Cień żywiołu (Leigh Fallon) - recenzja

„(…) wszyscy mamy w sobie światło i mrok. Z Naznaczonymi sprawa komplikuje się po prostu dlatego, że tutaj ryzyko jest o wiele większe. Ale ani światło, ani mrok nie mogą cię wybrać. To ty podejmujesz wybór”.*

Jakiś czas temu całe wasze życie zmieniło się o trzysta osiemdziesiąt stopni i nic już nie jest takie samo. Poznaliście miłość swojego życia, zakochaliście się - i to z wzajemnością. Było pięknie i kolorowo… Do czasu aż dowiedzieliście się, że władacie jednym z żywiołów. I tak jak reszta osób macie zadanie do wykonania, zadanie niebezpieczne i wymagające największego poświęcenia…

Megan włada żywiołem powietrza, Adam wody. Ich uczucie nie powinno istnieć, ponieważ związek Naznaczonych może mieć katastroficzne skutki. Oni jednak próbują – zbyt mocno się kochają, by się poddać i funkcjonować bez siebie. W trakcie przygotowań do powiązania czterech żywiołów poszukują sposobu, aby być razem i udowodnić, że ich związek nie zagraża światu. Sami przeciwko innym ludziom, faktom oraz Zakonowi, który nie cofnie się przed niczym, by osiągnąć swój cel. Jakie będą skutki ich działań i czy dojdzie do połączenia żywiołów, które sprawi, że światu przestaną zagrażać niebezpieczeństwa związane z groźnymi zjawiskami pogodowymi?

Po przeczytaniu „Córki żywiołu” wiedziałam, że będę musiała sięgnąć po kontynuację trylogii. Nie lubię porzucać rozpoczętych serii, a ta okazała się naprawdę dobra i ciekawiło mnie, co będzie dalej. Bałam się trochę, że autorka nie wyjdzie poza schemat wykorzystany w pierwszym tomie, ale na szczęście tak się nie stało.

O ile „Córka żywiołu” była trochę cukierkowata i naiwna, z wolno płynącą akcją (dopiero w kilku ostatnich rozdziałach wszystko nabiera tempa), o tyle w „Cieniu żywiołu” to się zmienia. Może nie całkowicie, ale widać znaczną poprawę. W drugiej części fabuła z miejsca się rozkręca, a wydarzenia następują po sobie szybko, nie przeszkadza to jednak w odbiorze tego, co chce przekazać autorka. Pomimo szybkiego biegu historii wszystko jest zrozumiałe i czytelne. Książka, chociaż przewidywalna, posiada zaskakujące zwroty akcji. Zakończenie nie wydaje się wcale takie oczywiste, a niepewność tego, co będzie dalej w kolejnej części, podsyca tylko ciekawość. Ponieważ to romans, wątek miłosny przeważa, ale nie irytuje, jak to bywa w większości tego typu powieści. Nie okazuje się on przesadnie słodki i nie pojawia się w nim schemat trójkąta.

Leigh Fallon pomysł na fabułę zaczerpnęła z mitologii celtyckiej i, jak widać, rzetelnie przygotowała się do pracy. Tworząc dzieje Naznaczonych, Zakonu i wszystkiego, co z nimi związane, zadbała o wszelkie szczegóły i racjonalne wyjaśnienie, co działo się kiedyś i jaki to może mieć wpływ na obecne wydarzenia (np. opowieść o innej parze władającej żywiołami i konsekwencjach ich wspólnego życia). Całość posiada swoje podłoże w historii, którą wraz z bohaterami powoli odkrywałam. Lubię, gdy w powieści są odniesienia do innych źródeł: legend, starych książek, cudzych wspomnień. Dzięki temu, mimo przynależności do gatunku fantasy, nabiera ona realności i nie odczuwałam, że wszystko, czego się dowiadywałam, brało się znikąd.

Tak jak w pierwszej części, tak i w tej spodobały mi się sylwetki bohaterów. Każdy inny, niby już poznany, ale mający coś w zanadrzu, czym potrafi zaskoczyć. Autorka dodała sporo nowych postaci i martwiłam się, że wprowadzi to niepotrzebny zamęt do powieści. Książka nie jest wcale taka gruba, a powierzchowne przedstawienie osób nigdy nie wychodzi na dobre. Tym razem zabieg ten okazał się strzałem w dziesiątkę, nowi bohaterowie są wykreowani równie dobrze jak ci już znani. Każdy miał swoje zadanie do wykonania i małą rolę do odegrania. Nie przeczę, że większa ilość stron mogłaby sprawić, że całość kształtowałaby się jeszcze lepiej, ale tak jak jest, nie jest źle.

„Cień żywiołu” to powieść, która nie wyróżnia się niczym wybitnym ani nowym na rynku wydawniczym, ale ma w sobie to coś, co sprawia, że czyta się ją w ekspresowym tempie i za jednym razem, bez przerywania. Fabuła wciągnęła mnie od samego początku i trzymała w napięciu, a to, że niektóre wydarzenia były do przewidzenia, w ogóle mi nie przeszkadzało. Z ciekawością po raz kolejny zagłębiłam się w rzeczywistość wymyśloną przez powieściopisarkę i obserwowałam poczynania bohaterów. Poznawałam coraz więcej faktów o Naznaczonych oraz ich historii i bardzo mi się to podobało, bo było widać, że autorka poświęciła dużo czasu na wykreowanie świata przedstawionego. Z przejęciem i zainteresowaniem śledziłam rozwój wydarzeń, trzymając kciuki za to, by wszystko poszło dobrze. Do gustu przypadł mi styl, którym posługuje się powieściopisarka, taki typowo młodzieżowy, ale nie przeszkodzi on dorosłemu w odbiorze historii. Zarówno dialogi, jak i opisy sytuacji są okraszone nutką humoru, czasem nawet ironii. Czyta się lekko, ale z zaciekawieniem.

Uważam, że książka okazała się bardzo dobrą kontynuacją trylogii. Po prostu, tak jak w przypadku pierwszego tomu, tak i teraz nie oczekiwałam czegoś wielkiego – dzięki temu okazało się, że podobała mi się jeszcze bardziej niż „Córka żywiołu”. Niecierpliwie wypatruję zwieńczenia historii i liczę, że autorka ponownie mnie zaskoczy – oczywiście pozytywnie.

* Leight Fallon, „Cień żywiołu”, str. 140.

Irena „Bujaczek” Bujak
redakcja i korekta: Anna „Kresyda” Drwal

Tytuł: Cień żywiołu
Tytuł oryginału: Shadow Of The Mark
Autor: Leigh Fallon
Wydawca: Galeria Książki
Tom: 2
Tłumaczenie: Maria Smulewska-Dziadosz
Projekt okładki: Robert Oleś
Miejsce wydania: Kraków
Data wydania: 25.10.2013
Liczba stron: 272
ISBN: 9788364297052

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany