Batman v Superman: Świt sprawiedliwości (2016) - recenzja I

„Człowiek ze stali” był fundamentem, na którym Warner Bros. postanowiło budować swoje superbohaterskie uniwersum. Nie wszystkim przypadł do gustu. Zaraz po premierze dało się słyszeć głosy, że Zack Snyder nie poradził sobie z tak wielką odpowiedzialnością, a widowisko, które przygotował, było tylko nieudolną próbą wkroczenia na terytorium zajmowane do tej pory przez Marvel Cinematic Universe. Ja osobiście zaliczałem się do drugiego obozu. Nie uważałem produkcji za film idealny, widziałem w nim kilka wad, jednak w ostatecznym rozrachunku dałem się przekonać, a z samej projekcji wychodziłem bardzo zadowolony. Jak ma się sprawa w przypadku kontynuacji?

Akcja filmu – pomijając kilka pierwszych scen – rozgrywa się osiemnaście miesięcy po tym, jak Superman pokonał Generała Zoda. Metropolis powoli podnosi się po ogromnych zniszczeniach, jakie pozostały po walce dwóch tytanów. Większość ludzi widzi w Człowieku ze stali zbawcę, są jednak i tacy, którym pojawienie się przybysza z kosmosu nie odpowiada. Upatrują w nim zagrożenie, które prędzej czy później sprowadzi na świat jeszcze większe niebezpieczeństwo. Jak nietrudno zgadnąć, zalicza się do nich Batman. Pomiędzy bohaterami dochodzi do otwartej wojny, która tak naprawdę jest jedynie tłem dla wydarzeń, które mają dopiero mieć miejsce.

„Świt sprawiedliwości” spełnił moje oczekiwania. Muszę w tym miejscu pochwalić Bena Afflecka, który wcielił się w Batmana i tym samym zrehabilitował w moich oczach po dość słabym „Daredevilu”. Grana przez niego postać jest mocno doświadczona przez życie. Dwadzieścia lat walki z przestępcami odcisnęło swoje piętno. Twórcy zadbali o to, aby obeznany w komiksach widz dostrzegł kilka ważnych elementów, które doprowadziły go do takiego stanu, niemniej i bez ich znajomości można dość łatwo wcielić się w skórę Człowieka Nietoperza, zrozumieć, co nim kieruje i do czego prowadzi wewnętrzna walka, którą toczy. W porównaniu z nim Superman wypada nieco gorzej, chwilowo wręcz schodzi na drugi plan. Nie oznacza to jednak, że Henry Cavill zagrał źle. Doskonale ukazał element rozdarcia pomiędzy tym co łatwe, a tym co właściwe. Z jednej strony bohater, z drugiej fałszywy bóg, który stanowi zagrożenie dla świata. Kochany i znienawidzony. Wszystkie te emocje skupiają się wokół jednego człowieka, który chciał czynić jedynie dobro, ale odkrył, że konsekwencje rzadko są jednoznacznie czarne lub białe.

Świetny występ zaliczyła także Gal Gadot wcielająca się w Wonder Woman. W tym miejscu muszę przyznać, że wcześniej nie sądziłem, by jej rola miała się mocniej zapisać w filmie. Ot, taki występ mający na celu pokazanie, że świat superbohaterów nie ogranicza się do dwóch osobników, a tym samym dający podstawy do dalszej rozbudowy uniwersum. Po seansie musiałem zrewidować swoje poglądy – solidnie się pomyliłem. Nie będę jednak streszczał fabuły, by wyjaśnić, dlaczego; po samodzielnym zapoznaniu się z filmem będziecie mogli stwierdzić, czy zgadzacie się z moją opinią.

Warto jeszcze wspomnieć w kilku słowach o granym przez Jessego Eisenberga Leksie Luthorze. Aktor bardzo dobrze ukazał socjopatę, który stara się wykorzystać zamieszanie związane z Supermanem do własnych celów. Przyznam, że podobnie, jak w przypadku Wonder Woman, tak tutaj byłem dość sceptyczny, uważałem że twórcy na siłę wprowadzili kogoś, kto miał przeczyć dotychczasowemu wizerunkowi Luthora, a tym samym dać możliwość zupełnie innego zaprezentowania złoczyńcy. W ostatecznym rozrachunku, kreacja Eisenberga bardzo przypadła mi do gustu. Przez cały film starałem się zrozumieć jego zachowanie i im dłużej mu się przyglądałem, tym bardziej doceniałem kunszt, jaki włożył w tę rolę.

Wspomniane przeze mnie postaci idealnie nakręcały historię, z którą dane mi było obcować. Fabuła może i nie była zbyt oryginalna ani zaskakująca, jednak trzymała odpowiedni poziom. Bywały momenty, gdy przewidywałem dalsze posunięcia i tak naprawdę utwierdzałem się w przekonaniu, że pod tym względem niewiele mnie zaskoczy. Nie powiem, był to pewien minus. Ciężko być w pełni zadowolonym z czegoś, co niczym nie zaskakuje. Na szczęście dynamika wydarzeń skutecznie odwracała moją uwagę od tego problemu.

Muszę przy tym wspomnieć, że „Batman v Superman” jest filmem brutalnym, skierowanym do starszych widzów. Bywały sceny, które ocierały się wręcz o kategorię wiekową R (oznaczającą produkcje tylko dla dorosłych). To nie jest kino, w którym przeciwnik po zadanym ciosie traci przytomność. Tutaj wszystko jest bardziej naturalne i chyba tylko odpowiednie cięcia w materiale sprawiły, że w kinie nie doświadczyliśmy pełni tego, co pragnęli nam twórcy zaprezentować. Wyraźnie dało się odczuć, że chcieli czegoś więcej, z czym zapewne będziemy mogli obcować dopiero w wydaniu Blu-ray.

Świetnym tłem dla akcji okazała się muzyka, która stoi na wysokim poziomie. Czegoś takiego właśnie oczekiwałem, utwory, które bardzo szybko trafiły w moje gusta i z pewnością będą mi jeszcze jakiś czas towarzyszyć. To one potęgowały emocje związane z Mrocznym Rycerzem, nakreślały odpowiedni tor dla akcji, ukazywały sobą boskość Człowieka ze stali i mroczną stronę jego historii. Siedziałem w kinie i momentami dawałem się porwać grze zmysłów, w której to właśnie dźwięk grał pierwsze skrzypce, a obraz na ekranie był jedynie dopełnieniem.

Czy „Świt Sprawiedliwości” ma zatem jakieś wady? Owszem i niestety jest ich trochę. Największą moim zdaniem jest Doomsday, który pojawia się pod koniec. Zarówno geneza, jak i bitwa z jego udziałem pozostawiają wiele do życzenia i z pewnością lepszym posunięciem byłoby wstawienie w jego miejsce kogoś innego, kto nie zmarnowałby potencjału tej postaci dla kilku minut dość wątpliwej akcji. Same efekty specjalne także momentami kulały. Bywały chwile, gdy wręcz przeszkadzały, a ich obecność na ekranie była powodem mojej irytacji. Ciężko mi bowiem zrozumieć ideę, jaka stoi za napakowaniem takiej ilości wybuchów i innych wodotrysków, że w efekcie ciężko było dostrzec cokolwiek. Rozumiem, jeśli coś takiego ma miejsce raz, ale w ciągu całego seansu było kilka scen, przy których widz musiał się mocno zastanawiać, co tak naprawdę dzieje się na ekranie. W dodatku wizje jednego z bohaterów były zbędne, a jedna z nich zupełnie ocierała się o absurd związany z jak największym upakowaniem wątków. Byle tylko pokazać, że jest pomysł i że da się w jednym widowisku zawrzeć to, co konkurencja robi w kilku.

Czy zatem warto poświęcić czas i zainteresować się filmem? Z całą pewnością tak, bo pomimo kilku błędów i mniejszych bądź większych wpadek jest to dzieło, które potrafi wciągnąć i staje się jednocześnie bramą do tego, co dopiero będzie miało miejsce. Dodatkowo słodko-gorzkie zakończenie jedynie utwierdza w przekonaniu, że twórcy mają plan i chcą go zrealizować. Osobiście nie mogę się doczekać rozwinięcia niektórych wątków i zaprezentowania kolejnego rozdziału historii zwłaszcza, że dość ciekawie wspomniano o kilku innych, ważnych dla późniejszej Ligi Sprawiedliwych postaciach. Jak? Tego musicie się już dowiedzieć sami.

Adam Gotan Kmieciak
Korekta: Anna Tess Gołębiowska



Tytuł oryginalny: Batman v Superman: Dawn of Justice
Tytuł polski: Batman v Superman: Świt sprawiedliwości
Gatunek: Akcja, Sci-Fi
Scenariusz: Chris Terrio, David S. Goyer
Reżyseria: Zack Snyder
Zdjęcia: Larry Fong
Muzyka: Hans Zimmer
Czas trwania: 151 minut
Kraj produkcji: Stany Zjednoczone
Premiera światowa: 19 marca 2016
Premiera polska: 1 kwietnia 2016



Obsada:

Ben Affleck - Bruce Wayne / Batman
Henry Cavill - Clark Kent / Superman
Gal Gadot - Diana Prince / Wonder Woman
Amy Adams - Lois Lane
Jesse Eisenberg - Lex Luthor
Laurence Fishburne - Perry White
Jeremy Irons - Alfred Pennyworth

Oceń: 
0
Brak głosów
Polski
Jarvis
W pełni się zgadzam w kwestii

W pełni się zgadzam w kwestii muzyki, była genialna i naprawdę wpadała w ucho zwłaszcza w pierwszej sekwencji filmu, w której ukazano śmierć rodziców Batmana. Sam ten fragment także zrealizowano mistrzowsko. Zupełnie z czapy były natomiast wszystkie wizje Batmana, wątek Wonder Woman także nie do końca mnie przekonał ale faktycznie, ciekawie wspomnieli o innych postaciach. Szkoda tylko, że przy okazji wpakowali sporo zbędnego materiału, który tylko rozpraszał. Przeładowali ten film, dla mnie to akurat wada.

Nazwa użytkownika

Facebook

Discus