Godzilla: Wielka Bitwa Potworów
Gdy w 1998 roku do kin weszła Godzilla Rolanda Emmericha, ogromna część fanów radioaktywnego gada zazgrzytała zębami i wykrzywiła usta zniesmaczona. Przerobienie organicznego terminatora w bojaźliwą iguanę zostało przyjęte bardzo chłodno, i nie pomogły tu ani gwiazdy (choćby Jean Reno), ani efektowne zniszczenia, a tłumaczenia, iż celem było urealistycznienie potwora, wzbudziły tylko śmiech i złość. Mimo uszu puszczono także oskarżenia pod adresem produkcji japońskich, że są archaiczne i opierają się na idiotycznych scenariuszach.
Jednak jeśli chodzi o ostatni argument, trzeba jednak się z nim zgodzić. Co tu dużo mówić – niektóre odcinki serialu, zwłaszcza pierwszej, klasycznej serii, porażały wręcz swoją naiwnością i absurdalnością. W co drugiej części zagrożeniem stawali się przebrzydli kosmici (ukrywający swe formy gigantycznych karaluchów czy goryli), przy pomocy potworów pragnący zniszczyć świat. Następowała kaskada efektownych, choć nie popartych żadną logiką pojedynków, w której miasta szły w kawałki, a montażyści z uporem maniaka wykorzystywali stare materiały z lat poprzednich, wklejając je do nowego filmu. Jednak i tutaj zdarzały się tytuły, które przyciągały uwagę nie tylko efektami specjalnymi, ale także scenariuszem, w którym próbowano przemycać lub jawnie przemycano poważniejsze treści. W ten sposób Godzilla: Król potworów stawał się swego rodzaju metaforą atomowej zagłady Nagasaki i Hiroszimy, a także pacyfistycznym manifestem; Godzilla vs Hedora podejmowała wątki ekologiczne w niemal apokaliptycznym ujęciu, a Powrót Godzilli ponownie sięgał po temat energii nuklearnej i jej zagrożeń. Podobnie sprawa ma się z filmem Godzilla, Mothra i King Ghidora (znanego także pod tytułem Wielka Bitwa Potworów ) w reżyserii Shusuke Kaneko.
Film wywołał pewne zamieszanie wśród fanów, co nietrudno zrozumieć, znając poprzednie części. I nie mam tu na myśli niemal całkowitego fabularnego pominięcia filmów, które wyprodukowano w latach 1956-2000 (bo akurat w kwestii kontynuacji, filmy trzeciej serii momentami są zupełnie irracjonalne). Pierwszą sprawą, jaka zaskakuje, jest scenariusz. Po długim czasie wreszcie ktoś pokusił się o stworzenie teorii (wątłej, ale jednak), która wyjaśnia, czemu Godzilla z taką zawziętością atakuje Japonię. Otóż okazuje się, że stwór nie tylko wchłonął w siebie energię atomową, ale także… miliony dusz ofiar poległych w czasie II WŚ! Zarówno żołnierzy japońskich, jak i mieszkańców Azji i soldatów USA. A ponieważ dusz ofiar jest więcej, Godzilla stała się niejako awatarem ich zemsty na Japonii. Aby bronić kraju przed potworem, naprzeciw niemu stają „Święte Bestie”, czyli starożytni obrońcy wysp: Baragon, Mothra… i King Ghidora.
Już samo rozłożenie sił może spowodować u sporej części fanów palpitację serca: o ile jeszcze złego Godzillę można przeżyć, o tyle Ghidora, który jest niemal kanonicznym „najeźdźcą z kosmosu”, w roli obrońcy porządku musi budzić pewien niepokój. A to nie koniec zmian, jakie zaaplikowali potworom reżyser do spółki ze scenarzystą. Najważniejsze jest pozbawienie monstrów ich niezwykłych mocy i atrybutów: Baragonowi zabrano promień, przez co opiera się na atakach w stylu nosorożca; Mothra zgubiła gdzieś swoje wróżki i siłę, przez co przypomina raczej żywą tarczę strzelniczą. W końcu Ghidora, który nie jest już tak krwiożerczy, i dopiero w finale odpowiada Godzilli wiązką energetyczną prosto w czerep. Wszystko to sprawia, że starcia potworów są bardziej stonowane, mniej efektowne. To już nie jest orgia zniszczenia w kaskadach iskier, na tle potężnych wyładowań energetycznych, laserów i promieni śmierci. Pojedynki przypominają raczej walki zwierząt: z gryzieniem, tratowaniem i miażdżeniem. Paradoksalnie jednak spowodowało to niezwykły wzrost brutalności. Śmierć jest przedstawiana bezpośrednio i bez ogródek, (choć oczywiście nie jest to w żadnym wypadku kiepskie gore). We wcześniejszych częściach widz był niejako zawieszony w przekonaniu, że wszystkim udało się uciec i potwór rozwala tylko opuszczone miasto. W tym wypadku zaś widać, że w demolowanych domach nadal są ludzie, słychać krzyki w eksplodujących samolotach i jęki palonych żołnierzy. Nawet potwory, które kiedyś „umierały”, grzecznie wpadając do wody lub zapadając się pod ziemię, teraz po prostu eksplodują i rozpadają się na kawałki.
Spora w tym zasługa samego Godzilli, która w Wielkiej Bitwie Potworów jest potężniejszy niż kiedykolwiek. Jeśli wcześniej jaszczura można było nazwać terminatorem, to teraz jest chodzącym armageddonem, szczodrze rozdającym snopy radioaktywnej energii i wykańczającym potwory z zatrważającą wręcz skutecznością mordercy. Zastanawiające jest przy tym, że Godzilla znacząco rozrósł się i przytył: przypomina raczej klasycznego gada, z pierwszych filmów, ze „stępionym” grzebieniem, niż nieco „kobrowatego” jaszczura z Godzilli 2000. Natomiast jego oczy, zaszłe bielmem (skutek opętania?) sprawiają, że jest przerażający jak nigdy.
Na tym tle dość słabo (jak zwykle – z aktorstwem w serii niemal zawsze był problem) wypadają ludzie, choć wątek ten jest rozbudowany i niezwykle ważny. Mam wręcz wrażenie, że film jest wręcz przesiąknięty zamaskowaną - ale jednak - propagandą. Oto przychodzi bezlitosny potwór, atakując pacyfistyczny kraj, pozbawiony nawet regularnego wojska. Ale dzięki „Świętym Bestiom”, które dały ludziom nadzieję, poświęceniu i odwadze jednostek, monstrum zostaje pokonane (w wyjątkowo idiotyczny, acz nie pozbawiony uroku sposób), pokój zaprowadzony, można więc zasalutować poległym i cieszyć się, jakich to mamy odważnych żołnierzy..
Oczywiście jest to tylko moje zdanie, trudno mi jednak przejść obok tego obojętnie. Momentami jest to rażące, z drugiej strony, upatrywać w tym można powodów, dla których film jest tak ciekawy i wybija się in plus na tle innych produkcji.
Oczywiście film ma wady: rzeczone aktorstwo, momentami słabe animacje komputerowe (odrodzony Ghidora – zgroza!) i denerwujący bohaterowie epizodyczni, których żarty momentami są żenujące, jednak świeże podejście do tematu, patos w rozsądnych granicach i efektowność walk równoważą te mankamenty. Zdecydowanie warto obejrzeć, bo jako relaksator spisuje się bardzo dobrze.
Piotr "Vivaldi" Sarota

Obsada:
Chiharu Niiyama - Yuri Tachibana
Masahiro Kobayoshi - Teruaki Takeda
Ryudo Uzaki - admirał Taizo Tachibana
Shiro Sano - Haruki Kadokura, szef Yuri
Takashi Nishina - admirał Aki Maruo
Kaho Minami - kapitan Kumi Emori
Hideyo Amamoto - Hirotoshi Isayama
Godzilla - Mizuho Yoshida
Baragon - Rie Ota
King Ghidorah - Akira Ohashi
Czas trwania: 105 min.
Rok produkcji: 2001
Produkcja
Reżyseria: Shūsuke Kaneko
Scenariusz: Masahiro Yokotani, Keiichi Hasegawa
Muzyka: Kō Ōtani
Zdjęcia: Masahiro Kishimoto
Montaż: Kazutami Hara
Produkcja: Shogo Tomiyama, Hideyuki Honma



















































