Kamienna Ćma (Paweł Matuszek)
Debiut Pawła Matuszka to książka z rodzaju tych, na które nie czekam: nie śledzę najświeższych doniesień, publikowanych tu i ówdzie fragmentów ani wypowiedzi autora, bywa nawet, że na księgarskich półkach mój wzrok omija takie tomy w poszukiwaniu ciekawszych tytułów. Kiedy jednak usłyszałem krótki opis Kamiennej Ćmy i kilka opinii na jej temat, od razu wiedziałem, że chcę ją mieć. Zaś po lekturze utwierdziłem się w przekonaniu, iż był to dobry zakup.
Matuszek stworzył książkę nietypową zarówno pod względem formalnym, jak i treściowym; na wstępie odrzuci ogromną część czytelników, a po kilkunastu stronach zniechęci tych, którzy jakoś przeszli wstępną selekcję. Można Kamienną Ćmę potraktować jako przejaw snobizmu, fanaberię stworzoną na zasadzie: „a teraz pokażemy, kto jest prawdziwym smakoszem literatury, a kto wcina fast foody”, jednak – w moim mniemaniu – byłoby to bardzo krzywdzące zarówno dla powieści, jak i autora. Ja sam – mimo mojej alergii na elitarność i obrzucanie błotem popkultury – jestem świadom, że książka nie każdemu przypadnie do gustu. I to nie z powodu tego, iż jest napisana hermetycznym językiem czy zamotana bardziej niż finanse ZUS-u, ale właśnie dlatego, że jest inna, że zrywa z przyzwyczajeniami czytelnika, zbudowanymi na dziesiątkach powieści. A mimo to dostarcza zarówno satysfakcji, jak i refleksji czy rozrywki.
Owa inność dotyczy tak treści, jak i formy – choć mam nieodparte wrażenie, iż w przypadku Kamiennej Ćmy rozgraniczenie tych dwóch płaszczyzn jest zbyt upraszczające, a wręcz zubażające; wszak powieść wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby wydrukować ją „po bożemu”. Jeden z moich wykładowców zwykł mawiać (co prawda w odniesieniu do dzieła filmowego), iż „wszystko jest znaczące”. Podobnie jest z powieścią Matuszka: fakt, iż inną czcionką wydrukowane są kwestie Tyfona, Baddeosa czy Knalba, nie jest bez znaczenia. Zabieg taki nie tylko dostarcza czytelnikowi dodatkowych informacji (pozwalając mu na dojście do pewnych faktów, zanim nawet odkryje je bohater), ale także buduje klimat niezwykłości i pewnego wyobcowania. No i – koniec końców – po prostu wygląda znakomicie. Nieprzypadkowa jest także obecność książeczki dla dzieci, umieszczonej mniej więcej w połowie powieści. Z początku może wydawać się ekstrawagancją czy nawet zapchajdziurą (bo inni pisarze jakoś radzą sobie z opowiadaniem bajek i nie potrzebują do tego obrazków!), jednak każdy, kto przeczyta powieść, z pewnością zgodzi się, iż taki zabieg doskonale pasuje do całej historii i stanowi element, który spaja inne kawałki układanki. Przy okazji bajka wygląda bardzo ładnie i sama w sobie stanowi ciekawy tekst. Wszystkie te zabiegi formalne mocno zbliżają Kamienną Ćmę do liberatury, podnosząc tym samym wartość powieści, równocześnie jednak – mam wrażenie – mocno zawężając pole odbiorców. Tyczy się do zresztą także okładki: sama w sobie jest ładna, ale nieodmiennie kojarzy mi się raczej z książkami dla dzieci (choć dopuszczam możliwość, iż autor już na tym etapie założył u czytelnika konieczność przedzierania się przez iluzję – jeśli tak, to gratuluję pomysłu).
Jednak nie tylko od strony formalnej debiut Matuszka zaskakuje i ciekawi. Pisarz snuje bowiem opowieść, którą buduje z klocków znanych i ogranych, jednak całkowicie je przekształca, wodząc czytelnika za nos. Gdyby próbować streścić Kamienną Ćmę w jednym zdaniu, można by rzec, iż jest to historia tajemniczego człowieka – Baddeosa – który nie wie nic na temat swej przeszłości i celu egzystencji i który – wraz ze swoim mechanicznym przyjacielem, Tyfonem – rusza w podróż, aby te niewiadome odsłonić. Czytelnik otrzymuje tym samym wszystkie składniki potrzebne do uformowania wciągającej opowieści inicjacyjnej: wielką tajemnicę, zadanie do wykonania, powiększającą się grupę towarzyszy, dziwaczne miasta wymykające się ludzkiej logice, nie zawsze przyjazne rasy, mit o dawnych mieszkańcach planety, którzy ruszyli do gwiazd... Dla Matuszka wszystko to jest jednak tylko fasadą, za którą ukrywa się zawartość nieporównanie ciekawsza i bardziej skomplikowana. Będąc złośliwym, można by powiedzieć, iż Matuszek wpuszcza czytelnika w maliny, wywracając jego oczekiwania do góry nogami – bowiem wcześniej czy później autor zaneguje i zakwestionuje to, co można było uważać za pewnik, odsłoni kolejny poziom, do którego wejście jeszcze chwilę temu było szczelnie zamknięte.
Sam autor stwierdził, iż inspiracją do pisania Kamiennej Ćmy były teksty zen, co da się łatwo zauważyć w nacisku, jaki jest położony na aspekt samopoznania, samoświadomości i ponownego odkrycia tego, co było zawsze, lecz zostało zapomniane; w kolejnych stopniach na drodze do osiągnięcia pierwotnej wiedzy. Jednak ci, którzy nie są zaznajomieni z tego typu literaturą, nie muszą się obawiać – powieść nie jest tekstem „jednej sztuczki”, wręcz przeciwnie – otwiera się na wiele interpretacji. I wytrychem w tym wypadku nie musi być filozofia Wschodu, ale choćby i nasza, europejska; można doszukiwać się podobieństw między sytuacjami, w jakich znajduje się Baddeos a dialogami platońskimi, gdzie do prawdy również dochodzi się poprzez rozmowę, a środkiem ku temu nie są udzielane odpowiedzi, ale właściwie zadawane pytania. Owa prawda (czy też Prawda) nigdy jednak nie zostanie odkryta do końca, całkowicie: proces jej odsłaniania zawsze będzie wiązał się z zakryciem innej części. Zawsze coś pozostanie poza zasięgiem wzroku – czasem bohatera, a zdecydowanie częściej – czytelnika. Autor bowiem nie daje drogowskazów, nie rzuca okruszków chleba; nie wyjaśnia, jak działa świat, nie dekoduje go, wymagając od odbiorcy, by poruszał się w labiryncie iluzji i złudzeń, by dążył do samopoznania razem z bohaterem, ale nie kroczył za nim niewolniczo. Tym samym cały czas powątpiewamy we wszystko: w to, co czytamy, w postacie, o których wiemy niewiele i które nie wiadomo, czy zawsze życzą Baddeosowi dobrze, w następujące po sobie rozmowy, dostarczające kolejnych kawałków układanki, wreszcie w nasze interpretacje, które mogą być prawdziwe lub zupełnie bezsensowne, ślizgające się ledwie po powierzchni rzeczy. Ta niepewność towarzyszy czytelnikowi aż do końca, rodząc wciąż nowe pytania, na które jednak musi on sobie odpowiedzieć sam.
Kamienna Ćma to dziwna książka – ale dziwna w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Wymyka się jednoznacznym klasyfikacjom, zaskakuje i zmusza do myślenia, co jest jej największą zaletą, ale i pewną wadą. Zaletą, ponieważ będzie stanowić wyzwanie i dobrą strawę dla ludzi lubiących nowości, osób o otwartych umysłach, chętnych, by spróbować czegoś innego. Wadą, ponieważ sama kurczy w ten sposób swój krąg odbiorców, skazując siebie na żywot niszowej ciekawostki. A szkoda, bo to bardzo interesująca powieść, która zasługuje na to, by się z nią zapoznać, pogłówkować nad nią, a koniec końców – także polubić.
Piotr "Vivaldi" Sarota

autor: Paweł Matuszek
tytuł: Kamienna Ćma
wydawnictwo: MAG
data wydania: 2011
miejsce wydania: Warszawa
oprawa: twarda
projekt okładki: Irek Konior
ISBN: 978-83-7480-217-8
liczba stron: 258
format: 135 x 202 mm
cena: 35 zł



















































