Gra o Ferrin (Katarzyna Michalak)
Po Grę o Ferrin sięgnęłam dlatego, że postanowiłam zapoznać się z twórczością nowego pokolenia polskich fantastek. Ostatnio stosunkowo dużo kobiet debiutuje w konwencji fantastyki - podobnie jest z Katarzyną Michalak, która co prawda debiut ma już dawno za sobą, lecz była to twórczość zupełnie z fantasy niezwiązana. Pozycja była dość głośna, autorka określała ją mianem swojej ukochanej powieści, jej czytelniczki podzieliły się na zwolenniczki twórczości obyczajowej oraz fanki Gry….
Przeczytałam. Sprawdziłam na własnej skórze. Żałuję.
Mimo najszczerszych chęci nie znalazłam w Grze o Ferrin niczego godnego polecenia. Zacznijmy może od nakreślenia fabuły – główna bohaterka, Karolina, po tragicznej śmierci siostry bliźniaczki przenosi się do świata znanego z opowieści cioci. Tam staje się Anaelą dell'Idarei, Pierwszą z tajemniczej przepowiedni. Mówiąc w skrócie – ma ocalić krainę zwaną Ferrinem. Jak – diabli wiedzą.
Można powiedzieć, że Gra o Ferrin zawiera wszystkie elementy stereotypowo przypisywane kiepskiej fantastyce: mistyczną krainę zamieszkaną przez osoby o niewymawialnych imionach, heroinę romansu przepełnioną supermocami aż po czubki palców oraz absolutny brak logiki wydarzeń. Co mam na myśli, mówiąc o niewymawialnych imionach? Na przykład Sellinarisa WeddSa’arda, władcę Darrakii. Nie wiem, jak powinno się czytać tę powieść, by nie mieć problemów z ogarnięciem, kto jest kim. Możliwe, że solidne notatki byłyby do tego niezbędne. Bohaterów jest całe mrowie…i tyle. Oni po prostu są. W większości zostali całkowicie wyprani z charakteru czy indywidualnych rysów, charakteryzuje ich tylko jedno – stosunek do głównej bohaterki. Otóż możemy wyróżnić trzy grupy postaci – tych, którzy Anaelę kochają, tych, którzy jej nienawidzą i tych, którzy kochają, choć chcieliby nienawidzić.
Sama Anaela mogłaby robić za encyklopedyczny wzorzec Mary Sue. Posiada supermoce, z których niespecjalnie umie korzystać, gdy uczy się magii, wystarcza jej na to raptem tydzień, choć inni potrzebują lat. Zakochują się w niej wszyscy mężczyźni, których spotyka na swej drodze, wrogowie wariują z nienawiści, skutkiem czego wszyscy potrafią porzucić swoje plany, byle uganiać się za niezwykłą Anaelą – by ją zabić lub by obcować z nią chociaż przez chwilę. Choć w świecie, do którego nasza bohaterka trafiła, trwa okrutna, krwawa wojna, właściwie mało kto o tym pamięta. O wiele ważniejsze jest zaciąganie panny dell'Idarei do łóżka (za jej przyzwoleniem lub bez niego), ratowanie jej z rąk gwałcicieli bądź próby wyeliminowania jej. Sama Anaela okazuje się niesamowitą mimozą – nie sposób zliczyć, ile razy w czasie fabuły została porwana, uwięziona czy oszukana, z wyraźnym znużeniem daje się uprowadzać kolejnym bandom, ledwo dbając o to, czy akurat znajduje się w rękach dobrych czy złych. Zresztą, może nawet nie odczuwać różnicy, gdzie nie trafi, spotyka mężczyznę niezdolnego do miłości, który zapałał do niej uczuciem od pierwszego wejrzenia.
Brak logiki w postępowaniu bohaterów, wszystkich jak leci, po prostu boli. Nie da się czytać Gry o Ferrin, nie zgrzytając przy tym zębami. Narrator nawet nie próbuje udawać, że postaci wiedzą, po co coś robią. Miotają się jak głupie między krajami tak, aby Anaela miała kogo w sobie rozkochiwać. Choć wszyscy z nabożną czcią padają na kolana przed jej wielką mocą, tak naprawdę pannica wymaga nieustannej opieki… i przede wszystkim myślenia za nią. Sama ładuje się w kłopoty z godnym podziwu uporem, który ciężko podsumować inaczej niż: „na złość tacie złamię sobie nogę”. Cokolwiek nie działoby się wokół niej, reaguje z niezadowoleniem i tupie nóżką. Gdy obok umierają ludzie, ona wybrzydza na kolory sukni, poza tym notorycznie ryzykuje życie swoje i swoich przyjaciół. Co gorsza, szaleństwo ogania też innych bohaterów, nawet epizodycznych. W pewnym momencie Katarzyna Michalak uracza nas sceną wyrzynania miasta. Mieszkańcy trzymają się twardo, choć ziemia spływa krwią ich bliskich. Dopiero gdy ci źli zaczynają biczować Anaelę (notabene współwinną rzezi), otrzymujemy opis mdlejącej kobiety. Co tam śmierć rodaków, kiedy Mary Sue cierpi!
Autorka Gry o Ferrin absolutnie nie potrafi robić użytku z grozy i śmierci. Wykańcza bohaterów tak masowo, że trudno im współczuć. Pierwsze ukłucie żalu poczułam może w trzech czwartych powieści, wcześniej egzekucje i gwałty spływały po mnie jak woda po kaczce. Po prostu nie dało się ich przeżyć – bo jak współczuć papierowym postaciom opisywanym drętwym językiem?
Właśnie… język to kolejna słaba strona Gry o Ferrin. Autorka miesza pełne patosu i poezji opisy, takie jak „mroczne jak Tartar dusze” czy „włosy szare jak zmierzch”, by za chwilę poinformować, że ktoś „zogniskował na czymś wzrok”. Poza tym zwyczajnie nie radzi sobie z narracją. Potrafi pomylić gwałcącego z gwałconą, a w jednej z początkowych scen Karolina-Anaela opłakuje nie swoją siostrę, a osobę podobną do niej jak siostra. Chwilę później czytelnik oczywiście dowiaduje się, że zmarła rzeczywiście była bliźniaczką bohaterki – ale dlaczego ta myślała o niej jak o kimś obcym?
Język Katarzyny Michalak rozkłada też na łopatki kolejną porcję scen – scen seksu. Te pojawiają się zwykle na siłę, często nie wiadomo skąd, a przywodzą na myśl skrzyżowanie kiepskiego harlequina z tanim porno. Przodują tu sceny z udziałem Agnessy de Sade, choć zbliżenie Sellinarisa i Bereniki niemal im dorównuje.
Poziom dialogów nie odbiega od poziomu narracji. Bohaterom brak cech charakterystycznych, wszyscy (bez względu na pochodzenie) przeklinają, używając tego samego powiedzonka. Pojawia się wyłącznie jedna postać, którą można odróżnić od pozostałych... ponieważ przedłuża każde "r". I nic ponad to. W dialogach mieszają się formy per ty, wy i pan, wypowiedzi chwilami są mocno archaizowane i udziwniane, by zaraz potem przejść niemal w slang. Brak w tym jakiegokolwiek porządku czy planu. To dla mnie niemal bolesne, że pisarz do tego stopnia może ignorować język – czyli główne tworzywo, którym operuje.
Sama intryga jest tak zaplątana, że podziwiam autorkę za to, iż nie pomyliła się w pisaniu. Akcja chwilami wlecze się niemiłosiernie (wtedy otrzymujemy całe garści przemyśleń Anaeli), by zaraz potem oszałamiająco przyspieszyć. Wszyscy zdradzają wszystkich, nikt nie jest tym, kim wydawał się na początku, a każdy, ale to każdy bohater ma mroczne tajemnice, zaś skoligaceni są ze sobą tak, iż ród Forresterów może się czuć zagrożony. Gra o Ferrin to istna Moda na sukces, tyle że udająca fantasy. Nie brak też absurdów - dowiadujemy się, że Anaela uczęszczała na Ziemi do Szkoły Czarownic... i tyle. Autorka nie poświęca temu wydarzeniu najmniejszej uwagi, choć kilkadziesiąt razy rozpływa się nad odcieniem oczu dziewczyny.
Pewną nadzieję niósł w sobie jeden wątek – grających o życie bohaterów Zła i Zdrady (gdyby nie patos przelewający się między zdaniami, nawet dałoby się to czytać z pewną przyjemnością). Ba, pojawiały się tam nawet ciekawe przejawy poczucia humoru (którego w reszcie książki ze świecą szukać, o ile nie liczyć momentów, kiedy głównej bohaterce np. zadarła się kieca i wszyscy mogli sobie obejrzeć jej gołą pupę). Niósł, ale została ona pogrzebana, gdy okazało się, kim tak naprawdę są istoty, z początku wydające się bogami. Rozczarowanie było wprost proporcjonalne do potencjału, którego doszukiwałam się w scenach tego niezwykłego hazardu.
Dopiero pod koniec Gry o Ferrin można natrafić na coś, co wybije się spośród powszechnej cienizny dzieła (o ile oczywiście ktoś dobrnie tak daleko). Są to retrospekcje, wyjaśniające losy większości bohaterów. Na szczęście nie ma wśród nich Anaeli, może dlatego historia staje się znośniejsza. Choć wydarzenia są naciągane i przesadzone, to muszę przyznać, że nawet dało się poczuć cień sympatii do niektórych postaci oraz pewne zainteresowanie fabułą. Niestety, retrospekcje dobiegają końca, wraca Anaela wspaniała i tendencja zwyżkowa bierze w łeb. Samo zakończenie jest natomiast tak kiepskie, że mimo fatalnego poziomu całości i tak byłam nim zaskoczona. W zasadzie naprasza się skojarzenie z filozofowaniem rodem z Paolo Coehlo... ale jego książki mają jednak wyższy poziom.
Zdarza mi się stwierdzać o pewnych książkach, że może są fatalne, ale przynajmniej cieszą oko. Gra o Ferrin się do nich nie zalicza. Okładka powieści jest zwyczajnie brzydka, wydanie pozostawia wiele do życzenia (czcionka tytułów rozdziałów gryzie się według mnie z czcionką tekstu), opis książki na jednym skrzydełku nie ma nic wspólnego z treścią powieści, a opis autorki na drugim jest równie nadęty jak przedstawienie Anaeli. Największą zaś perełką jest... czwarta strona okładki. Na rażącym różowym tle otrzymujemy dwie opinie na temat książki i komentarz wydawcy. Tej ostatni pisze: "Czy [Katarzyna Michalak] jest w stanie skutecznie rywalizować z samym Andrzejem Sapkowskim? Entuzjastyczne opinie pierwszych czytelników jej książki wskazują, że tak", co pozwolę sobie zostawić bez komentarza. Opinie natomiast są niezwykle ciekawe. Jedna została podpisana "Jagoda", a druga "R.P. (pisarz fantasy)"... Czyżby ci zachwyceni czytelnicy aż tak się wstydzili umieszczenia swoich nazwisk na okładce Gry o Ferrin?
W podsumowaniu mam do napisania chyba tylko jedną rzecz. Przykro mi. Z końcowych akapitów książki wynika, że jest ona dla jej autorki bardzo ważną pozycją (choć kiepsko, kiedy ktoś do tego stopnia miesza swoją twórczość z życiem…), a nie da się powiedzieć o niej dobrego słowa. To, że autor kocha swój tekst, to jeszcze zbyt mało, by warto go było komukolwiek polecić. Naprawdę jestem w niemałym szoku, że Gra o Ferrin została wydana – a przecież wydawnictwo zapowiada cztery kolejne tomy! (Jeśli kiedyś po nie sięgnę, to tylko po to, żeby przekonać się, jak Katarzyna Michalak poprowadzi akcję po wyrżnięciu większości bohaterów i zamkniętym zakończeniu.) Ciężko krytykować coś tak komuś bliskiego (a uwierzcie mi, ta recenzja i tak jest poddana silnej autocenzurze… Niestety, żeby wyrazić emocje miotające mną w czasie lektury musiałabym być bardzo, ale to bardzo wulgarna)… ale przykro mi. Kto decyduje się na wydanie swojej twórczości, wystawia się na krytykę. Ta powieść nie jest słaba, jest fatalna. Może lepiej byłoby (dla autorki i czytelników), gdyby ukochane dziecko trafiło do szuflady?
Anna Tess Gołębiowska

autor: Katarzyna Michalak
tytuł: Gra o Ferrin
wydawnictwo: Wydawnictwo Albatros. A. Kuryłowicz
oprawa: miękka ze skrzydełkami
ilustracja okładkowa: Jacek Kopalski
data wydania: 2010
miejsce wydania: Warszawa
ISBN: 978-83-7359-967-3





















































Odpowiedzi
Jak się cieszę że nie
Jak się cieszę że nie dostałam tej książki do recenzji... Tess, podziwiam Cię że dałaś radę przez to przebrnąć :D
Czyli ksiażka to cienizna
Czyli ksiażka to cienizna gorsza od piwa bezalkoholowego... ale pomyślcie o tym jaka może być jej parodia!
Ta książka parodiuje sama
Ta książka parodiuje sama siebie, w tym problem... ;-)
Podobno da się napisać
Podobno da się napisać parodie parodii :P
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Tutaj dałoby sie napisać :P
Tutaj dałoby sie napisać :P wystarczyłaby jedna zgryźliwa postać, najlepiej jako siostrunie pseudo-bohaterki, jedyna rozsądnie myślacą osobę w całej historii, chociaż niepozbawioną wad. hmm, na przykład odnosząc sie do scen erotycznych: po dramatycznej, efektownej i mdło-romantyznej ucieczce siostruni z panem Y, X ukryła sie w szafie. Jako, że ją ta aura siostrzanej skłonności pakowania sie w potworne terapaty będace zwykle wynikiem totalnego bezmózgowia połączonego z naiwnościa, która właśnie osiagała masę krytyczną wyzej wymienionej nie obejmowała zakochana para, tudzież 'nadobna niewiasta z kolejnym szeregowym, rozgorączkowanym żarem uczucia zalotnikiem', zapomniała o niej. Co prawda X mogłaby uciec, ale znając życie, a raczej swoja nieżyciową siostrę, ta po odbyciu kopulacji z kolejnym adonisem, odwaleniu jakiejś romantyczno-dramatycznej sceny przypomni sobie o niej i tu wróci, by wpaść znowu w jakąś 'chytrą', ale na jej poziom inteligencji za chytrą pułapkę. Prościej było zostać na miejscu niż mijać się z nia i z powrotem tu wlec w asyście innego zabujanego męża stanu. zresztą zauważyła,że 'ci źli' to podobnie jak jej siostra skończeni idioci, więc raczej nie miała się czego obawiać - chyba, że idiotyzm był zaraźliwy. Nagle do sypialni, wpadli... (tu jakaś para 'tych złych' i długawy opis kopulacji przy trzymaniu się stylu autorki). W normalych warunkach X byłaby zażenowana z lekka oraz zniesmaczona tym połączeniem taniego pseudoteatru z porno dla ubogich. Jednak jako że warunki były dalekie od normalnych, a znając życie w jej świecie było sporo osób, które miały zdanie na temat przedstawień, jakie było dane jej obejrzeć nakręciła wszystko telefonem komórkowym. Coś jej mówiło, ze jeżeli odpowiednio poprzemieszcza się pomiędzy sypialniami i ich szafami, to w przyszłości dorobi się niezłej mamonki sprzedajac 'wysublimowane porno w konwencji fantasy' przez internet.
I tak cała książkę, przemieszczając się pomiędzy 'oryginalnym stylem' autorki - niby fragmenty pisane serio, a zjadliwymi komentarzami pobocznego obserwatorki, która nie ma obiekcji przed wykorzystaniem płytkości, głupoty i bezbarwności otoczenia np: podchrzaniając amantom siostry różnorakie kosztowności 'byli zbyt niedomyślni aby sprawdzić co ma w kieszeniach. gdy było się siostrą głównej heroiny i należało do obozu usiłującego ja utrzymać przy życiu, można było ukraść pół zamku, wymordować pół wioski i i tak nikt nie zorientowałby sie'
sorka za obszerność, błędy etc :P
Ty mnie chyba poważnie
Ty mnie chyba poważnie podpuszczasz! :D
Parodia, satyra i powaga? :P
Parodia, satyra i powaga? :P :D
< unosi oczeta do góry i gwiżdże :P >
Aż czuć frustrację z
Aż czuć frustrację z konieczności czytania książki.
Aż trudno uwierzyć, że ktoś
Aż trudno uwierzyć, że ktoś zdecydował się wydać coś tak nędznego...
________________________________________
Czarodziejka gorzałka tańczyła w nas...
A mi wcale nie trudno
A mi wcale nie trudno uwierzyć sądząc po nazwisku i dotychczasowym dorobku autorki i po gustach pewnego grona młodych czytelniczek.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Ja napiszę precyzyjniej, w
Ja napiszę precyzyjniej, w imieniu swoim, a może i Gotana - mi trudno uwierzyć, że wydano jej wcześniejsze książki. Prezentują podobny, nieczytalny poziom (choć ta jest chyba najgorsza).
Z drugiej strony... domyślam się jednak, dlaczego tak było. Na przykład dlatego, że autorka władowała kilkadziesiąt tysięcy w piosenkę i teledysk promujące pierwszą książkę, a potem zaniosła do wydawcy razem z maszynopisem. Po takim wstępie mógł założyć, że nie musi kiwnąć palcem, już ona zrobi wszystko, żeby książka się sprzedała. A na czym innym ma mu zależeć?
W dodatku, jak na obyczajowe romansidła, książki miały naprawdę chwytliwe tytuły.