Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
portret użytkownika Salantor
portret użytkownika Lorelay
W tej chwili stronę przegląda 3 użytkowników i 1 gość.

Strona główna

Gamedec. Zabaweczki. Sztorm (Marcin Przybyłek)

Recenzja autorstwa Tixona z portalu Kawerna, umieszczona w ramach bliskiej współpracy naszych portali.

Pierwszy Gamedec był dla mnie swego rodzaju novum — opowieścią detektywistyczną, wrzuconą w wysoce zwirtualizowaną przyszłość, z silnymi elementami psychologii. Autor inteligentnie połączył problemy omawiane przez rzesze wcześniejszych pisarzy science fiction (np. androidy, życie wirtualne) z ironicznym spojrzeniem na korporacje i konsumpcję, doprawiając wszystko to smaczkami z gier. Drugi tom, Sprzedawcy Lokomotyw, rozwijał pomysł, oferując dużo więcej akcji i znacznie bardziej rozbudowaną intrygę (pomimo pewnych problemów). Trzeci zaś — Zabaweczki. Błyski — deklasował dwa pozostałe zarówno pomysłami, jak i tempem akcji, w efekcie trzymając w napięciu do samego — urwanego — końca. Jak w tym zestawieniu wypada kolejna odsłona przygód Torkila Aymore’a, Zabaweczki. Sztorm?

Zaryzykuję stwierdzenie, że to burza w szklance wody. Owszem, dzieje się dużo i są to zdarzenia bardzo znaczące, jednak apogeum emocji było w Błyskach, tam doszło do najważniejszych wydarzeń, zaś Sztorm stanowi tego efekt, w nim obserwujemy rezultaty wcześniejszych działań, nie ma ambicji przeskoczenia poprzedniej części; jako zamykająca pewien etap pełni też funkcję porządkową, domykając wątki. O ile pierwsze można jeszcze wytłumaczyć problemami wydawniczymi (długi czas — dwa lata — pomiędzy wydaniami; to właściwie powinna być jedna książka), to domknięcia wątków pozostawiają mi trochę do życzenia.

Przede wszystkim pozostają otwarte kwestie (z Medusą na czele), co poniekąd jestem w stanie zrozumieć — przedstawiona historia jest reklamowana jako początek czegoś większego, niemniej spory niedosyt pozostaje. Wracając do domknięć, to dostajemy właściwie rekurencyjne odsyłanie do rozwiązania z wcześniejszych książek. Już wówczas były one pewnym przegięciem, które ciężko było przełknąć. Zwłaszcza, że właściwie odpowiedzi na większość istotnych pytań można sprowadzić do jednej ogólnej, wspomnianej powyżej. Ciekawym, lecz jednocześnie irytującym zabiegiem jest zaprzeczenie wcześniejszych osiągnięć i domysłów: są zdarzenia pozytywne, zmuszające do przewartościowania posiadanej wiedzy, rozbijające pewność otaczającego nas świata; ale są również te negatywne, sprowadzane do stwierdzenia: poprzednie wywody są nic niewarte, ponieważ to był pic na wodę. W efekcie znowu nic nie wiemy, jesteśmy ponownie w punkcie wyjścia. Równie dwojako można ocenić kwestię, z braku lepszej nazwy, gadżetów (czy to sprzętu, czy to dóbr konsumpcyjnych) — książka jest silnie powiązana z grami i, jako gracz, uważam za wielkie marnotrawstwo to, co występuje: np. dużo miejsca zajmuje opis przygotowania się do użycia mechopodobnych zbroi, szkolenia i personalizowania, żeby użyć ich w walce tylko raz — to tak, jakby w FPSie zdobyć świetną broń, jednak przydatną tylko w jednym momencie (podobnie jest z egzoszkieletem, Maod-Anami czy elektronicznymi gadżetami). Jednak takie podejście bardzo pasuje do konsumpcyjnej idei świata, tj. nabywania nowych, niepotrzebnych bądź jednorazowego użytku dóbr, bo już w chwili kupna pojawia się nowa, lepsza wersja, odsyłająca starą do kosza. Podobnie rzecz ma się z użyciem — w pierwszych chwilach euforia i „nie wyobrażam sobie, jak mogłem bez tego żyć”, aby później cudo spowszechniało, straciło na swojej wyjątkowości. Pomimo dużej ilości akcji (czy też bardziej odpowiednio: reakcji), brakuje mi postaci Lamy. Osobiście uważam, że sceny z jego udziałem w Błyskach były najlepsze z całej książki. Czuć też niejakie zepchnięcie na drugi tor postaci kobiecych; Lilith czy Lwica jeszcze uczestniczą w akcji, jednak Paulina czy Anna to postacie już epizodyczne.

Jak już wspominałem, Gamedec ma wiele wspólnego z grami i nie mogło zabraknąć w nim odpowiednich smaczków w postaci np. konfiguracji wyglądu pancerza i efektów rodem niczym z cRPG. Równie dobre wrażenie sprawia styl autora, dobrze dopasowany do tempa, obfitujący w wycyzelowane zdania. Jednak najlepszą cechą języka twórcy jest kreacja postaci i zdarzeń w oparciu o psychologiczne podstawy, nierażące swą sztucznością, jak to niekiedy bywa. Bohaterowie, chociaż nie wszyscy sympatyczni (tutaj prym wiedzie kontrowersyjna Lilith), są jednak wiarygodni. Trzeba w końcu odpowiedzieć na pytanie: czy w związku z tym wszystkim warto sięgać po Sztorm? Właściwie uważam to pytanie za zbędne, bo trudno sobie wyobrazić osoby, które po lekturze trzech wcześniejszych książek odpuszczą sobie czwartą — dla nich to po prostu konieczność. Zwłaszcza, że Gamedec. Zabaweczki. Sztorm, pomimo powyższego marudzenia, jest książką dobrą, zamykającą jeden z lepszych cykli, jakie czytałem.

Autor: Marcin Przybyłek
Tytuł: Gamedec. Zabaweczki. Sztorm
Wydawnictwo: SuperNOWA
ISBN: 978-83-7578-014-7
Liczba stron: 435
Wymiary: 125x195 mm
Okładka: Miękka

Odpowiedzi

portret użytkownika Lorelay

Cóż, ogólnie brzmi

Cóż, ogólnie brzmi zachęcająco.Koncepcja wydaje się bardzo ciekawa. Poprzednich części nie czytałam. I chyba niestety mimo wszystko nie przeczytam żadnej. Właśnie ze względu na to powiązanie z grami. Tego co dla innych jest smaczkiem, ja obawiam się, że bym po prostu nie zrozumiała.

Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi