Boski miecz (Monika Glibowska)

    Boski miecz

    Nie odczuwała miękkiego dotyku trawy, ignorowała słodki zapach kwiatów. Nie przeszkadzały jej suche liście muskające stopy ani śnieg ciążący na rzęsach. Obserwowała bezrefleksyjnie pasterzy i nie docierała do niej melodia lutni. Zmieniał się kolor ziemi, zmieniały się barwy mundurów żołnierzy, maszerujących drogą. Na twarzach mieszkańców pobliskiej wsi pogłębiały się zmarszczki, skóra wiotczała, plecy uginały się pod ciężarem lat, a doświadczenia malowały się bielą na włosach. Jednak kobieta nie dostrzegała zachodzących wokół zmian,; widziała jedynie esencję ludzi, która pewnego dnia po prostu rozpływała się, powracając do natury.

    Minęły dziesięciolecia na ludzkim padole, zanim znalazł się człowiek zdolny wyczuć upadły twór bóstw.

    – Nie jest ci zimno?

    Aiya podniosła wzrok na wojownika okrytego skórą zwierza. Od razu polubiła płomień esencji, bijący z jego oczu.

    – Chciałbyś zostać moim panem? – zapytała bez chwili wahania.

    Tego dnia wskazówki czasu drgnęły dla obojga. Przeznaczenie Tyrra zmieniło tor, a Aiya ocknęła się z letargu. Dotychczas bezpańska, mogła tylko czekać, aż znajdzie się ktoś godzien, by nią władać. Niegdyś należała do bóstwa wojny, Seyela, ale ten nigdy nie dostrzegł, że przelewając myśli i ambicje na miecz, stworzył esencję. Aiya towarzyszyła mu przez stulecia i z czasem, czerpiąc z mocy pana, wykształciła sobie formę. Pomagała mu w walce, podpowiadała, gdy grał w karty o miasta z innymi bóstwami. Nawoływała, chcąc dać mu jeszcze większą potęgę i chwałę. Ale Seyel nie słyszał jej głosu. Kiedy po raz kolejny sprowadził sobie podrzędną anielicę – twór innego bóstwa – i igrał z nią w tym samym łożu, na którym położył miecz, Aiya poczuła, że jej esencja pulsuje. Przybrała formę i opuściła bóstwo, nigdy nie oglądając się za siebie.

    Tyrr należał do rzadkiego typu ludzi zdolnych wystąpić przeciwko bogom. Jego esencja nie była tlącym się płomieniem, lecz gorejącym stosem. I na oczach boskiego miecza zamieniała się w pożogę. Wojownik, młody i niedoświadczony, lecz obdarzony ambicją i wizją, potrafił zrozumieć Aiyę lepiej niż ona sama. Szybko pojął, że bardziej przypominała zwierzę niż człowieka. To, co ona nazywała esencją, a on rozumiał jaką siłę witalną i duszę w jednym, stanowiło dla niej wabik. Ciągnęła do potężnej esencji jak ćma do światła lampy, a w tych rzadkich chwilach, gdy przybierała ludzką postać, przylegała do pleców mężczyzny, pragnąc zbliżyć się do jego płomienia niczym kot szukający ciepła przy kominku.

    Wojownik nie rozumiał jednak jej wyczekującej postawy. Podejrzewał, że pełnię mocy uzyskiwała tylko u boku swojego twórcy. Dlaczego więc siedziała bezczynnie na schodach zapomnianej świątyni, zamiast rozpocząć poszukiwania? Nigdy nie pozostawiała złudzeń: od początku zaznaczała, że jej służba ma charakter tymczasowy. I Tyrrowi dokuczała świadomość, że nie był dość dobry, by pozwolić Aiyi rozwinąć skrzydła.

    Boski miecz obdarzony był całym okrucieństwem, jakie gwarantowała absolutna ignorancja. Aiya nigdy nie zdała sobie sprawy z rozterek, jakie miewał wojownik, szczególnie w chwilach zamroczenia alkoholem. Tworzyli zgrany duet i to jej wystarczyło. Z każdym dniem kolejne bariery kruszyły się, a więź się zaciskała. Rosły ambicja i stosy trupów. Tyrr stał się najmłodszym wodzem, by w kilka lat później zjednoczyć pod sobą liczne plemiona zamieszkujące niziny. Nie należał do ludzi szczególnie obdarzonych skrupułami, a Aiya nigdy nie czyniła mu wyrzutów, zupełnie obojętna na sprawy moralności.

    Bez względu na to, ilu wojowników zginęło spod boskiego miecza i ile plemion zostało podbitych, Tyrr nigdy nie okazał braku szacunku dla broni. Czasami wydawało się, że pychą i dumą sprowadzi na siebie gniew bogów, ale nigdy nie omieszkał wspomnieć, że zawdzięcza wszystko ostrzu miecza.

    Bawiło go, że apatyczna zazwyczaj Aiya potrafiła zapłonąć bielą złości z błahych w jego ocenie powodów. W takich chwilach powietrze wręcz gęstniało od aury emanującej z miecza. I nie chodziło bynajmniej o pragnienie walki. Aiya była zaborcza jak rzadko która kobieta. Choć sama tego nie pojmowała, tą jedną cechą upodabniała się do ludzi. Kiedy Tyrr planował wziąć sobie brankę, umieszczał miecz w sąsiedniej komnacie. W przeciwnym razie fale zazdrości świdrowały mu mózg, odbierając przyjemność. Do tego przez cały następny dzień fochy boskiego miecza sprawiały, że wymykał się spod kontroli. A kiedy wojownik tracił panowanie nad Aiyą, siał spustoszenie bez podziału na swoich i obcych. Ktokolwiek znalazł się w pobliżu, spotykał swój kres.

    – Czy jesteś pewien, że chcesz zdobyć to miasto?

    Tyrr wpatrywał się w twarz kobiety, otuloną płonącymi czerwienią włosami. Aiya nie zmieniła się, odkąd widział ją w tej formie po raz ostatni – przed siedmioma miesiącami. Pojawiała się w nieregularnych odstępach czasu, wiedziona kaprysem.

    – Dlaczego pytasz?

    Nabrał w dłonie wody i umył twarz, zanurzony po pas w rzece. Kobieta siedziała na skałach i bawiła się pochwą broni. Wiedział, że nie zamierzała odpowiedzieć. Wyszedł powoli i położył się na brzegu, czekając, aż słońce osuszy nagie ciało. Czuł ciepłe promienie na ogorzałej twarzy. Przesunął palcami po skórze, nie napotykając choćby jednej blizny.

    – Zaatakujemy jutro. Zdobędę miasto.

    Skinęła nieznacznie głową w odpowiedzi. Siedziała obok w milczeniu, dopóki wojownik nie zaczął się ubierać.

    Tego dnia Tyrr również szczędził słów, co obudziło niepokój wśród jego najbliższego otoczenia. Przyboczni przywykli już do dziwacznego zwyczaju prowadzenia monologów do miecza. Dlatego kiedy wódz milczał, wpatrując się w odległą ścianę lasu, złe przeczucie udzielało się wszystkim.

    Tyrr domyślał się, skąd brało się nietypowe zachowanie boskiego tworu. Dlatego nocą udawał, że nie widział, jak wymykała się z namiotu.

    Aiya czuła, że jej esencja gorzała. Miecz wybuchał płomieniem, by po chwili znów zyskać na sile. Już z daleka potrafiła wyczuć, że zbliżał się jej stworzyciel. Wiedziała, że tym razem ją rozpoznał, że już potrafił ją usłyszeć. A mimo to nie otworzyła ust. Długo patrzyli na siebie w milczeniu. Nie kajała się, wręcz przeciwnie – w jej spojrzeniu krył się wyrzut. Nie padając do stóp bóstwa rzucała też wyzwanie. Chciała, by udowodnił, że jest w stanie nad nią zapanować.

    Seyel po raz pierwszy patrzył na wcielenie miecza i czuł podziw dla własnego dzieła. Nie posiadał zdolności kreacyjnych, specjalizował się raczej w destrukcji. Nigdy nie tchnął esencji w twór – przynajmniej nie z pełną świadomością tego czynu. Kiedy jeszcze miał miecz u boku, myślał o nim jak o części siebie. Czasami miewał wrażenie, że słyszał przywoływanie. Podczas bitwy zdarzało się, że ręka wyrywała się spod władzy woli, kierując miecz tam, skąd nadchodził niespodziewany atak. Bywały dni, kiedy nie mógł dobyć broni z pochwy, i noce, kiedy miecz leżący na posłaniu zdawał się emitować kojące ciepło. Jednak Seyel ignorował wszelkie znaki. A teraz miał przed sobą poszukiwany od dawna niepełną istotę, dziwną formę przejściową między boskim tworem a aniołem wyposażonym w esencję i cel.

    Zaatakował bezwiednie, poddając się woli ukarania zbuntowanego miecza. Aiya sparowała i odskoczyła, zwiększając dystans. Mógłby przysiąc, że była rozczarowana.

    – Nie możesz mnie pokonać – powiedziała.

    Gdy zaatakował ponownie, czerwone włosy buchnęły płomieniem. Seyel patrzył bez wyrazu na złamane ostrze własnej broni.

    – Jestem mieczem stworzonym przez potężne bóstwo z myślą o pokonaniu jemu równych.

    Seyel został na polanie sam. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że właśnie został skarcony przez własny twór. I nagle zdał sobie sprawę, że nawet nie wiedział, jak nazywał się miecz.

    Do czasu bitwy, która rozgorzała następnego dnia, bóstwo wojny zdążyło odkryć w sobie nowe pokłady czystej furii. Seyel odnalazł ludzkiego wojownika, który ośmielił się władać boskim mieczem. Przyboczni padli na miejscu, ziemia zaczęła drżeć, a pył sypnął w oczy walczących.

    – Aiya! – rozdzierający głos bóstwa przemknął po polu bitwy, siejąc grozę.

    Boski miecz przybrał formę kobiety wbrew własnej woli i na tyle gwałtownie, że stracił równowagę. Aiya padła na ziemię, przygwożdżona niebywałą mocą i niezdolna do ruchu. Czerwona wstęga u jej ręki – symbol służby Tyrrowi – rozpłynęła się w powietrzu. Na kostce pojawiła się natomiast złota obręcz i łańcuch, którego ogniwa tańczyły bezdźwięcznie na nieistniejącym wietrze. Seyel pociągnął za niego, a gdy kobieta się uniosła, chwycił ją za gardło. Po chwili trzymał już w dłoni rękojeść miecza.

    Patrząc na wznoszącą się broń, Tyrr przypomniał sobie pierwsze spotkanie z Aiyą. Ostrzegła wtedy: „Pamiętaj, przyjdzie dzień, kiedy zadam ci śmierć. Być może będzie to po następnym nowiu, być może po kilku dziesięcioleciach. Ale do tamtej pory pozostaniesz niezwyciężony. I nie miej złudzeń: kiedy będę cię zabijać, zrobię to z największą radością. Jestem mieczem, nie człowiekiem”.

    Tyrr zaakceptował wszystkie warunki. Być może dlatego, że nieraz wyobrażał sobie własną śmierć, nie odczuwał strachu. Nie interesował go też oprawca, choćby i było nim samo bóstwo wojny. W ostatniej chwili życia Tyrr poświęcił całą uwagę mieczowi. Myślał tylko o tym, jak piękna była w pełni swej potęgi. Ostatnim, co zobaczył (a może wyśnił?), był uśmiech Aiyi, równie olśniewający, jak jej potężne skrzydła ze srebrnych sztyletów.

    Monika Glibowska

    Konkursy

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus