zwłaszcza z tego "mistrzostwa". Takie polskie skrzywienie.
Kiedy jednak widzi sie salę wypełniona po brzegi, starszego, niskiego człowieka o zmęczonej twarzy, który musi przytrzymywać się biurka, by ukłonić się zgromadzonym na sali, a nastepnie z afektem, werwą i poczuciem humoru opowiadającego historie swojego życia, swoich filmów, relacji z aktorami, człowiek jednak zaczyna czuć szacunek. Bez zadęcia, bez wielkopańskich póz, z humorem, dowcipem, nawet w obliczu kłopotów z pamięcią.
Mistrz.
Pozostaje pytanie, kto go zastąpi, gdy odejdzie? Jeden "Rewers" wiosny nie czyni...
PS. Udało mi sie ukończyć opowiadanie, z którym męczyłem sie chyba od września. Wywaliłem połowe starej wersji (jakies 8 stron), dopisałem kolejnych 10 i jakos poszło... groza napawa mnie myśl, że będę to musiał poprawić.
Grande puta...
Winni mi jesteście 100 nazistowskich skalpów zdjętych ze 100 nazistowskich głów...
Czasem nachodza mnie dziwne myśli...
Często się to nie zdarza, bo i niektórzy sa zdania, że i mysleć zdarza mi sie rzadko. Cóż... weźmy sobie takiego człowieczka i każmy mu tak chodzic w kółko. Taki człowieczek będzie sobie chodził w kółko.
I w kółko... i w kółko... i w kółko... i w kółko...
I teraz człowieczek może sie wkurzyć. Może tedy kłąśc lage na wszystko i dalej se łazić, albo przestać łazić w kółko (może też zacząc łazić po kwadracie, ale kij).
W każdym razie ja postanowiłem przestac łazić. Przynajmniej na jakiś czas.
Robię sobie przerwę od pisania. Permanentne wakacje. Byc może na miesiąc, być może na pół roku albo rok. Nie wiem. Musze odkamienić głowę. Żadnych miniaturek ani opowiadań. Żadnej chwały, czarownicy, wampirów w Londynie ani innych głupot. Co najwyżej jakies skrawki do Bliss, bo to jestem Mleczowi winny.
W każdym razie czuje sie jak zewłok. Pomysłów brak. Całkowity. Tylko przeżuwanie tych samych schematów, tylko w innych łaszkach. Świat pędzi do przodu a ja mam wrażenie, że stoje w miejscu z główa wbitą w ziemię. Chodzę w kółko. Żadnego rozwoju czy progresji. No i cieszy to wszystko jakoś mniej. Brak zadowolenia z własnej pracy. Mentalna czarna dziura.
Tak więc w najbliższym czasie nie będzie z mojej strony żadnych aktualizacji w dziale "opowiadania" ani kuźni, ani w żadnych konkursach. Co najwyżej w dziale "Film" gdzie zamierzam powiekszyć zasób recenzji. Zobaczymy, czy mi sie uda...
PS: Kto waha się, czy iść na "Bękarty Wojny" Tarantino niech nie czeka, tylko wali do kina - film jest mocny, zabawny i dobrze zagrany. Byc może juz niedługo recenzja...
An old brick in the wall
Drink, drink motherf**ker!
Cieszcie sie i radujcie, albowiem rzecz wielka sie stała! Niebiosa sie otworzyły, mądrośc na mnie spłynęła i cud sie stał!
Historie literatury zdałem!
Na 3,5!
Zaprawde powiadam wam, cieszcie się! Ja sie cieszyć zamierzam i mam cicha nadzieję, że nie urżnę sie tym whisky, które kupiłem specjalnie, by to oblać...
Hallelujah! (God is dead)
Fire in the Hole!/Kino na Granicy
Szczerze powiedziawszy, do ostatniej chwili nie wiedziałem, czy przypadkiem komuś w domu nie wpadnie do głowy pomysł, żeby mi kazać wrócić do domu, niwecząc plany wyjazdu, ale że nic takiego się nie stało (na początku), najazd na Cieszyn doszedł do skutku.
Najpierw pobudka o nieludzkiej porze rannej, aby zdążyć na autobus, 6.30 z dworca. Wpół śpiący dowlokłem się tam, zastając znajomą, z którą mieliśmy jechać. Chwile później dołączył także drugi znajomy i w komplecie wbiliśmy się do autobusu. Podróż – bite trzy godziny – spędziliśmy na wyzłośliwianiu się na wszystko i wszystkich – począwszy od filmów i reżyserów, poprzez znajomych i spotkanych ludzi, kończąc na współpasażerach (w tym psie) i wrednym słońcu które waliło po plecach w czasie jazdy. No i zabawnych nazwach miejscowości ;]
Około 10 przybyliśmy do Cieszyna – punkt pierwszy krucjaty spełniony. Problemem było teraz znalezienie pensjonatu, w którym mieliśmy zarezerwowany nocleg. Oczywiście, żeby nie było zbyt prosto – na dworcu nie mieli planu miasta. Żadnego. Na szczęście rynek był niedaleko, więc zaopatrzyliśmy się w rzeczony plan i z przerażeniem zorientowaliśmy się, że pensjonat jest daleko. I pod górę. No ale cóż, bywa… Po drodze wstąpiliśmy jeszcze do biura festiwalowego, kolega odebrał swój karnet, my z koleżanką zakupiliśmy swoje (swoją drogą, Teatr im. A. Mickiewicza, gdzie odbywały się projekcje i sprzedawano karnety, metodą peerelowską, pozamykany był na amen) i z kilkoma problemami orientacyjnymi dotarliśmy do pensjonatu, gdzie… odbywał się jakiś zjazd. Nie wiem, czy był to zjazd kółka różańcowego, rodziny radia M. czy naszej klasy, w każdym razie średnia wieku powyżej 50, średnia decybeli powyżej 120. Ale ok., odebraliśmy kluczyk, weszliśmy do pokoju… i cały PRL mi się przypomniał. Drzwi się nie domykały (chyba że na klucz), w kątach pajęczyny, a w łazience nie dość, że rury kanalizacji straszyły gorzej niż Dracula, to nie pomyślano zarówno o zasłonce w prysznicu, jak i o zwykłym, durnym zamku w drzwiach. Ale cóż, pani ostrzegała, że „niższy standard” jest ;p
Szybkie śniadanie i wychodzimy w miasto. Po drodze zahaczamy o fabrykę wafelków. Myśleliśmy nawet, żeby wstąpić i zapytać, czy nie maja jakiś czekoladowych odpadów, ale koniec końców się nie zdecydowaliśmy ;p
Wchodzimy do centrum miasta. Wokół pełno ludzi z kolorowymi karteczkami na szyjach – karnetowicze festiwalowi. Na dobra sprawę co drugi spotkany Polak przyjechał tu na festiwal. Z jednej strony fajnie to wyglądało, z drugiej – powodowało problemy przy poszukiwaniach miejsca na obiad :>
Chwile potem przekraczamy granicę. Żadnych szlabanów, mundurowych czy czegoś w tym stylu – tylko szyldy na sklepach się zmieniają. Koleżanka na dobra sprawę nawet nie zauważyła zmiany. W każdym razie chwile później podchodzimy pod kino – i lekka konsternacja. Cholera, małe toto… i jakieś takie niepozorne… ale nic, zobaczymy – jeszcze godzina do projekcji, to sobie pospacerujemy po rynku. W sumie to spacerowanie ograniczyło się do zobaczenia budynku z solarium (nie odważyliśmy się wejść ;) i podziwianiu niezliczonych wręcz aptek i salonów fryzjerskich. A, i miałem okazje zobaczyć niemalże wzorcowego Emo – białe trampki, krótkie spodenki, koszulka z zakrwawiona żyletką, na ręce koraliki, a na szyi żyletka na sznureczku, idealna na sytuacje kryzysowe ;] a, no i rozwiany włos. Ech, chyba traumę będę miał przez to…
Nie dziwne więc, że musieliśmy po zobaczeniu czegoś takiego przysiąść na ławeczce w cieniu. I wiecie co? Rynek czeskiego Cieszyna jest cholernie ładny. Obsadzony kilkunastoma ładnie przyciętymi drzewkami, z żywopłotem, ławeczkami do siedzenia (ech, żeby takie w Kraku były!) i fontanna w centrum, która od czasu do czasu zmieniała strumień wody w sposób losowy i dość idiotyczny ;p Ale i tak najfajniejsze wrażenie robiła grupka podrostków, która sobie bez niczego… grała na rynku w piłkę. I nikt się temu nie dziwił. Spróbujcie taki numer zrobić w Krakowie…
Pierwszym seansem były „Dzieci nocy” Michaela Pavlatowa z 2008. Szczerze mówiąc, do dzisiaj nie wiem, o czym ten film był. Historia Ofki – dziewczyny, której w krótkim czasie na łeb spada masa kłopotów, dość wyalienowanej i zamkniętej w sobie, nie radzącej sobie z emocjami była po prostu niezrozumiała. Główna bohaterka nie budziła współczucia, bo widać było, że jej samej niewiele na wszystkim zależy; postacie poboczne były durne i kręciły się wokół bohaterki bez celu, jakby własnego życia nie miały. Kolega buszujący po śmietnikach, który jest raz olany, a raz ubóstwiany jest po prostu infantylna i bez wyrazu, a motyw zdrady faceta i przyjaciółki jest wręcz podręcznikowy. Gdyby skrócić film o jakieś 15 minut i zmienić totalnie beznadziejne zakończenie (zupełnie odrealnione i dziecinne) mogłoby cos z tego być. A tak? Kicha…
Kolejnym seansem miał być „Szpital przemienienia” na podstawie Lema (podobno rewelacyjny) ale niestety – fizjologia zwyciężyła. A konkretniej to głód – po wyjściu z Sali każdy z nas czuł ssanie w żołądku i raczej nie było miejsca na filmy. Kierując się rozpiską z rabatami, odwiedziliśmy kilka miejsc i w każdym okazywało się, że brać festiwalowa zdążyła już zając wszystkie miejsca. Jakimś jednak cudem udało się znaleźć całkiem niezłą pizzerię. Gdyby zamówiony kawał ciasta nie był tak mały i nie trzeba było na niego tyle czekać, było by super… W każdym razie po konsumpcji zahaczyliśmy jeszcze o bankomat na cieszyńskim rynku (zdecydowanie brzydszym od czeskiego, głównie ze względu na obecność masy ogródków piwnych) i wyruszyliśmy na „Tatarak” Wajdy.
Przed kinem – tłum. Na sali – tłum. Nie wiem ile osób odeszło z kwitkiem, ale z pewnością było ich trochę. A film? No cóż – zaskoczenie. Nowy Wajda rzec by można. Wajda nowocześniejszy, postmodernistyczny, autotematyczny, lekko kontrowersyjny. Podobał mi się motyw konstrukcyjny filmu, gdzie przeplatały się kwestie Jandy, opowiadającej o śmierci męża, sceny z kręcenia „Tataraku” i sama adaptacja Iwaszkiewicza. Z pewnością nie jest to „wielki” film, jak chcieliby niektórzy, ale zdecydowanie Wajda nie ma się czego wstydzić. Owszem, wystąpienie Jandy i jej opowieść mogą się wydać kontrowersyjne (jeden z widzów określił to jako „pierdolony ekshibicjonizm”) ale dla mnie to naprawdę mocna rzecz.
Chwile potem kolejny film z cyklu o Elce Batory – „Opowieści Niemoralne” Waleriana Borowczyka. Szczerze mówiąc, nie wiem na co się nastawiałem, ale cokolwiek by to było, z pewnością otrzymałem co innego. Film Borowczyka jest właściwie stuminutową sekwencja przeglądania gołych bab. Cztery nowelki składające się na film są właściwie wypełnione biustami, łonami i tyłkami. W pierwszej możemy podziwiać dziewczę nad morzem, raczące kuzyna seksem oralnym, gdy ten opowiada jej o przypływach. W drugiej widzimy dziewoje, głaszczącą przedmioty używane w czasie mszy (skupiając się zwłaszcza na tych falliczno-kształtnych), po czym zostaje zamknięta przez jędze w swoim pokoju. Cały czar szlag trafia, gdy dziewoja dostaje od jędzy talerz z ogórkami – na ten moment cała sala ryknęła śmiechem, powtarzając go ponownie, gdy blondyna zaczyna się rzeczonymi ogórkami zadowalać w niekoniecznie kulinarny sposób. A gdy jeden z tych ogórków rozpada się na kawałki…
Trzecia nowela opowiada o Batory, ale szczerze mówiąc, gdyby nie scena kąpieli w krwi, mogłoby to być równie dobrze o Kleopatrze albo carycy Katarzynie. Przez kilkanaście minut mamy okazję oglądać kilkanaście nagich kobiet biegających po korytarzach i kapiących się pod prysznicem (ach, nie ma to jak zgodność historyczna!) i właściwie nic poza tym. Na sam koniec – nowelka o Lukrecji Borgii, z seksem kazirodczym w roli głównej. Szczerze powiedziawszy, pod koniec już przysypiałem, i poza dziwacznym seksem pamiętam tylko motyw z próbowaniem ciasteczka. Nie wiem w zasadzie jaki był cel tego filmu, ale jeśli rozśmieszenie widowni – to się udało!
Potem podróż do pensjonatu, snując się niczym trupy, kolacja z zupy chmielowej i chleba z Nutellą (pełna witamin i składników odżywczych!), kilka rozdań w kuku i idziemy spać.
Rano mieliśmy wstać o 10 i udać się na czeskie sf, ale życie zrewidowało te idealistyczne plany ;] Koniec końców o rzeczonej godzinie wywlekliśmy się z pokoju i postanowiliśmy zwiedzić nieco okolice czeskiego rynku. Zakupiliśmy trochę wody, Lentilki i wyekwipowani poszliśmy przeglądać wystawy. Oczywiście z racji 1 maja większość była pozamykana, co szczerze mnie zasmuciło, bo było co oglądać! Oczywiście, jako poważnych ludzi najbardziej zainteresowała nas polska księgarnia… i sklep z zabawkami. I tam mieli takie fajne, drewniane postacie z Krecika! I pluszowego Krecika tez mieli. Oczywiście każdy przedmiot dokładnie obgadaliśmy – począwszy od klocków Lego, pluszowe misie, poprzez mebelki dla lalek z szufladkami, kończąc na małym imbryku Bosha dla dzieci, posiadającym „realistyczne funkcje”…
Oczywiście, że było jeszcze mnóstwo czasu do filmu, usiedliśmy na rynku, na ławeczce. Oczywiście nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że nagle na rynek wjechał jakiś furgon i kolesie zaczęli coś rozkładać. Chwila niepewności, zoom kamery – o cholera! Czeski LPR! Napisy w rodzaju „Bruksela = Moskwa” i „Nie damy rozkraść Czech!” nie budziły wątpliwości. Na dodatek przed tymi napisami postawiono jakąś uśmiechniętą jak po LSD kukłę chłopaczka na rowerku, którą kolega wziął za żywego bachora… Niestety jednak – film się miał zacząć i zostawiliśmy czeskich prawicowców.
A w kinie? „Ja, Spravedlnost” Zbynka Brynycha – sf z 1967 roku. Fabuła prosta, ale ciekawa: czeski lekarz zostaje porwany i zmuszony do odgrywania niemieckiego lekarza. Jak się okazuje, jego celem jest… leczenie Hitlera który przeżył upadek Berlina i ukrywa się przez norymberskim Trybunałem! Zresztą, to dopiero początek, bo rzeczony lekarz zostanie wrzucony w środek wojny frakcyjnej wśród nazistów i będzie pionkiem w ich grze. Nagłe zwroty akcji, blagi, mistyfikacje – do końca nie wiadomo, kto jest kim i jak się to zakończy. Znajomi stwierdzili, że film jest dość nudny, ale mnie się podobał.
Jako, że do kolejnego filmu zostało pół godziny, a sklepy miano niedługo zamknąć, postanowiliśmy skorzystać z okazji i zakupić nieco zupy chmielowej. Wchodzimy do sklepu… i konsternacja. Skrzynek w cholerę, piw tez – co wybrać? Na szczęście szybki telefon do Tess ;) pozwolił zażegnać kłopot i zakupić całkiem niezłego „Czarnego Kozła”. Naprawdę dobre to piwo ;]
Kolejny film – „33 sceny z życia” Szumowskiej były dla mnie zagadką, choć słyszałem że bardzo dobre. I powiem szczerze, że rzeczywiście – film całkiem niezły, wciągający, poruszający. Obraz rozpadu rodziny pokazany wyjątkowo dobrze, pięknie, z wyczuciem. Co prawda było kilka zgrzytów, kilka przesadzonych momentów (zwłaszcza scena stypy) a i niektóre zachowania bohaterów były totalnie niewiarygodne, ale koniec końców uważam, że to jeden z lepszych polskich filmów ostatnich lat. No i aktorstwo stało na naprawdę dobrym poziomie.
Potem znów poszukiwania jakiegoś żarcia, zakończone jak poprzednio lądowaniem w pizzeri i nażarciem się za ostatnie dwa dni, akurat by mieć siły na zbliżający się „Jeszcze nie wieczór” Jacka Bławuta. Film – podobnie jak „Tatarak” – pokazano w cholernie niewygodnej Sali Teatru im. A. Mickiewicza, i podobnie jak w przypadku filmu Wajdy, sala była napchana.
Sam film zaś to bardzo interesująca opowieść dziejąca się w Domu emerytowanego aktora w Skolimowie, gdzie przybywa nowy pensjonariusz – Jerzy (Jan Nowicki). Amant, cwaniak, „Wielki Szu” myśli o wszystkim, tylko nie o starzeniu. Spotkawszy czarnego pudla, Mefista, wobec obrazu weteranów aktorskich, gnuśniejących w bezczynności, postanawia wystawić „Fausta” z tymi właśnie gigantami. Efekt będzie ciekawy…
Film był moim zdaniem świetny – pełen humoru, ironii, ciepła, z pewną nutka dramatyzmu i tragedii, z naprawdę zaskakującym aktorstwem prawdziwych legend aktorstwa polskiego. Dość powiedzieć, że Nowicki – którym ma już 7 dych na karku – był tam jednym z młodszych ludzi… Zresztą, na spotkaniu po filmie zachowywał się nie gorzej niż rozbestwiony młodzieniaszek, sypiąc soczystymi frazami i żartami, po których składała się i widownia i reżyser, z którym przyjechał. Doprawdy, nie da się go nazwać starym…
Niestety, w tym miejscu kończy się zabawa, a zaczyna proza – okazało się, że moje plany pozostania w Cieszynie do soboty, do późnych godzin popołudniowych sa tyleż fajne, co kompletnie nierealne. Ni mnie nie więcej – zostałem zmuszony do przedwczesnego powrotu. Z tego też względu nie mogłem sobie posiedzieć ze znajomymi sącząc „Czarnego Kozła”, pogadać o głupotach czy obejrzeć w sobotę „Małej Moskwy” czy „4 nocy z Anną”.
Zresztą, nie tylko tego nie udało mi się obejrzeć – ominęło mnie większość film na podstawie Lema (puszczanych głównie przez pierwsze dwa dni), obrazów o Elce Batory (W tym „Batory” Jakubisko, która miała mieć tu polska premierę – na szczęście sam zdobyłem już kopię) czy czeskiego sf. No i nie mogłem sobie kupić oryginalnego, czeskiego Krecika i piwa.
Ale ogólnie wyjazd oceniam jako udany. W końcu nie ma to jak pojechać do Czech, by oglądać polskie filmy :D

















































