6 lipca 2006 roku

    ***
    Krzyczałem w ciemność przez jakąś chwilę, może dłużej, nie pamiętam. Wiem tylko, że tuż po jasnym rozbłysku światła upadłem na ziemię jak marionetka - bezwładnie i bez życia. Umierałem.

    ***
    Nim budzik zdążył rozbrzmieć w pokoju swą dziką melodią, otworzyłem oczy, przeciągnąłem się leniwie i pogłaskałem stojącą przy łóżku, niemal stukilową kulę sierści. Kajtek, tak miał na imię mój ukochany bernardyn – prezent na szesnaste urodziny, który teraz przyjaźnie machał wielkim ogonem, trzymając miskę w wielkim pysku. Spojrzałem na budzik. Jedenasta. Kompletnie zapomniałem, że są wakacje, więc nie nastawiłem alarmu.
    -Kajtuś, przepraszam cię psino! – rzuciłem zrywając się z łóżka i stając dokładnie w miejscu, który wydał się temu wielkoludowi odpowiedni na poranną toaletę. – Szlag!- zawyłem jak wilk do księżyca, po czym rozdzwonił się mój telefon.

    ***
    Zapowiadał się kolejny, „piękny” lipcowy dzień. Deszcz siekł niemiłosiernie po twarzy, a wiatr burzył starannie ułożone fryzury dziewcząt. Nie żebym był złośliwy, ale Zefir dużej części płci żeńskiej zdecydowanie służył. Miasteczko, w którym mieszkałem jest niezbyt duże. Sześć lokalnych sklepików, duża Biedronka, filigranowe pseudo kino i potężny kościół świętej Anny – górujący jak dąb nad pozostałymi budynkami. Właściwie pasowało to do naszej miejscowości jak ulał. Dziewięćdziesiąt procent mieszkańców to starsi, bardzo pobożni ludzie, nie licząc kilku dewotek doprowadzających do szału swą wieczną ciekawością. Nie żebym nie lubił swojej „małej ojczyzny”, ale mnie, jako młodemu, dwudziestodwuletniemu studentowi filozofii, niezmiernie się nudziło, tym bardziej, iż większą część roku spędzałem w Warszawie, gdzie pobierałem nauki na uniwerku. Właśnie tego pochmurnego dnia, postanowiłem wraz z moją wierną psiną wybrać się na spacer do lasu. Uwielbiałem las. Stanowił on dla mnie odskocznię od codzienności, napawał mnie spokojem i dobrą energią.

    -Aport! Kajtek, aport! No gdzie ty leziesz! – ruszyłem w pogoń za swym bernardynem, który czmychnął w gęste zarośla. Przypominając sobie ostatnią wycieczkę do lasu z psem, modliłem się, by znów nie wlazł w sidła zastawione przez Stukniętego Antka. Można domyślić się czemu facet zawdzięczał swoje przezwisko, skoro dla zabawy rozstawiał po lesie wnyki. Krążyła plotka, że złapanym zwierzakom gołymi rękami wyrywał wątrobę i zjadał, bo rzekomo był przekonany o leczniczej mocy tego narządu, nie żebym w to wierzył, ale nigdy nie pozwoliłbym żeby mojemu psu ktoś zabrał wątrobę! Co to, to nie!

    ***
    Przedarcie się przez olbrzymią kępę wijących się, jak wąż, krzaków, trochę mi zajęło. Kolce dzikich róż rozcięły mój policzek, a na błękitną koszulkę skapnęło kilka kropel krwi. Rozejrzałem się dookoła. Ani śladu Kajtka. Pierwszy raz zdarzyło mi się stracić psinę z oczu na dłużej niż pięć sekund, więc wpadłem w panikę i rzuciłem się do biegu. Pędziłem przed siebie, co chwila potykając się o wystające korzenie drzew i dostając z wielkich liściastych pacek prosto w twarz. Nim zdążyłem zauważyć cienki drucik rozpięty między dwoma sosnami, padłem jak mucha, łapiąc się za szyję. Bolało, ale strach o mojego jedynego przyjaciela był większy. Podniosłem się więc, wspierając o ostry kamień i ruszyłem dalej, nawołując bernardyna po imieniu i głośno gwiżdżąc na palcach. Mimo wyśmienitej kondycji zdobytej na wielogodzinnych treningach siatkówki, po trzydziestominutowym sprincie, osunąłem się na ziemię i straciłem przytomność.

