Falkon 2010 - dzień 2

    Falkon 2010 – dzień 2

    Zryw nastąpił dość wcześnie, aby zdążyć na przedpołudniowe szkolenia. Po sycącym posiłku wyruszyliśmy na wyspę korzystając z prywatnego transportu, bezpieczniejszego i zdecydowanie trudniejszego do namierzenia. Po krótkiej, wtórnej aklimatyzacji razem z Sadyceuszką udaliśmy się na panel Od Paracelsusa do Pasteura – lekarze, aptekarze, szarlatani, prowadzonego przez Agnieszkę „Ignite” Hałas. Zgodnie z tytułem zapoznaliśmy się z dawnymi technikami lekarskimi, budzącymi niekiedy większą grozę niż sama choroba. Ba, z dzisiejszej perspektywy nawet ówcześni lekarze mogą uchodzić za szarlatanów – bo cóż to za pomysł, aby wszelkie dolegliwości, począwszy od ospy, poprzez kiłę, a kończąc na chorobie umysłowej leczyć za pomocą lewatywy? Zupełnie jakby ówcześnie żyjący nie mieli dość kłopotów ze wszystkimi tymi epidemiami… Z drugiej jednak strony przedstawiono sylwetki kilku ludzi – nie zawsze lekarzy – którzy swymi pomysłami i wynalazkami choć trochę potrafili ulżyć wymęczonym przez leczenie pacjentom. Szkolenie było prowadzone ciekawie, z werwą i humorem, a oficer-wykładowca zdawał się doskonale orientować w omawianym zagadnieniu. Dobra rzecz, choć przedstawiony materiał graficzny mógł źle podziałać na co bardziej wrażliwych…

    Kolejnym etapem akcji było spotkanie (niemal) oko w oko z Tomaszem Kołodziejczakiem na panelu Komiksowy Egmont, komiksowa Polska. W słowach oszczędnych, lecz zajmujących opowiedział on o najbliższych planach wydawniczych Egmontu, skupiając się zwłaszcza na Thorgalu (gdyż obok kolejnego albumu wystartować ma spin-off dotyczący Chriss de Valnor) i sposobie wydawania komiksów frankofońskich, oraz całej serii komiksów Star Wars publikowanych w naszym kraju, które dotarły do pewnego granicznego punktu, co wiąże się z wydaniem nowej, dość oryginalnej serii. Nieco miejsca poświęcono także przedsięwzięciu Kołodziejczaka Fantasy Komiks, jego nie do końca wymiernemu sukcesowi oraz ogólnej sytuacji komiksu w Polsce, która – co tu kryć – najlepsza nie jest. W czym dość spory udział ma sieć salonów Empik, która zdecydowała się nie przyjmować żadnych nowości komiksowych. Z jednej strony jest to zrozumiałe (bo cóż da większe zyski – drogie albumy Gaimana czy książki Piekary, które mogłyby zająć ich miejsce na półce?), z drugiej jednak skutecznie hamuje to rozwój tego medium i odcina od niego sporą rzeszę potencjalnych czytelników. Szczęściem niektórzy mogą iść do sklepików specjalistycznych, ale iluż takich jest?

    Po tym spotkaniu nieco zrzedła mi mina, mimo to hardo wyruszyłem na dwa obiecujące testy sprawnościowe z dziedziny, w której czułem się mocny. Pierwszym był konkurs Fantastyczne cytaty kierowany przez Agnieszkę „Aeth” Jędrzejczak. Przyszło na niego mnóstwo innych agentów wszelkich specjalności i stopni, gotowych – tak jak ja – poznać granice swojej wiedzy i wytrzymałości. Niestety, lekkie spóźnienie odbiło się mocno na mej późniejszej sytuacji: mój trzyosobowy zespół został zbudowany naprędce i nie do końca świadomie, co zaważyło na tym, iż nie poradziliśmy sobie z ponad połową pytań. Było to tym bardziej irytujące, że inne zespoły padały pokotem pod nawałą naprawdę prostych cytatów, z którymi bez przeszkód byśmy sobie poradzili. Wątpię jednak, czy dalibyśmy radę nawiązać walkę z innymi, którzy bez większych problemów odgadywali cytaty niezależnie od tego, czy pochodziły z filmów fantasy, SF czy seriali. Powiem szczerze, zacząłem się nawet zastanawiać, czy niektórzy przeszli przy wejściu obowiązkowy test Turinga – w końcu czy zwykły człowiek byłby w stanie rozpoznać, że dany cytat pochodził dokładnie z tej a tej części Star Treka w momencie, gdy miał ich jedenaście do wyboru? Czyżby ochrona ośrodka szkoleniowego była aż tak nieszczelna?

    Nieco uspokoił mnie drugi test - Konkurs Filmowy II, kierowany przez Jakuba „Czerosa” Czerskiego. Okazało się, że jednak i owi „potencjalni replikanci” potrafią wyłożyć się na rzeczach banalnych. Test podzielony był na trzy etapy (z rosnącym poziomem trudności) i dotyczył znajomości filmów na podstawie informacji ustnych, kadrów bądź muzyki. Stopień ich komplikacji był zróżnicowany – zdarzały się i rzeczy śmiesznie wręcz proste, jak i pytania, które ścinały z nóg. Niestety, po raz kolejny miałem pecha dostawać te drugie. Owszem, bardzo się cieszę, iż nasz oficer testujący nie ograniczył się do pytań z zakresu fantastyki, jednak niech mi ktoś powie, jak można odgadnąć po kadrze film z Stevenem Regalem? Albo kto ogląda filmy w rodzaju Totalnego kataklizmu? Po raz kolejny okazało się, iż traktowanie z góry pewnych tytułów czasami nie popłaca… Ale przynajmniej pozwala zaoszczędzić czas. Poza tym konkurs miał jeszcze inną zaletę: spotkałem bardzo pomocnego agenta, który w niedługim czasie miał stać się podstawą dla naszej komórki operacyjnej na kolejnym teście. Tymczasem jednak udaliśmy się razem z nim i spotkaną po drodze Sadyceuszką do pobliskiego przybytku rozrywki „Stolarnia”, by tam, przy szklanicy piwa omówić nasze wnioski z dotychczasowych szkoleń, podzielić się doświadczeniami i zaplanować dalsze działania.

    Zanim udaliśmy się z powrotem do bazy na odpoczynek, zahaczyliśmy jeszcze o jedno szkolenie, prowadzone przez Tomasza „Winniczka” Winiarczyka, pt.: Biologia atrakcyjności seksualnej. Oficer prowadzący już na wstępie zapowiedział, że nie ma specjalizacji biologicznej, co mogło nieco podważyć jego kompetencje, ale w moim odczuciu działało na plus, bo Wirczyk nie odczuwał potrzeby zasypywania słuchaczy setkami danych liczbowych i dogłębnymi analizami. Zamiast tego, w sposób luźny, momentami humorystyczny, przedstawił garść twierdzeń, które miały obrazować, jakiego typu partnerów szukają ludzie i czemu akurat takich. Czynników wpływających na wybory jest oczywiście multum: wzrost, sylwetka, stosunek wagi do wzrostu lub talii do bioder, a także pewne cechy, które nadawały twarzy kobiety cech dziewczęcych, czy wręcz dziecięcych (facet podobno odczuwa potrzebę zaopiekowania się taką dzieweczką). Oczywiście dane w większości opierały się na badaniach ilościowych, więc nie odnosiły się do każdego przypadku (w końcu gusta bywają niekiedy zupełnie dziwne), ale stanowiły interesujący wywód, odsłaniający nieco kryteria wyboru partnera (niekoniecznie ślubnego… a przynajmniej nie tylko). No i po raz kolejny potwierdziło się, iż niezbyt atrakcyjny ze mnie agent.

    Zakończył się dzień drugi. Bilans? Nowe znajomości, nieco nerwów w momencie zgubienia identyfikatora, twarde postanowienie uzupełnienia ekwipunku i garść ciekawych informacji. Jutro ostatni dzień intensywnego szkolenia…

    || Dalej >>