Carrie (2013) - recenzja

Szczęście Stephena Kinga do ekranizacji jego twórczości na pstrym koniu jeździć raczy. Z jednej strony mamy fenomenalnych Skazanych na Shawshank, sympatyczną pod bardzo wieloma względami Zieloną Milę czy trzymające za gardło Misery, z drugiej zaś tasiemcowate (dziewięć części, a każda gorsza od poprzedniej) Dzieci kukurydzy oraz usypiająco nudną Mgłę z 2007 roku. Jak na tym tle wypadła kolejna, czwarta już, jeśli liczyć Furię z 1999, filmowa wersja historii Carrie White?

Spotkałem się z opinią, że Carrie to historia emo-nastolatki, pewnego dnia budzącej w sobie supermoce i niszczącej wszystko dookoła (to nie spoiler. Sprawdźcie trailery), co jest równie trafne, jak nazwanie Batmana multimilionerem z gatkami na wierzchu. Oba te zdania są prawdziwe, ale znajdują się w zupełnie innej galaktyce niż sedno zagadnienia. Historia Carrie White (w tej roli znakomita Chloë Grace Moretz) to studium przypadku dziewczyny wykluczonej poza swoje środowisko, uznawanej przez rówieśników za dziwadło i z tego powodu pogardzanej. Dręczonej psychicznie i fizycznie przez nadopiekuńczą matkę (również świetna Julianne Moore), tak dalece wierzącą w chrześcijańskiego Boga i obserwującą świat przez pryzmat toczącego go grzechu, że nie waha się przed samookaleczaniem w ramach pokuty. Przez długie lata odciętej od publicznej edukacji oraz kontaktów z ludźmi, zobowiązanej do wędrówek jedynie między szkołą a domem, zamkniętej w sobie, a zarazem pragnącej żyć tak jak inni. Na tym tle fakt, że posiada potężne moce, jest jedynie dodatkiem. Istotnym, ale wciąż dodatkiem.

Carrie to historia na tyle autentyczna, że w wielu momentach przygnębiająca. Pokazująca, jak bardzo młodzi ludzie potrafią być okrutni wobec siebie nawzajem, jeśli tylko dać im okazję. Że wystarczy jedynie wyróżniać się na tle ogółu, by natychmiast trafić na celownik osób czerpiących przyjemność z dręczenia innych, nie zdających sobie do końca sprawy z niesłuszności swych zachowań. Że wreszcie każda, nawet najbardziej wytrzymała trzcina, prędzej czy później pęknie, chociaż może niekoniecznie w tak spektakularny sposób, jak ukazano to w filmie.


Przedstawiona w trailerze scena szkolnej masakry nie wypada zresztą określić mianem spoilerem również dlatego, że opowieść wyraźnie kieruje się w jej stronę. Od początku jest jasnym, że historia brzydkiego kaczątka nie zakończy się szczęśliwie, a dręczona Carry eksploduje gniewem, powodując tym samym niemałe straty także w ludziach. Fakt, że zrobi to za pomocą tele, pyro i paru innych kinez, jedynie wzmacnia przekaz filmu, informując, że nawet najbardziej niepozorna istota może dokonać spektakularnej zemsty za wszystkie swoje upokorzenia.

Paradoskalnie brak niespodzianek (poza kilkoma drobnymi to tu, to tam) nie należy do jego wad. To jedna z tych historii, w których niemal od samego początku wiadomo, że prędzej czy później dojdzie do jatki, ale widz czeka w napięciu, obserwując kolejne prowadzące do niej sceny, patrz Aliens czy dowolny slasher. Gdzie obok treści opowieści równie ważny jest sposób jej przekazywania, stopniujący napięcie i pozwalający snuć domysły, co za chwilę się wydarzy. Zdaję sobie sprawę, że zwrot „duszna, gęsta atmosfera” należy do grupy troszkę nadużywanych, ale tylko on przychodzi mi na myśl, gdy myślę o Carrie. Już pierwsze minuty filmu nie pozostawiają złudzeń na temat reszty seansu, przez cały czas w tle gra cicha, niemal niezauważalna muzyka, a nawet zabawne sceny wywołują uśmiech nieco na przekór widzowi.

Czy Carrie, jak przystało na ekranizację horrorów, straszy? Tak, ale nie w najbardziej oczywisty sposób. Brak tutaj wylatujących z szafy trupów albo ucieczek przed przerośniętymi potworami. Zło jest zarazem nieoczywiste i nieopisane, reprezentowane przez dar (a może przekleństwo?), noszone przez tytułową bohaterkę, a z drugiej strony dostrzegalne gołym okiem, w formie młodzieży z klas maturalnych. To widok zachowań tych ostatnich okazuje się często bardziej przerażający od manipulującej otoczeniem, a wreszcie okrwawionej, Carrie. Bo tak, w filmie znajduje się sporo (ale nie aż tyle, jak sugerują niektórzy) krwi i brutalności, ale widoczna na plakatach, oblana posoką bohaterka nie wywołuje takiego przerażenia, co wszystkie doprowadzające do jej wybuchu wydarzenia czy pełen zapalonych świec oraz świętych obrazów dom jej matki, mający realne szanse na wysoką lokatę w castingu na kwaterę seryjnego mordercy. Co przypomniało mi o konieczności pochwalenia twórców za dbałość o szczegóły, za którą ich w tym momencie chwalę.


Uważni czytelnicy zapewne dostrzegli fakt użycia trzy akapity wyżej słówka „autentyczny”, wspaniale nadającego się do opisania gry aktorskiej. Troszkę obawiałem się, czy mordercza Hit-Girl z dwóch części Kick-Assa da radę odegrać zastraszoną licealistkę, ale już pierwsze minuty filmu udowodniły, że nie ma powodów do zmartwienia. Jednak jej Carrie nie byłaby tak przekonująca bez swojej ascetycznej matki, z jej ściągniętą, wiecznie poważną twarzą oraz odmawianymi z niepokojącą pasją modlitwami, czy też rówieśnikami bohaterki, okrutnymi „bo mogą i chcą” (z jednym, a nawet dwoma wyjątkami). A nawet i bez tego, koniec końców zbędnego, wyjaśnienia. I zdaję sobie sprawę, że się powtarzam i kręcę wokół jednego zagadnienia, ale przeczucie mi podpowiada, że głębsze przesłanie filmu zostanie przez część widzów zignorowane na rzecz „kobiety we krwi robiącej rzeź na balu maturalnym”, co z pewnością wpłynie na oceny. Podobnie jak wykorzystanie motywu „krew miesięczna jako katalizator nadludzkich mocy”.

Czy Carrie ma wady? Oczywiście, jak każdy efekt współpracy liczącej dziesiątki, jeśli nie setki osób ekipy. W kilku scenach wyłapałem drobne błędy w stylu „raz obiekt był, a teraz nagle go nie ma”, końcówka sprawiała wrażenie kręconej troszkę bez pomysłu (zwłaszcza pod względem dialogów), zaś muzyka na tyle dobrze wtapiała się w tło, że raczej nie zauważyłbym jej nieobecności (czy daje radę samodzielnie? Nie sądzę, ale i tak sprawdzę). Fani ekranizacji de Palmy z roku 1976 albo wersji książkowej również mogą kręcić nosem, chociaż nie jestem pewien, czy będą mieli ku temu powody poza „kiedyś było lepiej, a remake’y z zasady są do rzyci”. Wiem za to, że tak ja, mający za sobą jedynie trailer, jak i mój całkowicie świeży w temacie towarzysz wyszliśmy z kina nadzwyczaj zadowoleni, chociaż osobiście spodziewałem się byle czego. Jeśli więc ktoś nie jest ślepo zakochany we wcześniejszych próbach przeniesienia Carrie na ekrany – albo też ich w ogóle nie oglądał – a przy tym nie będzie miał twórcom za złe uprzedniego zdradzenia najważniejszego zwrotu akcji, to wersja z roku 2013 powinna się jej (bądź jemu) spodobać.

Tekst: Łukasz "Salantor" Pilarski
Redakcja i korekta: Monika "Katriona" Doerre

Film obejrzeliśmy dzięki
uprzejmości Cinema City.

Tytuł: Carrie
Gatunek: Dramat, Horror
Czas trwania: 100 minut
Kraj produkcji: USA

Obsada:

Carrie White: Chloë Grace Moretz
Margaret White: Julianne Moore
Panna Desjardin: Judy Greer
Chris Hargensen: Portia Doubleday
Billy Nolan: Alex Russell
Sue Snell: Gabriella Wilde
Tommy Ross: Ansel Elgort

Produkcja:

Reżyseria: Kimberly Peirce
Scenariusz: Roberto Aguirre-Sacasa, Lawrence D. Cohen
Studio: Metro-Goldwyn-Mayer, Screen Gems, Misher Films

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany