Dark Angels cz.2

       Radius bił z całej siły skrzydłami, starając się utrzymać szybkie tempo. Zawsze był niczym błyskawica, cenił sobie tą umiejętność która kilka razy już uratowała mu skórę. Potrafił lecieć tak przez kilka godzin i w ogóle się nie męczył. Odetchnął gdy okazało się że w ziemskiej postaci jego talent nie zanikł. Przecinał nocne rześkie powietrze niczym pocisk. Tenebris uparcie podążał za nim.

       Musiał, musiał zdobyć ten kamień, on był częścią jego przepustki do upragnionej wolności i powrotu do tego co znał, czego pragnął. Szukał Krwawej Orchidei już od ponad dwóch lat, aż nareszcie ją ujrzał w szponach tego podstępnego grzechotnika. "Po co, po co mu Auxilia???" ta myśl nie dawała mu spokoju odkąd kilka chwil temu usłyszał prośbę Niebieskiego. Nie cierpiał jej, przysiągł jej zemstę jeśli kiedykolwiek by ją spotkał tu na Ziemi. To ona wszystko spowodowała. To przez nią teraz tkwi w znienawidzonej postaci wśród ziemskich smiertlenych istot. Zacisnął oczy i mocniej zatrzepotał skrzydłami. Był silny. Bardzo silny. Ale musiał oddać rację Radiusowi - może i był silniejszy, ale na pewno nie był szybszy od niego.

       Nawet nie wiedział ile już pędził za nim, nie zwracałm uwagi na otoczenie, na czas. Do tego stopnia że kiedy Radius coraz bardziej się oddalał i w końcu zniknął mu z oczu Tenebris przez dłuższą chwilę nie był w stanie rozpoznać otoczenia. W końcu z wściekłością zacisnął szpony, machnął jeszcze raz rubinowymi skrzydłami i odleciał w stronę lasu.

     

       Radius zatrzymał sie dopiero po dwudziestu kilometrach. Obejrzał się. Nikt go nie śledził. Ani śladu Tenebrisa. Skrzydła delikatnie tylko go pobolewały, ale spokojnie mógłby jeszcze długo lecieć, dałby radę. Sprawdził sakwę. Krwawa Orchidea tkwiła na swoim miejscu. Znalazł ją przypadkiem podczas poszukiwań własnego klejnotu. Musiał przyznać że Deus naprawdę sie postarał i schował je bardzo sprytnie i dokładnie. Dlatego pragnął czyjejś pomocy, a okazja była do tego świetna. Wiedział jak bardzo Tenebris poszukuje kamienia i że zrobiłby wszystko by go dostać. No jak widać prawie wszystko....

       Auxilia.... Ostatnio widział ją ponad rok temu. Nie miał pojęcia co się z nią dzieje, czy żyje... Ile by dał by znów ją ujrzeć, nacieszyć się jej widokiem. Jej złotych niczym słońce piór, miodowych pięknych oczu... Nie obwiniał ja o nic, kazdy popełnia błędy, ona tez miała do tego prawo. Zresztą nie ona spowodowała to wszystko...

       Odgonił smutne myśli i zacisnął masywne pazury na klejnocie w sakiewce. Znajdzie ją i Szmaragdową Luizjanę i razem wypełnią dane im zadania. Razem zrobią wszystko.

     

       Para malutkich ślepi wyjrzała z jamki pod świerkiem. Duży dorodny szczur wyjrzał z kryjówki z zamiarem poszukiwania pozywienia. Cicho przedarł się przez krzaki jagód i przemknął po ściółce. Wspiął się na pobliską leszczynę i zabrał się za pędy. Ułamek sekundy później duża krwistoczerwona kula przebiła się przez dorodny krzew chwytając gryzonia i miażdżąc mu twardymi ostrymi pazurami wnętrzności. Szczur piskał i wyrywał się jeszcze chwilę w agonii aż w końcu wyzionął ducha. Tenebris podleciał na najbliższe drzewo i usiadł na gałęzi po czym zabrał się za rozszarpywanie zdobyczy. Nie potrafił się przyzwyczaić do smaku gryzoni czy roślin ale wiedział że nie ma wyboru. Uczucie głodu było dla niego czyms okropnym, jego chyba nie cierpiał najbardziej ze wszystkich rzeczy które spotykały go w ziemskiej postaci. Zapobiegał mu jak mógł nawet gdy musiał zjeść padlinę. Wolał to niż ucisk w żołądku.

       Dokończył nocny posiłek i zrzucił resztki z drzewa. Przysunął się do pnia i wbił prawy bok w szorstką korę. Na szczęście noc nie była zbyt zimna, a pióra go grzały. Zwinął się i starał się zapaść w sen.

       Nagle dotarł do niego dźwięk. Nie mógł dochodzić z daleka, slyszał go wyraźnie. I zbliżał się. Przeszywał całe jego ciało, wprawiał w trans i lęk. Taki głos może wydawać tylko On. Nie mylił go nigdy, z niczym innym. Znów nadchodził, minął kolejny rok, więc znów składał my wizytę.

       Deus.