Almighty ciota, czyli wyższy poziom absurdu

    Już na wstępie spieszę z ostrzeżeniem. Poniższy tekst nie jest recenzją! Nie jest też felietonem. Jest jednym wielkim spoilerem, w dodatku przeznaczonym wyłącznie dla czytelników pełnoletnich, o mocnych nerwach i wysokiej odporności psychicznej. A na napisanie go pozwoliłam sobie z prostego powodu. Wciąż jeszcze wierzę w ludzkość, przynajmniej do tego stopnia, że nikogo z Was nawet nie podejrzewam o chęć obejrzenia omawianego dzieła. Postanowiłam więc, że pozwolę Wam chociaż pośmiać się z mojej głupoty.

    Rzecz dotyczy jednej z najnowszych produkcji niesławnego studia Asylum, które tym razem przygotowało dla swoich... ekhem... fanów "Krajobraz po Marvelu". Dryfując na fali mody na Thora, owi tfu.. tfu.. tfu…[zapobiegliwie przez lewe ramię] tfurcy wytoczyli prawdziwie ciężką artylerię.

    Almighty Thor podejście pierwsze

    Moja, wspomniana już wcześniej, głupota polegała na tym, że pewnego wieczoru, wysłuchawszy dwa razy pod rząd ukochanego przeboju Hasioka pt. Mściciel (z tego miejsca chciałabym pozdrowić Solcię) odkorkowałam czerwone wytrawne wino z jednorożca (to ostatnie wywnioskowałam z grafiki zdobiącej plakietkę na butelce), zebrałam się na odwagę i rzekłam do mojego ślubnego: "Włącz mi Almighty Thor!". Podejście pierwsze okazało się jednak falstartem. Po dwudziestu minutach wymiękłam i wyłączyłam laptopa.

    Almighty Thor podejście drugie

    Aż w końcu stało się. Nadszedł dzień, w którym postanowiłam jednak udowodnić, jakim jestem hardcorem. Z czystej głupoty i skrywanych kompleksów, oczywiście. I… wytrzymałam! Jakim cudem? Ano takim, że to, co zobaczyłam, przekroczyło granicę poziomu absurdu (pod tym względem przebiło nawet kucyki z Techno kurwa bęc) dopuszczanego przez mój umysł. Zadziałało jak znieczulenie zewnątrzoponowe. Dzięki temu nie czułam bólu.

    Plejada (spadających) gwiazd

    Dlaczego zaczynam od przedstawienia bohaterów? Bo nie znam się na efektach specjalnych i nie umiem ocenić ich jakości. Nie potrafię też powiedzieć nic konstruktywnego na temat technicznych szczegółów scenografii, kostiumów czy zdjęć. Muzyki… nie pamiętam (musicie mi wybaczyć, to przez znieczulenie). Z kolei cała galeria, na swój sposób niebanalnych i niezwykle barwnych, postaci rozczuliła mnie do granic możliwości.

    Gotycko-satanistyczny Loki i jego fireballe

    Niewątpliwie najjaśniej błyszczy – paradoksalnie – Loki, w całej swej mhrrrocznej krasie. To, w jaki sposób twórcy filmu zmajstrowali swojego Wielkiego Antagonistę przeszło moje wszelkie oczekiwania. Długo nie mogłam otrząsnąć się z szoku po tym, jak ujrzałam niedzielnego satanistę ciskającego fireballami. Loki w wersji mega-turbo-gothic. Tego jeszcze nie grali! Co najdziwniejsze, jest to jedyna postać, w której cokolwiek mi się spodobało. Konkretnie mam tutaj na myśli grę aktorską odtwórcy tej roli i jego przegenialnie zabawną mimikę twarzy.

    Almighty ciota

    Jakiś czas temu narzekałam na naiwną i żenująco romantyczną kreację marvelowskiego Thora. Naprawdę? Teraz aż trudno mi w to uwierzyć. Mimo wszystko, w tamtej wizji da się doszukać jakichkolwiek cech sugerujących, czym była inspirowana filmowa postać. Może i wersja okrutnie przeamerykanizowana i do granic możliwości przeładowana efektami, może prowokująca odruch wymiotny swoją ckliwością, może w końcu charakterologicznie zupełnie nieprzystająca do moich wyobrażeń, ale teraz już wiem, że z dwojga złego wolę Thora American Superhero niż… TO. W wiekopomnym dziele studia Asylum główny bohater jest – co tu dużo mówić – ciotą. Spróbujcie sobie wyobrazić Thora jako totalnego niedojdę, zagubionego, nieśmiałego młokosa, który „nie ma doświadczenia w walce”, za to posiada mnóstwo kompleksów, irracjonalne poczucie misji ratowania świata oraz mesjańskie zapędy. W dodatku jest patentowanym kretynem ze współczynnikiem IQ o wartości ujemnej.

    Naczelna Kochanka

    Czym byłby film o (pseudo)superbohaterze bez Naczelnej Kochanki. Imienia nie pomnę, pamiętam tylko tyle, iż prawdopodobnie (przynajmniej w brzmieniu) oscylowało wokół tematyki erotycznej. Grana przez szwarną Azjatkę półkrwi walkiria (cokolwiek to znaczy) początkowo pełni rolę… nauczycielki sztuk walki, u której pobiera lekcje ten nasz heros jak z koziej części ciała instrument muzyczny. Dalszy ciąg jest kwintesencją przewidywalności. Zostają kochankami, on wyznaje jej wielką szaloną i nieskończoną miłość aż po grób, a ona bezczelnie umiera.

    Baldur jaśniejący, łysą glacą lśniący

    Patrząc na filmowego Baldura nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że oto przed moimi oczami stoi osiedlowy dresiarz. Postawny karczek łysy niczym kolano, z zakazanym wyrazem twarzy zawodowego złodzieja samochodów. Wyobraźcie sobie z jakąż niecierpliwością czekałam, aż Jaśniejący (glacą) Bóg zapyta Lokiego, czy ów ma jakiś problem. I tutaj występuje…[chwila napięcia]… zgodność mitologiczna! Baldur umiera! W pierwszych dziesięciu minutach filmu. A w mojej głowie psychodelicznie radośnie rozbrzmiewa pewien utwór zespołu Asynja (z tego miejsca chciałabym ponownie pozdrowić Solcię).

    Starszy pan musi umrzeć

    Krótko mówiąc, poza wyżej wymienionymi na ekranie pojawia się jeszcze Odyn. Pokazuje się i umiera. End of story.

    A na deser Norny

    Biedne Norny…

    Od zera do… zera z poczuciem misji

    Almighty Thor to historyjka z gatunku „od zera do bohatera”, tyle że okrutnie przekoloryzowana i karykaturalna. Klimat pasujący raczej do, jak najbardziej zamierzonej, parodii Kapitana Ameryki. Fabułę obrazu jestem w stanie streścić w ok. 1000 zzs.

    Mhrrroczny i gotycki Loki już w pierwszej scenie daje czadu – odprawia coś w rodzaju czarnej mszy, dzięki czemu przenosi się do Asgardu, który planuje zniszczyć. A co najlepsze… udaje mu się to! Gra toczy się więc o Midgard i jego bezbronnych mieszkańców. Gdzieżby indziej, zresztą, jeśli nie w samym sercu New York City! Co dalej? Odyn zabija Baldura, bo myśli, że to Loki. Następnie Loki zabija Odyna, a nasz patałachowaty a’la Thor… postanawia ratować świat, chociaż niekoniecznie wie, jak się do tego zabrać. Musi mu pomóc Azjatka, która niebawem zostaje Naczelną Kochanką. Główny zainteresowany to mało pojętny uczeń, za to uparty jak jasna cholera i cienki niczym Świnka Chudzinka z Cyfrowego Polsatu. Jego zadaniem jest dopilnowanie, by w ręce Lokiego nie wpadł mityczny, legendarny i turbozajebisty młot… z korzenia Yggdrasila, który może spowodować zagładę Ziemi. Wraz z naszym herosem od siedmiu boleści przerabiamy kilka starć z cwanym gotem oraz jego czworonożnymi przyjaciółmi (np. Garmem, najpewniej uprzednio podwędzonym Hel…), po czym oglądamy go w towarzystwie azjatyckiej kochanki, rozpiętego na krzyżu niczym Jezus i wyznającego swoje bohaterskie credo nieudanego mesjasza, a następnie strąconego w głąb ziemi, w głąb czasu (jaka szkoda, że pierwsza edycja EFKL już nie przyjmuje zgłoszeń). W efekcie Chrystusothor wykuwa sobie pięściami, z lawy, (chyba) Mjöllnir i za jego pomocą, wylazłszy z jądra planety, likwiduje Lokiego, legendarny młot-pierwowzór… i Norny.

    I to by było na tyle. Serio. Napisy końcowe.

    Ja natomiast powiem jeszcze tylko, że mam szczerą nadzieję, iż megaspoiler podziałał i jeśli istnieje osoba, która miała zamiar strwonić czas na oglądanie tego tworu, udało mi się ją ostatecznie zniechęcić. Szkoda czasu. Naprawdę. Są miliony ciekawszych zajęć, którym można poświęcić tę godzinę z hakiem. Strzelanie do studentów czerwoną farbą z karabinów do paint balla, na ten przykład. Albo asystowanie babci przy produkcji kompotu domowej roboty… Chyba, że jesteście masochistami, wówczas to już nie mój biznes.

    I teraz zapewne nasunęło Wam się pytanie: dlaczego ona to obejrzała? Odpowiedź jest prosta. Bo ja, Moi Drodzy, nie jestem normalna. Po tym seansie natomiast mój stan uległ zdecydowanemu pogorszeniu.

    … z wnętrza monitora dobiega obłąkańczy śmiech

    Thordis Ulvhjerte (Paulina Maria „Lorelay” Szymborska-Karcz)
    Redakcja i korekta: Monika "Katriona" Doerre

    gronial
    Te studio tak czy owak,

    Te studio tak czy owak, niestety zarabia, skoro wypuszcza takie filmy. Ja tylko zwiastuny oglądałem niektórych filmów. Szkoda czasu i życia na oglądanie takich filmów.

    Salantor
    Nie zgodzę się ze

    Nie zgodzę się ze stwierdzeniem "niestety". Skoro zarabia, to ludzie to oglądają, a skoro oglądają, to się im podoba. Jakoś trzeba zdobyć doświadczenie niezbędne do stworzenia dzieł nieco wyższego lotu.

    Lorelay
    Co nie zmienia faktu, że ten

    Co nie zmienia faktu, że ten konkretny film (jedyny jaki tego studia oglądałam) ryje mózg aż do przesady.

    gronial
    Asylum to studio, które

    Asylum to studio, które żeruje na innych filmach markowych. A dziś, to filmy jakie oni kręcą kosztują marne grosze. W dzisiejszej dobie komputeryzacji kosztuje to niekiedy kilka tysięcy dolarów, góra kilkadziesiąt. Chodzą w sieci filmy zrobione przez podobne studia.

    Raz widziałem film, ale urywkami, bo był żenujący, jak w apokaliptycznym świecie koleś pomykał w nike:D. I to był film wypuszczony do dystrybucji, w ładnym plastikowym opakowaniu, który kosztował chyba 2.50 zł.

    Takie studia stworzyli zwykli ludzie, tacy jak ja, czy ty, którzy znajdują swoją nisze, niestety, ludzi, którzy oglądają takiego typu filmy, no tylko współczuć:)).

    I ja dziękuje za takie doświadczenie;). Kto ich weźmie do ambitnych filmów? No zastanów się...

    Salantor
    Mówimy o całym teamie czy

    Mówimy o całym teamie czy pojedynczych osobach? Zresztą taka Cenega też była znana z tego, że ma kiepskie (wręcz żenujące) tłumaczenia gier, a z czasem się wyrobiła. Oceniasz po tym, co jest teraz. Spoko, ale nie skreślaj od razu na przyszłość, bo możesz się mocno zdziwić.

    No i dalej słowo "niestety". Ja też mogę powiedzieć, że niestety, ale Zmierzch się dobrze sprzedał. O czym to świadczy? Że był na niego popyt. Jeśli się sprzedaje, to w kategoriach rynkowych jest dobre. Możemy się z tego śmiać, ale dobry produkt to taki, który trafa do odbiorców (niekoniecznie za kasę). Jakość (zresztą subiektywna, bo ciężko jest obiektywnie ocenić, czy coś jest dobre czy nie) schodzi na drugi plan.

    Więc ja zamiast współczuć bym gratulował. Znaleźli się ludzie tworzący coś, co inni ludzie chcą oglądać. Sukces, albo przynajmniej jego zalążek. Współczuć to ja mogę tym, którzy uważają, że ich dzieła są "zbyt dobre/głębokie", a przez to niezrozumiałe, tym, którzy piętnują dzieła rozrywkowe tylko dlatego, że są rozrywkowe (jak ostatnio kinowy Battleship), albo tym, co ręce załamują nad osobami nie rozumiejącymi, że dobry produkt to jest X, bo Y to szmira dla mas. To tak nie działa.

    gronial
    Mówimy ogólnie o filmach

    Mówimy ogólnie o filmach które robi Asylum.

    Nie wiem, jak to dziś wygląda z cenegą, ale kiedyś było fatalnie. I oni mieli o tyle łatwiej, że byli jednymi z 1, którzy tłumaczyli gry. Weszli po prostu na nieodkryty jeszcze w naszym kraju rynek. Dziś, takiej firmie, jak Cenega, po tak fatalnym tłumaczeniu, chociaż jednym, nikt by więcej nie dał nic do spolonizowania, więc dlatego musieli się poprawić i wziąć na serio to, co robią. I chwała dla przyjemności grania, jeżeli tak jest. Ale wracając...

    Spoko, znaleźli nisze, bo filmy, które robią, są naprawdę tworzone za marne grosze, więc w takiej sytuacji trudno nie znaleźć tej niszy.

    Ogólnie rzecz biorąc, to co się sprzedaje niekoniecznie musi być dobre. Jasne, że sukces, ale biorąc akurat pod uwagę takie studio jak Asylum, jest to wątpliwe, bo o ile Zmierzch faktycznie nie jest jakiś wybitny, to przynajmniej nie jest dosłownie kalką czegoś innego, nie żeruję na marce, ale osadzone jest w pewnej konwencji, świecie, gdzie wiele jest dodanego od siebie. Nie jest kopią.

    Dlatego Asylum na dłuższą metę nie wróże niczego dobrego, w każdym razie rozrośnięcia się do poziomu dużego studia, jeżeli będzie zrzynać pomysły, nie dodając nic od siebie.

    Dlatego uważam, że ich doświadczenie, szczególnie w zrzynaniu z innych filmów, co jest zabawne poprzez poziom wykonania? Jest nic nie warte, bo to właściwie żadne doświadczenie. Doświadczenie zbiera się na bazie prób i błędów, gdy tworzy się coś swojego, unikalnego.

    I nie chodzi tylko o zarabianie pieniędzy. Tą drogą podobało by się nam wszystko, co tylko zarobiło. To nawet ociera się przywrócenie jakiś pierwotnych instynktów, jak piesek, co leci za kością. Tylko jest to zapakowane w innej formie, rozumiesz...

    Pieniądze to nie wszystko. Liczy też się jakość wykonania. Musimy odróżniać, czy coś jest dobre, czy złe, co można poprawić (ciągle mówię o filmach), a nie, czy zarobiło dużą kasę.

    Dlatego twierdzę, że Asylum to nic nie warte studiu, które tylko kopiuje i wręcz okrada z pomysłów innych ludzi.

    Jeżeli negujesz to, no to ja nie wiem, co ty widzisz w tym studiu? Pieniądze? Ech...No tak, kimś jest ten, kto dziś ma kasę, ale nieważne jaki jest. Tyczy się też studia filmowego.

    Na koniec podam przykład z gazety wyborczej; artykuł traktujący o filmie "Róża" (Akurat świetne polskie kino) i film "Wyjazd integracyjny" (gówniany polski film). Róża kosztowała kilka baniek więcej niż "Wyjazd...". I teraz co jest dobre a co złe? Bo "Wyjazd..." zarobił więcej niż Róża, ale Róża kosztowała więcej niż Wyjazd...Co tu jest komercją a co nie? Dlatego zgadzam się, że tak to nie działa. Trzeba rozgraniczać pewne rzeczy.

    Salantor
    Nom. Było, a teraz jest dużo

    Nom. Było, a teraz jest dużo lepiej. Na czymś musieli się tego nauczyć. Podobnie jak studia robiące kalki gier i pisarze piszący książki jako kalki innych książek. Także i z tego da się sporo wyciągnąć, o ile rozumie się, co się robi. Bo bezmyślna kalka to jedno, ale kalka z głową to już co innego. A samo studio akurat mnie ni ziębi, ni grzeje. Zwyczajnie służy jako przykład dla ogólniejszej tezy.

    Zresztą akurat pomysł jest najtańszą rzeczą w całym procesie produkcji. Ktoś kiedyś wycenił pomysł na plus minus 12.99. Bo sam w sobie tyle jest wart. Więc samo zrzynanie też mnie ni ziębi, ni grzeje. Strzelanek powstały setki, nawet tysiące, podobnie jak książek fantasy i filmów wojennych. Pomysł ten sam, wykonanie inne. To pierwszej jest istotne, ale niewiele robi przy drugim. Wyjątkiem dzieła wybitne, to oczywiste.

    No i niestety, ale właśnie dobre jest to, co się sprzedaje, albo ogólniej rzecz biorąc trafia w gusta ludzi. Jak nie teraz, to za dziesięć albo sto lat, bo są geniusze patrzący za bardzo do przodu, ale generalnie trafia. Możemy sobie dywagować nad pięknem czy jakością danej rzeczy, ale to, co jest dobre a co złe wyznacza ludzki gust. Jeśli coś dla tysiąca jest dobre a dla dziesięciu złe, to to jest dobre, chociaż dla tej dziesiątki nie. Wszelkie dywagacje na ten temat są często pozbawione sensu, bo podstawa do oceny jest różna. Zresztą mówiąc o poziomie wykonania porównaj sobie niektóre komiksy. Gdybyśmy patrzyli na kreskę, to część prac idzie z miejsca do kosza. A tu zdziwko, bo się podobały. Więc kwestia "jakości wykonania" to kolejna rzecz bardzo, bardzo nieostra. Czasem szkice wyglądają lepiej od fotorealistycznej grafiki.

    I jak pisałem - w samym studiu nie widzę niczego. Ot, studio jak studio. Zwyczajnie przemówiła do mnie niedawno dyskusja na temat Trylogii Czarnego Maga, ocenionej w jednej recenzji tak średnio, ale bronionej przez liczne grono czytelników. Powiedzenie w tym momencie, że knigi były kiepskie jest w moim odczuciu mało sprawiedliwe. Dla kogoś tak, dla kogoś innego nie. Kryterium obiektywne, wbrew pozorom, cięzko znaleźć.

    A co do przykładu - z deka nietrafiony, bo ja pisałem o zyskach, nie o kosztach. Zyskiem może być także uznanie. Im większe, tym wyższy. A komercją jest wszystko, co ma trafić do ludzi i zarobić, nawet jeśli zysk nie jest liczony w kasie. Sztukę to można uprawiać za free, ewentualnie przy okazji. Toteż komercją są oba podane filmy, każde kino rozrywkowe oraz produkcje nominowane do Złotych Lwów czy innych prestiżowych nagród.

    gronial
    Strasznie dużo

    Strasznie dużo niezrozumiałych sformułowań, jak dla mnie stawiasz. Co to znaczy: "Kalka z głową" ? Kalka to kalka, kopia - definicja?:D

    "No i niestety, ale właśnie dobre jest to, co się sprzedaje, albo ogólniej rzecz biorąc trafia w gusta ludzi. Jak nie teraz, to za dziesięć albo sto lat, bo są geniusze patrzący za bardzo do przodu, ale generalnie trafia".

    Mój drogi, ci geniusze, chcą zarabiać już teraz, za swojego życia, a nie za 100 lat...noooo, chyba, że ci geniusze wynajdą eliksir długowieczności;)

    Myślę, że zakończę z mojej strony rozmowę, gdyż się nie klei. Za dużo chaosu;). Pozdrawiam.

    Lethos
    Proponuję Tytanic II tegoż

    Proponuję Tytanic II tegoż studia.

    Wzruszająca opowieść, wciąga niczym wir w klozecie.

    gronial
    Hmmm, Titanic 2?

    Hmmm, Titanic 2?

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus