Copernicon 2010 - dzień drugi

W sobotę pojawiłam się na konwencie koło godziny dziesiątej, czyli o porze całkiem cywilizowanej, zastanawiając się jednocześnie, skąd wziął się w fantomie masochista organizujący konkurs o siódmej rano. Konkurs polegał na jedzeniu zupek chińskich na czas. Moim skromnym zdaniem i tak jest to czynność zbyt trudna na tak blady świt i równie dobrze można by mi kazać recytować liczbę pi do setnego miejsca po przecinku – ale może znaleźli się na Coperniconie amatorzy wczesnego wstawania? Jako że spałam wtedy jeszcze jak zabita, nie miałam tego jak sprawdzić empirycznie. Wydaje mi się, że warto zaznaczyć, iż godzina konkursu została wyznaczona na specjalne życzenie prowadzącego – to nie „ci źli” orgowie nakazali tak wczesną pobudkę.

Pierwszą prelekcją, o jaką zahaczyłam w sobotnie przedpołudnie, było spotkanie z Nomad Clubem prowadzone przez Łukasza Tor-Garczewskiego. Nie dowiedziałam się co prawda zbyt wiele nowego o tej inicjatywie – którą uważam za bardzo interesującą – ale to dlatego, że czytałam o niej wcześniej. Reszta sali wyglądała raczej na niezaznajomioną z tematem, więc pewnie skorzystali. Komu warto polecić Nomad Club? Każdemu, kto bywa na kilku większych konwentach w roku oraz ma dość konwentowych kolejek. Czy inicjatywa wypali, czas pokaże, ale sama idea jest szczytna, a twórcy podchodzą do sprawy konkretnie. Ja dałam się skusić.

Ze świeżo zdobytą legitymacją Nomad Clubu pobiegłam na prelekcję Darka Domagalskiego „Od Grunwaldu po Koronowo”, która miała jedną, podstawową wadę – kolidowała częściowo z prelekcją Anny Brzezińskiej, więc wymknęłam się, możliwie po cichu, mniej więcej w połowie. Zanim jednak wybyłam z sali, słuchałam z zainteresowaniem o aspektach wojen krzyżackich, o których nie dowiedziałam się w szkole i pewnie już bym się nie dowiedziała nigdzie indziej. Trzeba przyznać, że Darek potrafi zaintrygować słuchaczy swoją pasją i rzetelnym przygotowaniem. Jego wykład urozmaicił drobny epizod pod tytułem: „Czy jest na sali informatyk?”, ale na szczęście sprzęt okazał się poddany ludziom i bez większych przeszkód udało się wyświetlić prezentację.

Anna Brzezińska mówiła z kolei o „Pannach niepoczciwych” w epoce renesansu. By lepiej przedstawić słuchaczom los ladacznic w tamtych czasach, opisała także to, czego wymagano wówczas od każdej porządnej kobiety (do czego odwoływała się też w czasie swojego kolejnego wykładu, o czarownicach). Prelekcja była niezwykle ciekawa, od zawsze zresztą uważałam, że najbardziej interesującym aspektem historii jest to, jak kiedyś żyli ludzie. Część słów Ani wywoływała salwy śmiechu, część – refleksje, bo jednak życie nierządnic do usłanych różami nie należało. Bez wątpienia jednak wszystkie wzbudziły zainteresowanie – słuchacze ściśle wypełnili całą salę, z podłogą włącznie.

Podobnie było na spotkaniu autorskim z Mają Lidią Kossakowską i Jarosławem Grzędowiczem – nie udało mi się wcisnąć na salę. Uznawszy, że to znak od losu, wolną godzinę wykorzystałam na przekąszenie czegoś i wróciłam na kolejną prelekcję Ani – „Sługi szatana, kochanice diabła”. Frekwencja nie odbiegała od tej na poprzedniej – Ani z trudem udało się dotrzeć do biurka. Wykład nastrojem nie odbiegał od poprzedniego – było i śmiesznie, i gorzko, a przede wszystkim o kobietach. Pisarka przeczytała na głos kilka sprawozdań z procesów czarownic, przybliżyła słuchaczom, jak naprawdę one wyglądały i jak wyglądało prawdziwe życie wiedźm – niestety, nie było ono tak barwne jak mogłoby się wydawać.

Kolejnym punktem programu był dla mnie konkurs potterowski prowadzony przez Katarzynę Orłowską. Co prawda czasy, gdy szalałam za Harrym, należą raczej do zamierzchłych, ale co konwent obiecywałam sobie, że spróbuję sił, i co konwent coś mi wypadało, więc… przybyłam na miejsce. Tam okazało się, że nie tylko ja wpadłam na taki pomysł – tłum był taki, że prowadząca obawiała się, iż zabraknie jej pytań. Zamiast standardowych zapisów po Sali przeleciała rundka pytań – ci, co odpowiedzieli dobrze, mogli zostać. Odpadło tylko kilka osób, więc na życzenie uczestników pozostawiono metodę pucharową do samego końca. Protestowały tylko dwie osoby, w myśl tego, że nie zmienia się zasad w czasie trwania konkursu – ale że były one widzami, nikt się tym nie przejął – i dobrze. Pytań starczyło na styk i raczej nie zdarzało się, by odpadła więcej niż jedna osoba w rundzie. Moim zdaniem pytania w większości były łatwe, ale zdarzyły się i takie, na których wyłożyła się więcej niż jedna osoba (pytanie, na które udzielono błędnej odpowiedzi, wracało do puli) – jednym z takich zadań było wyliczenie wszystkich gatunków smoków, które pojawiły się w Turnieju Trójmagicznym czy też podanie nazw monet w czarodziejskim świecie wraz z przelicznikami. Gdy w konkursie pozostało już tylko kilka osób, otrzymały one pytania specjalne – każdy musiał odpowiedzieć pisemnie np. jakie prezenty dostał Harry na pierwszą Gwiazdkę w Hogwarcie czy jak brzmiał hymn Hogwartu. Ku memu zdziwieniu (poziom przez cały czas trwania konkursu był naprawdę wyrównany)… zajęłam pierwsze miejsce, co niezwykle mnie ucieszyło – waluta konwentowa była naprawdę śliczna.

Prosto z konkursu pobiegłam spóźniona na spotkanie z Anną Brzezińską połączone z premierą Wiedźmy z Wilżyńskiej Doliny. Ania radziła sobie tak doskonale, że prowadzący, Patryk Sadowski, usiadł z boku pod ścianą i nawet nie próbował się wtrącać – odpoczywając jednocześnie po ciężkim dniu, podczas którego przepytał niejednego pisarza. Usłyszeliśmy wiele ciekawostek związanych ze studiami historycznymi Ani oraz z jej twórczością. A ku zachwytowi publiczności pod koniec spotkania można było wygrać trzy egzemplarze jej najnowszej książki.

Po godzinie Darek Domagalski (wcześniej siedzący wśród publiczności) zamienił się z Anią miejscami i płynnie przeszliśmy z jednego spotkania autorskiego w drugie. Tym razem Szamajim zmobilizował się i wyszedł na środek, dzielnie pokazując, że po godzinie dwudziestej nadal trzeźwo myśli. Zamiast książek do rozdania były egzemplarze numeru „Science Fiction, Fantasy i Horror”, zawierającego opowiadanie Darka – pismo otrzymali wszyscy, którzy pojawili się punktualnie. Panowie skupili się przede wszystkim na omówieniu aspektów trylogii krzyżackiej, które zwykle umykają recenzentom i komentującym książki czytelnikom, Darek zdradził też roboczy tytuł jednej z części, z którego na szczęście zrezygnował przed publikacją.

Ostatnim gościem w sali autorskiej był w sobotę Rafał W. Orkan, który bardzo szybko podchwycił sugestię publiczności, by przenieść spotkanie do knajpy, wyemigrowaliśmy więc do pizzerii, by przy złocistym napoju i strawie nie tylko duchowej słuchać o początkach kariery ojca Bythry i Gebneha. Dzięki temu spotkanie płynnie przeszło w nasiadówę pospotkaniową, która trwała do zamknięcia lokalu o 23:00. Później podzieliliśmy się na tych, którzy mieli siłę dalej imprezować i tych, którzy musieli się jednak przespać z powodu nieludzkich godzin odjazdów pociągów. Zaliczałam się do tych drugich, ponieważ obowiązki nie wybierają i sobota musiała być dla mnie ostatnim dniem Coperniconu – w niedzielę pojawiłam się na terenie konwentu tylko na chwilę, bladym świtem, pożegnać z tymi, którzy już zwlekli się z materacy. Przyjrzałam się przy okazji niezwykle żywiołowemu LARP-owi (sprowadzającemu się do wspólnego drzemania na stole), wysłuchałam relacji z nocy z hentaiami… i już trzeba się było zbierać na dworzec.

Ale wiem na pewno – wrócę za rok! Warto!

Anna Tess Gołębiowska

PS. To już koniec relacji, ale gdyby ktoś był przypadkiem zainteresowany bonusem-anegdotką, której nie ośmielę się zamieścić tutaj, bo mnie redakcja zaszlachtuje za uprawianie prywaty, zapraszam jeszcze na moment na mojego bloga.