    ***
    - Myślałam, że będzie cię musiał tak lizać w nieskończoność – usłyszałem nad sobą kpiący, dziewczęcy głos, gdy powoli otwierałem opuchnięte oczy. – Matko, wyglądasz fatalnie! Musiałeś chyba stoczyć bój z armią Orków. Ekhm – ucięła smukła postać, po czym spojrzała na mój tors. Koszulka rozdarta od ramienia po lewe biodro, odsłaniała moją rzeźbę – efekt wielu godzin dźwigania ciężarów i podciągania się na drążku. Podniosłem się i przeczesałem brudnymi dłońmi swoje jasne włosy. Nie byłem brzydkim facetem, ze swoim metr osiemdziesiąt pięć wyglądałem dość imponująco, a atletyczna sylwetka była obiektem zazdrości moich kumpli ze studiów. Jednak nie to było teraz najważniejsze.

    - Ukradłaś mi psa – wypaliłem jak głupol, mając świadomość absurdu tych trzech słów. Byłem po prostu zbity z pantałyku cała tą sytuacją i sam już nie wiedziałem co mówię. Okej, okej, już się nie tłumaczę! – Co się stało? – zacząłem, pomijając wcześniejszą, szpetną zagrywkę.
    - To chyba ty powinieneś to wiedzieć! – prychnęła ciemnowłosa dziewczyna, bo właśnie teraz zacząłem szczegółowo się jej przyglądać. Było w niej coś niepokojącego, coś co sprawiało, że przechodziły mnie ciarki. Na jej pięknej, delikatnej twarzy, odznaczały się wyraźnie czarne, szerokie brwi, a włosy tworzyły wokół jej głowy ciemna aureolę. W głębi duszy wiedziałem jednak, iż mimo niemal anielskiego wyglądu, wcale nie jest taka niewinna i bezbronna.
    - Kajtuś, Kajtusiu mój – przytuliłem psa, ciesząc się jak dziecko. – Myślałem, że Stuknięty Antek Cię dopadł…
    - Albo coś o wiele, wiele gorszego… - przerwała mi dziewczyna.
    -Co masz na myśli? – spytałem pełen obaw. Ona jednak nie odpowiedziała, tylko obróciła się wokół własnej osi i zawirowała, zupełnie jak baletnice w sztuce Jezioro Łabędzie. Jej bladoniebieska, zwiewna sukienka, falowała na lekkim wietrze i właśnie wtedy zauważyłem, że w tej części lasu wcale nie pada, a słońce przebija się przez grubą warstwę koron drzew.
    - Musiałem tu długo leżeć, która godzina? – zapytałem, zauważając brak komórki w tylnej kieszeni jeansów.
    Dziewczyna wyciągnęła zza pleców mój telefon, pomachała mi nim przed nosem i szepnęła roztrzaskując go o pobliski pień:
    - Teraz już nie będzie ci potrzebny.
    Byłem wściekły, a zarazem tak zszokowany całą tą sytuacją, iż nie mogłem wypowiedzieć ani jednego słowa. Pociągnąłem Kajtka za smycz, odwróciłem się do niej plecami, spokojnym krokiem ruszyłem przed siebie i rzuciłem na odchodnym:
    -Wariatka!
    Nie należę ani do chojraków, ale tchórzem też nie jestem, jednak przeraziłem się nie na żarty, gdy dziewczyna ni stąd ni zowąd pojawiła się przede mną w mgnieniu oka, błyskając niemal czarnymi z gniewu oczami.
    - Jak Ty…- zacząłem, cofając się plecami do grubej sosny.
    - Nie odejdziesz stąd tak szybko. Nawet nie wiesz ile czasu czekałam na towarzystwo. – rzekła nadzwyczaj spokojnym głosem. Głosem człowieka, którego samotność przytłoczyła już tak bardzo, iż dało się w nim wyczuć nutkę desperacji.
    -Słuchaj…- odezwałem się, próbując panować nad drżącym głosem. – Nie wiem kim do diabła jesteś, skąd tak idiotyczny pomysł, by rozwalić cudzą własność i za kogo się uważasz żeby mi rozkazywać, ale nie obchodzi mnie to. Zejdź mi z drogi, a nie każę Ci zapłacić za mojego nowiutkiego Samsunga.
    Dziewczyna nie przestawała się uśmiechać, a gdy doszedłem do marki swojego telefonu, wybuchła demonicznym śmiechem. „Co cię tak bawi do jasnej cholery, kim jesteś?”- pomyślałem.
    - Jesteś prześmieszny po prostu!- wykrzyknęła, jak gdyby czytała mi w myślach.

    ***
    Szedłem powoli przed siebie. Nie widziałem nic, ani nikogo. Wtedy przypomniałem sobie słowa ewangelii św. Jana: „Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było słowo. Było ono u Boga na początku. Wszystko stało się przez Nie, bez Niego nie stało się nic z tego, co się stało. W Nim było życie, a życie było światłem dla ludzi. Światło świeci w ciemności, lecz ciemność go nie ogarnęła”. „Widocznie tu nie ma Boga” – pomyślałem, nim zdążyłem upaść.
    ***

    Dziewczyna przewróciła się na ściółkę pod ciężarem Kajtka domagającego się pieszczot. Bernardyn jak oparzony skrył się za pobliskim drzewem. „Co go ugryzło?” – pomyślałem. Zrobiło mi się żal tej dziwnej kobiety i wyciągnąłem rękę, by pomóc jej wstać. Jednak ona odtrąciła ją i zaczęła płakać. Nie rozszlochała się jak zwykły człowiek. Łzy tej istoty wyglądały jak malutkie diamenciki. Błyszczały zupełnie jak bransoletka z kryształami Swarovskiego, którą matka dostała od ojca na pięćdziesiąte urodziny. Istotnie, łzy drobnej brunetki były diamencikami, gdyż po chwili mech zaczął nienaturalnie błyszczeć w promieniach słońca spóźnionego na wakacje o dwa miesiące.
    -Nic ci nie jest? – spytałem z nieudawana troską, klękając obok dziewczyny.
    - Ithilria. Nazywam się Ithilria. Pomyślałam, że miło by było się w końcu przedstawić – powiedziała i jak gdyby nigdy nic, wstała i znowu zaczęła tańczyć.
    Patrzyłem na nią i nie potrafiłem odwrócić wzroku. Była naprawdę piękna. Dostrzegłem jednak, iż na jej twarzy maluje się ból. Wyglądała jakby jej kruchym ciałem, wstrząsały antagoniczne uczucia. Nagle coś sobie przypomniałem. Kiedyś moja, już świętej pamięci, ciotka Kamila, kupiła sobie takiego maluśkiego kanarka. Trzymała go w równie malutkiej klatce i tylko od czasu do czasu zmieniała gazety na jej spodzie. Byłem wtedy dziewięcioletnim chłopaczkiem, ale pamiętam to uczucie, gdy patrzyłem na śpiewającego anielskim głosem ptaka szarpiącego się z metalowymi prętami potrzasku. Wydało mi się to takie smutne i takie ironiczne. Piękny ptak, którego ograniczała ta mała, durna klatka. Niedorzeczne. Uczucia tamtego dnia, gdy ciotka wróciła z zoologicznego, powróciły teraz ze zdwojoną siłą.
    - Co się tak gapisz? – usłyszałem głos Ithilrii jakby z oddali i wkrótce zorientowałem się, iż natrętnie przypatruję się jej smukłej sylwetce.
    - Yyy…
    - Nie przedstawiłeś się – teraz już szepnęła, odgarniając pasmo włosów z czoła.
    - Mikołaj – wyciągnąłem rękę, ale szybko ją cofnąłem widząc, iż dziewczyna schowała swoje za plecami. Zrobiło mi się trochę głupio, więc próbowałem zmienić temat. – Nie boisz się chodzić po lesie sama?
    - Obiecaj, że dziś będziesz tylko mój. Będziemy się przyjaźnić, ale nigdy mnie nie dotkniesz - wypaliła, jak gdyby w ogóle nie słyszała mojego pytania.
    Wtedy nie miałem pojęcia, co to może oznaczać. Wiedziałem tylko, że nie poznałem zwykłej dziewczyny i na pewno nigdy nie uda nam się pójść do kina.

    ***
    Słyszałem szelest liści, ale wiedziałem, że jej już nie ma. Nigdy nienawidziłem magików. Nie podobało mi się to ich znikanie bez zapowiedzi.

    ***
    Leżeliśmy zwróceni głowami do siebie, ale nie stykaliśmy się. Opowiadaliśmy sobie dowcipy o Jasiu i graliśmy w kalambury. Czułem się jak za starych, dobrych czasów, gdy byłem dzieckiem. Nikt mnie nie oceniał i ja innych też nie oceniałem, bo nie przyszłoby mi do głowy, że można by zrobić coś tak potwornego jak opiniowanie zachowań innych ludzi. Nastała chwila ciszy. Przekręciłem lekko głowę i napotkałem wzrok Ithilrii. Skłamałbym gdybym powiedział, że nie sprawiło to na mnie wrażenia. Nie umiałem się powstrzymać i pomimo wcześniejszego zakazu, przeciągnąłem dłoń wzdłuż jej nagiego ramienia i poczułem potworny ból w okolicach potylicy. Oderwałem rękę jak poparzony i skuliłem się na trawie niczym niemowlak.
    - Ostrzegałam cię – szepnęła ze smutkiem i zaczęła wpatrywać się w lazurowe, niemal bezchmurne niebo, przesłonięte baldachimem zielonych liści.
    - Kim jesteś, nie bój się, możesz mi zaufać. Powiedz proszę. Proszę… - zacząłem błagać jak dziecko.
    Dziewczyna wstała, odwróciła się do mnie plecami, i zsunęła sukienkę do pasa. Gdzieś poniżej wystających łopatek zauważyłem dwie, długie na jakieś pięćdziesiąt centymetrów, zagojone szramy. Zrozumiałem, tak jakby to było oczywiste.
    - Jesteś upadłym aniołem… - sam nie wierzyłem w to, co mówię. Jednak to była prawda. Od początku wiedziałem, że mam do czynienia z kimś niezwykłym, nadnaturalnym, nieziemskim.
    - Skrzydła Lucyfera miały odrosnąć za 267 lat. Właśnie dziś mija dzień, w którym zostałam strącona przez Boga w to złowrogie miejsce.
    - Do lasu? Masz na myśli ten piękny las? – zdziwiłem się.
    - Ten las wcale nie jest taki wspaniały jak ty go widzisz. Za dnia cierpię, ponieważ zostałam w nim sama ze swoimi wyrzutami sumienia, z poczuciem, że mam tylko 267 lat żeby napatrzeć się w to błękitne niebo, zanim pochłonie mnie wieczna ciemność i zacznie trawić ogień. Nocą, cierpię podwójnie, ponieważ jest ona czarniejsza i bardziej ponura od tych zapadających nad puszczą afrykańską. Masz pojęcie jak bardzo boi się człowiek samotności w środku głuchej ciszy? Człowiek… - urwała i zamilkła.
    - Zakochałem się w szatanie – powiedziałem bardziej do siebie. – To dlatego nie mogę cię dotknąć…
    Nie odpowiedziała. Pokiwała tylko smutno swą małą główką.
    - Jeśli zło jest takie piękne jak Ty, chce tam odejść z tobą. Chcę ci towarzyszyć. Chcę być Twój na zawsze. Chcę cierpieć z Tobą – powiedziałem, wojowniczo unosząc podbródek. Wiem jak to brzmi. Chłopak zakochał się w diable i właśnie podpisuje cyrograf… Jednak było w niej coś, co pokochałem. Nie wyglądała na kogoś, kto mógłby skrzywdzić drugą osobę, a już na pewno nie jak bies.
    ***
    Słońce chyliło się ku zachodowi, a ja wraz ze swoim pięknym diabłem, siedziałem na kamiennej ławeczce. Nasze buzie oświetlane ciepłymi promieniami słonecznymi, nabrały ładnego odcienia i gdyby nie to, że siedzieliśmy od siebie oddaleni o pół metra, wyglądalibyśmy zupełnie jak para dwojga, zakochanych w sobie do szaleństwa ludzi. Kiedy wstała i popatrzyła na mnie swymi zmęczonymi oczami, wiedziałem, że to już. Posłusznie podniosłem się, stanąłem naprzeciw niej i zrobiłem to. Pocałowałem szatana. Miałem nadzieję, że Bóg kiedyś wybaczy mi tą nieroztropność. Cierpiałem, a jakże. Ból rozsadzał mi czaszkę i miałem wrażenie, iż lada moment eksplodują mi oczy. Osunąłem się na ziemię, mrok ogarnął las swoim płaszczem, a ja krzyczałem w ciemność przez jakąś chwilę, może dłużej, nie pamiętam. Wiem tylko, że tuż po jasnym rozbłysku światła upadłem na ziemię jak marionetka - bezwładnie i bez życia. Umierałem.

    ***
    Ilekroć sunę wąską ścieżką przez las, przypominam sobie tamten dzień, jakby to było wczoraj. Nigdy nie opowiedziałem nikomu co wydarzyło się 6 lipca 2006 roku. Jedyny świadek, moja wierna psina Kajtek, zabrała naszą tajemnicę do grobu. Nie wiem komu mam być wdzięczny za to, co mi się przydarzyło. Bogu? Samemu szatanowi? A może Kajtkowi, który wykazując się nieposłuszeństwem, zaprowadził mnie w tamto miejsce? Nie mam pojęcia. Tylko jedno wiem na pewno. Spotkałem upadłego anioła i byłem przy nim w tych ostatnich godzinach na Ziemi. Mam nadzieję, że w miejscu, do którego został zesłany, mój biedny szatan o wyglądzie anioła, nie cierpi bardziej niż ja.

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus