Całopalne ofiary (Laurell K. Hamilton)

Nie przepadam za ciągnącymi się w nieskończoność, wielotomowymi cyklami. W większości wypadków konstruowane są tak, aby niemożliwym było przeczytanie pojedynczej części lub ominięcie jakiejś. Zatem albo czytasz wszystko, albo zastanawiasz się dalej, kim jest bohater, czemu wszyscy chcą go zabić lub zaciągnąć do łóżka czy też dlaczego protagonistka ma urwaną rękę, choć jeszcze dwa tomy wstecz masakrowała hordy przeciwników bez zadyszki.

Być może jest to jeden z powodów, dla których lubię cykl o Anicie Blake: z jednej strony strumień czasu płynie nieprzerwanie – postaci zmieniają się w wyniku przeszłych wydarzeń, wyciągają z nich nowe, wcześniej niedostrzegane konsekwencje, wspominają przeszłość i konkretne osoby, które wpłynęły na ich życie. Z drugiej jednak, tomy zachowują pewną, mniejszą lub większą autonomiczność. Dotyczy to również Całopalnych ofiar: mimo iż to już siódma część przygód Egzekutorki, fabuła tworzy pewną zamkniętą całość w taki sposób, że nawet osoba, która nie czytała np. poprzednich dwóch tomów, będzie w stanie czerpać z lektury przyjemność. Oczywiście nie będzie mogła do końca rozeznać się w bohaterach, relacjach między nimi czy ich działaniach, a krótkie wspomnienia i ogólne uwagi o przeszłości będą musiały wystarczyć za źródło wiedzy o postaciach. Co prawda nie sądzę, aby ktokolwiek sięgał po Całopalne ofiary bez znajomości przynajmniej większej części przygód Anity, ale sam fakt, że coś takiego jest możliwe, wart jest odnotowania.

Co zaś słychać u samej Anity? Cóż, szczęściarą jej nazwać raczej się nie da. No chyba że ktoś nazwałby szczęściem uwikłanie w skomplikowany miłosny trójkąt, gmatwające się relacje ze współpracownikami, śledztwo w sprawie podpaleń i „miłą” wizytę wampirzej Rady, złożonej z prastarych i wyjątkowo wrednych sukinsynów. Życie potrafi być wesołe, prawda?
Najbardziej rozbudowany w Całopalnych ofiarach jest wątek Rady, która przybyła do miasta w związku ze śmiercią znanego skądinąd pana Oliviera. Hamilton zawsze miała dobrą rękę do tworzenia wyjątkowo pokręconych i chorych antagonistów, nie dziwi więc, że goście Jeana-Claude’a są barwną zgrają psychopatów i potępieńców: mamy gustującego w mężczyznach i posiadającego zdolność przejmowania ciał Wędrowca, Padmę – potężnego Władcę Bestii, ogarniętego żądzą zemsty Ashera i Yvette, potrafiącą poddać niemal każdego procesowi rozkładu. Na dodatek z tak sprokurowanymi truposzami lubi się zabawiać w ciemnościach alkowy, co czyni ją nieprzeciętną zdzirą. Autorce udało się oddać całkowitą nieludzkość wampirów: torturują, kaleczą, gwałcą, lecz cel tego wszystkiego jest mglisty, trudno nawet ocenić, czy jakikolwiek istnieje czy też wszystko sprowadza się do bezmyślnej przemocy. Ale dla wampira, zwłaszcza tak potężnego jak członkowie Rady, wszelkie hierarchie tracą znaczenie – liczy się gra. Gra o życie, o godność, o wolność, ciągły test wartości i siły. Wampiry Hamilton to potwory w każdym względzie i nie można o tym zapominać, nawet jeśli wydają się niezwykle pociągające. Szkoda tylko, że dość łatwo można rozszyfrować, kim będzie nemezis bohaterki – dla kogoś, kto czytał poprzednie tomy i przejrzał sobie galerię dewiantów, jakich odesłała do piekła Anita, wszystko stanie się jasne. Bardzo żałuję również, że wątek detektywistyczny został potraktowany po macoszemu: zasygnalizowany na początku dawał nadzieję na powolne, lecz konsekwentne śledztwo (m.in. z tego względu podobały mi się trzy pierwsze części przygód panny Blake). Tymczasem w pewnym momencie wątek ten znika i niemal przez całą powieść jest nieobecny, aż w finale wszystko się wyjaśnia. Powiem szczerze, bardzo mnie takie rozwiązanie rozczarowało i uważam je za jeden z mankamentów Całopalnych ofiar. Szkoda, że nie wykorzystano tej szansy, by nieco zrównoważyć warstwę miłosno–emocjonalną.

Trzeba bowiem przyznać, że obserwacja uczuć, jakie krążą między Jean-Claudem, Richardem i Anitą, zajmuje sporo miejsca – może nawet nieco zbyt wiele. W tym dziwnym trójkącie znajdziemy wszystko, czego potrzeba dobremu melodramatowi: miłość, seksualne pożądanie, nienawiść, gniew, poczucie winy, żal i smutek. Między postaciami cały czas wyczuwalne jest napięcie, którego nie da się jednoznacznie określić – albo doprowadzi do walki, albo do łóżka. Bohaterowie cały czas się testują, prowokują i obnażają słabości przeciwnika, wykorzystując je bez mrugnięcia okiem. Nie każdemu takie rozwiązanie się spodoba, ja osobiście czułem się nieco skołowany i przytłoczony, ale przyznać trzeba, że dodaje to nieco pieprzu do całości. I zanim ktoś zarzuci książce, że zalatuje Zmierzchem, niech pamięta: u Hamilton nie ma czegoś takiego, jak milusie wampirki czy wilkołaki o temperamencie spaniela – jest za to mnóstwo potworów, które z chęcią zatopiłyby co nieco w ludzkim ciele i nie mam tu na myśli tylko zębów.

Pochwalić natomiast muszę ewolucję, jaka zachodzi w zachowaniach bohaterów drugoplanowych – zwłaszcza związanych z pracą Anity. Miło, że autorka nie traktuje tych postaci jako zupełnego tła, które ma za zadanie jedynie podkreślać, jaka to wspaniała jest Blake. Wystarczy spojrzeć na Larry’ego, z żółtodzioba przeobrażającego się w sprawnego, choć nieco lekkomyślnego egzekutora, a także Dolpha, który stał się zdecydowanie mniej ufny, od kiedy Anita zaczęła sypiać z wampirem. Ale jak mu się dziwić – w końcu w dzieleniu łóżka z trupem nie ma nic normalnego. Interesująco wypada również ewolucja samej Blake. Cieszy, że bohaterka stale się zmienia, że wydarzenia nie pozostawiają jej nienaruszoną. Jest w tym coś pociągającego: obserwować, jak niegdyś zachowawcza i nieśmiała w gruncie rzeczy kobieta staje się świadoma swych potrzeb, możliwości i swojej zmysłowości; jak wyćwiczona i skuteczna, lecz nadal dość krucha egzekutorka zmienia się w chodzącą pożogę i tajfun, niebezpieczny tak dla przeciwników, jak i samej siebie. Wreszcie można zobaczyć, jaki wpływ wywiera na nią ciągłe przebywanie wśród zgrai wampirów i zwierzołaków, uganianie się za nimi, ożywianie tudzież spanie z nimi. Jeśli walczysz z potworami, uważaj, żebyś nie stał się jednym z nich – dla Anity to już nie tylko chwytliwy slogan, ale rzeczywistość: kiedy zabijanie przychodzi zbyt łatwo, szybko może się okazać, że stoi się po złej stronie barykady. Hamilton dobrze udało się oddać wątpliwości targające bohaterką i jej zmagania z samą sobą, z mocą, jaką posiada. Mam tylko wrażenie, że powoli panna Blake zmienia się w coś w rodzaju kobiecego terminatora. Lubi przy tym zaskakiwać wszystkich wokół, robiąc rzeczy, których nie powinna być w stanie wykonać, na skalę tak dużą, że budzi to powszechne przerażenie. Ten przypływ mocy nieco niepokoi, ale mam nadzieję, że jednak wyjdzie to serii na zdrowie.

Przyczepić się nie mogę natomiast do stylu – jak zwykle autorka ma lekkie pióro i umiejętność pisania dobrych dialogów. Zdarzają się momenty, kiedy czuć w nich nieco sztuczności, ale zazwyczaj brzmią naturalnie i świetnie się je czyta – zwłaszcza gdy do rozmowy włączy się Anita i jej sławne poczucie humoru. Przyznać jednak trzeba, że Całopalne ofiary są nieco poważniejsze – bohaterowie oczywiście nadal błyszczą wyjątkowo ciętymi ripostami, ale często przebija przez nie rozgoryczenie i złość. Nie ma jednak czego się obawiać – powieść nie zmienia się w napuszony horror, w którym kwestie przygniatają jak kowadło spuszczone na łeb – kto szuka czarnego humoru, znajdzie go sporo. Ukontentowani powinni być także ci, którzy oczekują dobrze zarysowanego świata: opisów jest sporo, są niezwykle plastyczne i skutecznie budują atmosferę grozy i napięcia (także seksualnego). Można co prawda psioczyć na pewne kwestie – choćby maniakalne podawanie wzrostu postaci – ale nie wpływają one szczególnie negatywnie na odbiór. Gorzej z literówkami, których kilka zakradło się na karty powieści. Raz czy dwa miałem też wrażenie, że gdzieś zapodziało się jedno słowo lub ktoś namieszał ze składnią, ale szczęściem były to pojedyncze przypadki.

Reasumując: Całopalne ofiary to solidna kontynuacja interesującego cyklu. Nie ma wielkich ambicji, nie próbuje oczarować erudycją, ale zapewnia dobrą rozrywkę, a co ważniejsze – autorka sprawia wrażenie, że wie o czym pisze, a o to dzisiaj coraz trudniej. Nie jest to – przynajmniej dla mnie – poziom prezentowany przez pierwsze trzy tomy, ale każdy, kto lubi tematykę wampiryczną i komu podobały się wcześniejsze książki pani Hamilton, powinien być ukontentowany. Mnie lektura zadowoliła na tyle, że z dużym zaciekawieniem będę czekał na kolejną część cyklu.

Piotr "Vivaldi" Sarota

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Zysk i S-ka.

Tytuł: Całopalne ofiary
Autor: Laurell K. Hamilton
Tłumaczenie: Robert P. Lipski
Wydawca: Zysk i s-ka
Miejsce wydania: Poznań
Data wydania: Listopad 2010
Liczba stron: 639
ISBN-13: 978-83-7506-591-6
Oprawa: miękka

Oceń: 
0
Brak głosów
Niezdefiniowany