4 Festiwal Muzyki Fimowej

    Kiedy po raz pierwszy zorganizowano Festiwal Muzyki Filmowej, nikt chyba nie spodziewał się, że w krótkim czasie impreza osiągnie taką rangę i przyciągnie tak wielkie nazwiska. W każdym razie ja tego nie przeczuwałem; na pierwszej edycji zaliczyłem dwa koncerty, kolejne dwie mnie ominęły, po części z uwagi na terminy, po części ze względu na dobór wykonawców. Kiedy jednak dowiedziałem się, kto zagra w tym roku, oczywistym było, że za nic nie opuszczę takiego wydarzenia – w końcu koncerty Joego Hisaishiego i muzyki z Final Fantasy nie zdarzają się codziennie.

    Wspomniany Hisaishi otwierał cały festiwal swoim występem, zorganizowanym w hali ocynowni na terenie Huty Sędzimira (polecam ją kiedyś zobaczyć – otoczenie ze swoimi halami, rurami, rdzą i kupą metalu jest idealne dla filmu steampunk/post-apo). Z początku – gdy dotarło się przed bramę huty – załamać mogła kolejka, która miała dobre kilkadziesiąt metrów długości. Na szczęście szybko udało się ją rozładować, a podstawione autobusy podwiozły miłośników muzyki na miejsce koncertu. Wejście do hali – duża przestrzeń, nieźle zaaranżowana, bardzo dobre nagłośnienie – jest nieźle. No, pomijając bardzo niewygodne krzesła, których po godzinie miałem już dość. Ale nic to – występ wszystko zrekompensuje. Lekka obsuwa, orkiestra i chóry zajmują swoje miejsca, potem krótka konferansjerka z nieodzownym odczytaniem sponsorów i wreszcie wchodzi Hisaishi – uśmiechnięty i wyglądający bardzo sympatycznie. Od samego początku widać, że entuzjastycznie podchodzi do koncertu. Chwila skupienia i rozbrzmiały pierwsze dźwięki.

    Na początek poleciał utwór z filmu Nausicaa of the Valley of the Wind. Cudowny, niemal dziesięciominutowy kawałek, mieszczący w sobie zarówno patos (ale daleki od amerykańskiej tandety), grozę, delikatność, niezwykły rozmach, jak i pewną melancholię. Już w tym utworze zabrzmiały znakomite partie fortepianowe grane przez Hisaishiego (występującego także jako dyrygent). W połączeniu z dobrze dobranymi wizualizacjami (co dotyczyło wszystkich utworów) robiło to znakomite wrażenie. Następnie orkiestra zagrała utwór z Princess Mononoke. Pod względem konstrukcyjnym wydał mi się nieco podobny do poprzedniego kawałka, ale w żadnym wypadku nie jest to wada – wręcz przeciwnie: zachowując ten sam rozmach, siłę brzmienia i patos, dokładał do niego niepokój i nastrój wielkiego konfliktu, idealnie dopasowany do wydarzeń z filmu. Było szybko, mocno, bardzo dynamicznie i momentami złowieszczo. Jakby dla odreagowania tego wszystkiego kolejnym utworem była muzyka ilustracyjna do fragmentów… Generała Bustera Katona, klasycznej niemej komedii. Taki nieco humorystyczny, lecz znakomicie wykonany przerywnik wypadł całkiem interesująco. Przy okazji widać również było, że kompozytor znakomicie odnajduje się na scenie: uśmiecha się, podryguje w takt muzyki, nie ogranicza się tylko do machania batutą.

    Czwarty kawałek – i znów zmiana klimatów. Z fantastyki przenieśliśmy się do filmów o gangsterach, gdy rozbrzmiały dźwięki z filmu Brother Takeshiego Kitano. Utwór był krótki, lecz mocny, gęsty, dynamiczny, przesycony nastrojem brutalności, który wciąż i wciąż narastał. I kiedy wydawało się, że temu narastaniu nie będzie końca, nagle wszystko się uspokoiło, a halę wypełniła cudowna muzyka z Hana-bi: delikatna, ale również nasycona niezwykłą dawką emocji, poruszająca i nastrojowa, zwłaszcza dla kogoś, kto pamięta sam film. Jeden z najcudowniejszych momentów koncertu. Ale to nie był koniec przygody z Kitano, gdyż zaraz potem usłyszeć można było utwór z Kids Return – znakomity, dynamiczny, będący jakby w ciągłym ruchu jak bohaterowie, wciąż gdzieś pędzący, a jednocześnie, przy całej swojej mocy, niezwykle nastrojowy.

    Krótka przerwa i znów zmiana: tym razem kawałek z Departures. Film opowiada o doświadczeniu śmierci i muzyka, jaką dało się usłyszeć, dobrze z nim korespondowała: oparta głównie na instrumentach smyczkowych była delikatna i przepojona niezwykłą melancholią, smutkiem, ale i pewnego rodzaju spełnieniem. Podobnie rzecz ma się z kolejną suitą, pochodzącą tym razem ze Spirited Away. Jakkolwiek filmu nie lubię, to jednak nie mogłem pozostać niewzruszony wobec tego dość smutnego, ale niezwykle poruszającego utworu. Chyba dla złapania krótkiego oddechu następną kompozycją okazała się ta nagrana dla filmu Kikujiro w reżyserii Kitano; lekka, skoczna, momentami dość zabawna, wypadła znakomicie i ponownie dała okazję, aby zobaczyć, jak Hisaishi swobodnie czuje się w czasie dyrygowania. Dwa utwory z filmu Akunin – pełne patosu, ale również niezwykle emocjonalne i niepokojące – wprowadziły nieco posępny nastrój, zwłaszcza że w czasie drugiego utworu, wykonanego z Wiolettą Chodowicz, na ekranie wyświetlającym wizualizacje przesuwały się obrazy Japonii zniszczonej przez trzęsienie ziemi i tsunami. Niezwykły widok.

    I w tym momencie właściwie zaczął się wielki finał, stopniowany zgodnie z zasadami budowania dramaturgii. Najpierw suita z Ponyo – długa, bardzo zróżnicowana i skoczna, zabawna i wprowadzająca w dobry nastrój. Po jej zakończeniu po raz pierwszy publiczność nagrodziła Hisaishiego owacją na stojąco, co powtórzyło się jeszcze dwukrotnie. Zaraz potem zabrzmiały dźwięki utworu, na który wielu czekało – przepiękny motyw przewodni z Howl’s Moving Castle – kto wie, czy nie jeden z najwspanialszych utworów kompozytora. Muzyka niezwykle nastrojowa, pełna pasji, ciepła i wewnętrznej mocy, bardziej niż w rozmachu, objawiająca się w tym, jak mocno uderza w struny w ludzkiej – a przynajmniej mojej – duszy. Ale to nie był wielki finał, choć mogło się tak wydawać – ten bowiem zarezerwowany był dla sympatycznego, szarego kudłacza z My neighbour Totoro. Tego nawet nie da się opisać słowami; utwór, bardzo sympatyczny i wesoły, emanuje wręcz niesamowitym blaskiem, zaś odsłuchanie jego wersji na żywo jest przeżyciem niesamowitym, sprawiającym, że człowiek cieszy się jak dziecko. Zresztą, nie tylko ja doszedłem do takiego wniosku – o czym mogą świadczyć długie owacje na stojąco, jakie otrzymał na koniec Hisaishi oraz nucenie sympatycznego refrenu przez dziesiątki widzów wracających do domu. I dobrze – bowiem kompozytor pokazał niezwykłą klasę, jak zresztą wszyscy tamtego wieczoru, także orkiestra i chóry. Udało im się stworzyć naprawdę magiczny nastrój, który z pewnością na długo pozostanie w pamięci.

    Piątkowy wieczór był natomiast przeznaczony na muzykę z gier – premierową suitę z Wiedźmina 2 oraz koncert Distant Worlds, prezentujący muzykę z serii Final Fantasy. Takiego zestawu nie da się nazwać inaczej niż prawdziwym Wydarzeniem przez wielkie W. I to nie tylko ze względów muzycznych (choć one są oczywiste), ale także społecznych – tak wielkiej kolejki przed wejściem do huty dawno nie widziałem (większość – w tym naprawdę duża liczba obcokrajowców – chciała zająć jak najlepsze miejsca w sektorze nienumerowanym).
    Jak to bywa z takimi imprezami, całość nie zaczęła się punktualnie – najpierw bowiem pewien jegomość postanowił skorzystać z okazji i oświadczyć się swojej pannie (przed – lekko licząc – przynajmniej tysiącem słuchaczy), a potem prowadzący wyświetlili krótki filmik, w którym próbowali dojść do odpowiedzi, czym tak naprawdę jest muzyka w grach i z czym to się je. Momentami zabawna rzecz, choć raziła w oczy dość nachalna promocja Wiedźmina 2. Sądzę, że produkt tej klasy poradziłby sobie i bez tego. Ale koniec z tym – wreszcie zaczął się koncert. Na sam początek wspominany utwór z polskiej superprodukcji. Nie wiem, jak odebrali go inni, ale mnie bardzo się spodobał – mocny, momentami podniosły, niekiedy dość złowieszczy, idealnie wpasowujący się w klimaty tego brutalnego niby-średniowiecza. Jest moc, potęga i klimat – zwłaszcza w połączeniu z fragmentami filmików z gry, oczywiście koniecznie z walką, rozmachem i odrobiną golizny Triss. Pozytywna rzecz.

    Ale pomimo świetnego wykonania i dobrego poziomu samej suity wszyscy czekali na jedno – utwory z Final Fantasy. Nie ma się zresztą co dziwić – seria jest już legendarna, sprzedała się w milionach egzemplarzy i trudno znaleźć fana gier, który nie znałby historii Clouda i Sephirota lub nie kojarzyłby charakterystycznych fanfarów po zakończeniu zwycięskiej bitwy. Inna rzecz, że koncert tego rodzaju okazał się prawdziwym ewenementem – z tego, co mi wiadomo, krakowski występ był pierwszym tego rodzaju wykonaniem w Europie kontynentalnej, a już na pewno w Europie centralnej. Trudno więc dziwić się, że zarówno napięcie, jak i oczekiwania były ogromne. Czy zostały zaspokojone? Sądzę, że jak najbardziej. Koncert był przekrojem przez całą serię, począwszy od zamierzchłych czasów 8-bitowców, aż po graficzne cudeńka PS3. Najszersza reprezentacje miały najpopularniejsze części – VII oraz VIII, a także XIII, która miała swój osobny set. Osobiście czułem się nieco zawiedziony, że z mojej ulubionej części IX zabrzmiał tylko jeden utwór, ale cóż… nie można mieć wszystkiego. Zwłaszcza że to, co otrzymałem, dosłownie kopało zad.

    Zresztą, już na samym początku usłyszeć można było Liberi Fatali – przepiękny, operowy utwór, który natychmiast wprowadził w klimat gier. Znakomity, mocny i niezwykle emocjonalny, prawdziwy muzyczny killer, stanowił znakomite otwarcie. Następnie zabrzmiał kolejny utwór z FF VIIIBattle Theme, by po chwili zabrać słuchaczy w podróż do przeszłości, w kompilacji utworów z pierwszych trzech części. Mimo że wizualizacje przedstawiające fragmenty z oryginalnych gier tworzyły sentymentalny, oldschoolowy klimat, utwory wykonane na żywo nie były takie w żadnym wypadku – brzmiały zaskakująco świeżo i nastrojowo. Zaraz potem usłyszeliśmy To Zanakard z FF X (którego osobiście nie lubię, podobnie jak samego kawałka), a po chwili iście przebojowe wykonanie kompozycji J-E-N-O-V-A dosłownie położyło mnie na łopatki. W oryginale utwór ten miał nieco cyberpunkowe/elektroniczne brzmienie (fani niech wybaczą – dla mnie takie właśnie jest), tutaj zaś po prostu zagrzmiał mocą i „obcością”. Jeden z tych kawałków, których aranżacja była zdecydowanie odmienna od oryginalnej, ale działało to tylko na jej korzyść (zwłaszcza jeśli chodzi o użycie chóru – chylę głowę wobec tego, jakie brzmienie i klimat udało się dzięki temu uzyskać). Następnie usłyszeć można było Love grows z FF VIII i utwór z FF V, którego jednak nie byłem w stanie rozpoznać (biję się za to w pierś). Tę niedogodność całkowicie wynagrodziło mi Vamo’ Alla Flamenco – wspominany wyżej jedyny kawałek z FF IX: wesoły, skoczny i diabelnie energetyczny, narastający powoli, lecz dosłownie urywający głowę znakomitym brzmieniem i zmianami tempa. Potem orkiestra zagrała Fisherman’s Horizon (niezły, ale bez rewelacji) i znakomity Clash on the Big Brigde – kolejny killer tego wieczoru. W wersji granej przez „Black Mages” utwór ten powala swoją mocą i brzmieniem, trochę się więc obawiałem, jak zabrzmi w wersji orkiestrowej – ale aranżacja okazała się fenomenalna, zniewalając potęgą i dynamiką, której nie spodziewałem się po orkiestrze. Gdybym miał wybrać najlepszy utwór tego wieczoru, Clash on the Big Bridge śmiało mogłoby walczyć o ten tytuł z kawałkiem finałowym.

    Na tym skończyła się pierwsza część koncertu, który powrócił jednak po krótkiej przerwie. A cóż mogłoby otwierać drugą połowę, jeśli nie Opening. Bombing Mission z FF VII? Świetny, klimatyczny utwór, który wzbudził aplauz widowni i znakomicie wprowadził ją w klimat dalszej części występu, wyznaczanego przez duży set muzyki z FF XIII. Zagrano łącznie cztery utwory (ponownie – nie jestem w stanie podać ich tytułów) będące wobec siebie dość komplementarne: było zarówno delikatnie i czule, jak i bardzo dynamicznie; rozmach i patos mieszał się z szaleństwem, a to wszystko podlano dużą różnorodnością. Było to moje pierwsze spotkanie z muzyką z tej części serii, ale okazało się sycące. Podobne odczucia miałem również przy utworze Memoro de la Stono z FF XI – długim, klimatycznym, odegranym z rozmachem i rezonującym niezwykle mocno, a przy tym znakomicie zaśpiewanym przez Annę Ciułę Phelken. Ale to był w zasadzie tylko wstęp do wielkiego finału (oj, nieźle skonstruowali sety w tym roku, wcale nieźle), bowiem zaraz potem odegrano utwór, którego nie gra się zbyt często – mianowicie Opera „Marie and Draco”, oczywiście z podziałem na role. Wykonanie Anny Ciuły Pehlken, Andrzeja Lamperta i Jarosława Rodakowskiego zrobiło naprawdę ogromne wrażenie, sami zaś soliści sprawili, że hala ocynowni na moment (niemal) zmieniła się w prawdziwą operę. Ich głosy – mocne i czyste – w połączeniu z potęgą dźwięku, patosem, nastrojem grozy, ale i czułości jednocześnie, robiły naprawdę piorunujące wrażenie. Osobiście nigdy nie grałem w FF VI, ale sam ten utwór, emocje w nim zawarte i krótka wizualizacja z gry wystarczyły do tego, bym zapragnął się z tytułem zapoznać. Albo choć raz jeszcze przesłuchać Marie and Draco
    I kiedy wydawało się, że wielki finał jest już blisko, orkiestra zaczęła grać Terra’s Theme z FF VI – spokojny, ale niezwykle nastrojowy utwór, jednocześnie nieco melancholijny i pulsujący energią. Problem w tym, że na wizualizacji nagle pojawiły się „creditsy” – podziękowania dla twórców, dyrygenta, orkiestry… Przekaz był jasny – już kończymy! Wszystko wskazywało na to, że wspomniany utwór zakończy cały koncert: publiczność wstała i zaczęła nagradzać orkiestrę, chór, dyrygenta i solistów oklaskami, część widowni skierowała się ku wyjściu, ba – nawet prowadzący byli już przygotowani, by całą imprezę zakończyć. I tylko wśród fanów gry rozszedł się pomruk niepokoju z powodu braku jednego, fundamentalnego utworu. I gdy niemal już stracili nadzieję, jeden gest – nieznaczny ruch dłoni Arniego Rotha, mówiący więcej niż jakiekolwiek słowa – wystarczył, by wzbudzić w słuchaczach radość i poderwać ich z krzeseł. Jeden ruch batutą i emocje wystrzeliły pod sufit – na sam koniec zabrzmiał One Winged Angel! Chwili, gdy słyszy się ten utwór wykonany na żywo, potężny i niesamowicie klimatyczny, z charakterystycznym brzmieniem chóru i złowrogo powtarzanym imieniem „Sephiroth!,” nie da się porównać z niczym innym. Iście królewskie – nie, co ja mówię – cesarskie zakończenie niezwykłego wieczoru! W obliczu czegoś takiego niemal wszystkie niedociągnięcia – począwszy od obsuw, poprzez niewygodne krzesełka, na zatłoczonej komunikacji kończąc – bledną i wydają się nieistotne…

    I tak 4 Festiwal Muzyki Filmowej się dla mnie zakończył. Owszem, tylko dwa dni – ale za to jakie! Z pewnością będę wracał pamięcią do tych koncertów za każdym razem, gdy usłyszę któryś ze wspominanych kawałków. A tym, którzy nie byli powiem tylko jedno –

    WSTYDŹCIE SIĘ!

    Piotr "Vivaldi" Sarota

    Komentarze

    No Avatar
    Salantor on ndz., 02/09/2014 - 17:12

    Mój wstyd jest tak głęboki, że gdyby każdego dnia wrzucano weń tysiąc jednogroszówek, to przez sto lat nie usłyszałoby się uderzenia monet o tak powstającą kupkę.
    Zazdroszczę :