Falkon 2010 - dzień 3

    Falkon 2010 – dzień 3

    Ostatni dzień upłynął pod znakiem pewnego rozprężenia nastrojów. Skutkowało ono problematycznym i nieco opóźnionym wypadem na wyspę, jak się jednak okazało, nie spowodował on aż tak wielkich strat – jakoś się tak złożyło, że część zaplanowanych przeze mnie i Sadyceuszkę prelekcji się nie odbyła. Na szczęście udało mi się jeszcze zdążyć na dyżur Tomasza Kołodziejczaka, podczas którego rozmawiał z grupką fanów i rozdawał chętnym autografy. Sam stałem się szczęśliwym posiadaczem dwóch, przy czym bardzo podobała mi się reakcja Kołodziejczaka na widok białego egzemplarza recenzenckiego jego Kolorów sztandarów... Wyglądał na szczerze zdziwionego. Może tylko ja taki dostałem?
    Po przerwie i poczynieniu sporych zakupów sprzętowych wyruszyliśmy na pierwsze szkolenie tego dnia. Jak rozpoznać czarownicę Mileny Wojtowicz było jedną z najlepszych prelekcji w jakich uczestniczyłem – spójną, ciekawie poprowadzoną, momentami bardzo zabawną i pouczającą. Omówiono nie tylko to, co czarownica zrobić mogła, poczynając od ubicia krowy, kończąc na ubiciu komuś łba, ale opisano także elementy, po których można było czarownice rozpoznać (wiek, wygląd, zachowanie) i czemu należało się jej obawiać. Pod lupę wzięto również jej konszachty z diabłem i niemoralne zachowanie, które nierzadko było powodem nagonki mieszkańców, nawet jeśli oskarżona nie była żadna wiedźmą, a tylko lubiła się zabawić. Oberwało się na koniec łowcom czarownic, posyłającym niewiasty na stos ze słowami modlitw na ustach. Nie można im odmówić skuteczności i pomysłowości (zwłaszcza w wyszukiwaniu nowych sposobów męczenia bliźnich), natomiast wątpliwości budziły nierzadko ich pobudki. W końcu łowienie czarownic to nie tylko dobra zabawa, ale i niezły zarobek…

    Następne w kolejce było szkolenie z udziałem Andrzeja Pilipiuka, który niemal bez przerwy krążył po konwencie i rozmawiał z ludźmi, bądź łypał okiem to tu, to tam. Frekwencja była dość wysoka, co pisarza ucieszyło. Mnie natomiast średnio ucieszyła pani oficer prowadząca spotkanie, gdyż była niezwykle irytująca, zarówno jeśli chodzi o zachowanie, jak i zadawane pytania. Na szczęście większą część szkolenia wypełniły pytania zgromadzonej agentury i wyjaśnienia samego Pilipiuka. Na tapetę wzięto na przykład przeszłość pisarza, kiedy jeszcze zajmował się tworzeniem przygód Pana Samochodzika, jego stosunek do Wędrowycza i nowej szaty graficznej Kuzynek. Była też chwila na wspominki, sporo autopromocji i przekonanie, że mogło być lepiej, ale wcale nie jest źle.
    Niestety, nie dotrwałem do końca prelekcji, gdyż mniej więcej w tym samym czasie miał rozpocząć się kolejny test sprawnościowy, sławny Konkurs filmowy, prowadzony przez Marcina „Motyla” Andrysa. Jeśli ktoś sądził, że potyczka będzie bułką z masłem, prowadzący szybko wyprowadził go z błędu, narzucając swoją niemal tyrańską wolę. Test podzielony był na trzy etapy: w pierwszym czteroosobowe zespoły potykały się z plakatami, odgadując rok produkcji i punkty wspólne trzech wybranych tytułów. Nie chwaląc się – byliśmy najlepsi. Niestety, przed drugim etapem punkty były zerowane, a jednocześnie zespołom z najgorszymi wynikami Motyl powiedział Adieu!. Kolejny szczebelek był bardziej typowy: odgadywanie tytułu filmu po kadrze, zgadywanie aktora i najlepsza rzecz – dopasowywanie biustu do aktorki. Zwłaszcza ostatnia kategoria była szczęśliwa dla mojego zespołu, gdyż pozwoliła nam szybko odrobić straty i koniec końców zająć drugie miejsce. Trudne to było szalenie, bo do ostatniego pytania trwała walka o podium, na którym znaleźliśmy się dzięki małpie z Króla Lwa. Było ostro, trudno i zawzięcie, różnicę między drużynami na podium były minimalne, a zadowolenie z wygranej – ogromne.

    Oczywiście po takim nawale emocji należało się nieco zrelaksować, najlepiej rozmową o filmach i fantastyce przy dobrym piwie i w dobrym towarzystwie. Razem z moją drużyną wyruszyliśmy tedy do wspominanej wcześniej „Stolarni”, ja zaś po drodze wstąpiłem jeszcze na prelekcję Maryli Skóry Kot – symbol i zabobon, jednak szybko z niej wyleciałem. Na własne życzenie zresztą. Wystąpienie wydało mi się bezbarwne, pozbawione ciekawych informacji i prowadzone bez tej ikry i humoru, jakie charakteryzowały wcześniejsze szkolenia. Zresztą, jak się okazało, część z tych uwag podzielała także Sadyceuszka.
    Na tym właściwie konwent się skończył. W planach mieliśmy jeszcze zahaczenie o pokaz mody gotyckiej, jednak zamiast tego Sadu pojechała na małe spotkanie ze znajomymi, a ja, wraz ze swoim konkursowym zespołem, spędziliśmy całkiem przyjemnie kilka godzin, zakończone koniecznością mojego powrotu do bazy. Dość problematycznego dodać trzeba, gdyż „doskonałe połączenie komunikacyjne” z wyspą okazało się nie być aż tak doskonałe, co skończyło się zamawianiem taksówki i ryzykiem demaskacji przez lokalne siły korporacyjne.

    Ostatniego dnia ani ja, ani Sadyceuszka nie przejawialiśmy specjalnej chęci do ponownego zahaczenia o ośrodek szkoleniowy, decydując się raczej na uporządkowanie doświadczeń, przegląd ekwipunku i przygotowania do drogi powrotnej, co zresztą zajęło nam niemal pół dnia.

    Rezultat wyprawy? Pozytywny. Cele priorytetowe – spotkanie z towarzyszami-agentami, zakup nowego ekwipunku, zdobycie autografów, dobra zabawa – osiągnięte. Brak większych problemów logistycznych i obyczajowych. Zaciągnięte nowe znajomości i kontakty, przydatne w dalszej pracy wywiadowczej. A przede wszystkim chęć zjawienia się w tym samym miejscu za rok, po nowe fanty, wiadomości i doświadczenia. Najlepiej w tym samym lub większym składzie.

    Piotr "Vivaldi" Sarota
    zdjęcia: Honorata "Sadyceuszka" Kujawska