Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
portret użytkownika Salantor
portret użytkownika Lorelay
W tej chwili stronę przegląda 3 użytkowników i 1 gość.

Strona główna

Kod nieśmiertelności

Duncan Jones wejście do filmowego światka miał mocne. Zrobiony za niewielkie (wręcz psie) pieniądze Moon okazał się dramatem SF o wysmakowanej warstwie plastycznej, ze znakomitym aktorstwem i subtelnie poddanymi pytaniami dotyczącymi etyki, moralności i ludzkiej egzystencji. Film – daleki od wysokobudżetowych, efekciarskich produkcji Cremona czy Baya – okazał się sukcesem i otworzył reżyserowi wrota do dużych projektów i dużej kasy. W takich wypadkach zawsze istnieje niebezpieczeństwo, że twórca zarzuci ambicje na rzecz kasowych widowisk i filmów stricte gatunkowych. Patrząc na Kod nieśmiertelności można by dojść do wniosku, że Duncan tak właśnie uczynił, choć w tym wypadku nie jest to takie oczywiste.

Trzeba jednak przyznać, że początek sugeruje taki właśnie scenariusz. Oto bowiem w pierwszej scenie widzimy bohatera (nieco sztywny, choć ujmujący Jake Gyllenhaal), który budzi się nagle w pociągu całkowicie zdezorientowany. Nie ma pojęcia gdzie jest, co się dzieje i dlaczego siedząca obok dziewczyna (całkiem niezła, mimo trudnej roli Michelle Monaghan) mówi do niego Sean, podczas gdy on uparcie twierdzi, że nazywa się Colter Stevens i jest żołnierzem odbywającym misję w Afganistanie. Nim jednak cokolwiek udaje się wyjaśnić, pociąg eksploduje, a Stevens przenosi się do tajemniczego „sarkofagu”, gdzie kontaktująca się z nim Goodwin (znakomita Vera Farmiga, idealnie pasująca do roli) stara się wyciągnąć z niego informacje na temat zamachu, miejsca ukrycia bomby i tożsamości zamachowca, całkowicie ignorując pytania o to, gdzie się znajdują. Początkowo wszystko wydaje się symulacją, ale w niedługim czasie prawda okazuje się zdecydowanie bardziej skomplikowana: Colter uczestniczy bowiem w tajnym projekcie, w którym jego świadomość zostaje przeniesiona do umysłu człowieka zabitego w czasie eksplozji pociągu. Stevens raz za razem powraca do tych chwil, mając dokładnie osiem minut na zapobieżenie wybuchowi i zlokalizowanie zamachowca, szykującego kolejny pokaz swoich umiejętności.

Krótki rys fabularny wskazywałby na to, że mamy do czynienia z gatunkowym miksem filmu sensacyjnego i SF, wykorzystującym znany motyw pętli czasowej i ciągłego powrotu (tak, jak w Dniu Świstaka) i podlany odrobiną fantastycznego sosu spod znaku Phillipa K. Dicka. I byłoby w tym sporo racji: proces poszukiwania zamachowca wypełnia większą część filmu. Obserwujemy Coltera, który z każdym kolejnym przeniesieniem sprawdza kolejne możliwości, obserwuje pasażerów, daje się ponieść swoistej paranoi a nawet rasowym stereotypom, dążąc w tych ośmiu minutach do osiągnięcia celu, jakim jest rozbrojenie bomby i znalezienie terrorysty. Ta linia fabularna obfituje w mniejsze lub większe zwroty akcji, zaskoczenia i rozczarowania, jest też dość mocno zakorzeniona w hollywoodzkim schemacie kina sensacyjnego (z koniecznym wątkiem miłosnym napędzającym akcję), choć nie podąża za nim niewolniczo.

Jednak w Moon Jones pokazał, że nie interesuje go tylko rozrywka, nawet jeśli zrealizowana jest na wysokim poziomie; jego najnowsze dzieło nie ma oszałamiać efektami, wciskającymi widza w fotel. Tak jak w poprzednim filmie, reżyser przemyca do Kodu nieśmiertelności kilka refleksji dotyczących postaw moralnych i statusu jednostki wobec establishmentu, budując skomplikowany system relacji między bohaterami. Wystarczy wziąć najbardziej oczywisty przykład – związek między Colterem, Goodwin, a prowadzącym projekt dr Rutledgem (diaboliczny i zimny Jeffrey Wright): ten ostatni jest typowym przedstawicielem establishmentu, nieco groteskowym technokratą, dla którego projekt „Kod nieśmiertelności” oznacza nie tylko możliwość zapobieżenia katastrofom, ale i ogromny prestiż, wobec którego problemy Coltera są absolutnie nieistotne. Goodwin tymczasem jest „ludzką twarzą” systemu, pośrednikiem między żołnierzem, a Rutledgem. Miota się miedzy wykonywaniem rozkazów a zwykłą, ludzką empatią wobec Stevensa, świadoma sytuacji, w jakiej znajduje się Colter. Jej finalny gest staje się więc wyzwoleniem bohatera – wyobcowanego, opuszczonego, traktowanego jako kolejny element mechanizmu, który ma zapobiec katastrofie. Nawet Christina, z pozoru sprowadzona do roli „nagrody dla harosa”, okaże się ważnym ogniwem w procesie dochodzenia bohatera do prawdy i rozwiązania jego relacji z ojcem. Nie wspominając o tym, że to właśnie ona jest motorem działań Stevensa, jego ciągłej przemiany i dążenia do jak najlepszego wykorzystania danych ośmiu minut. Jeśli dodać do tego ciągłe kwestionowanie statusu rzeczywistości – wszak nikt nie ma pewności, czy świat wytworzony przez „Kod nieśmiertelności” nie jest prawdziwy – otrzymujemy film, który stara się być czymś więcej, niż tylko prosta rozrywką.

Trzeba też zauważyć, iż Duncan podchodzi dość ironicznie do całego konceptu. Z jednej strony serwuje poważną historię, momentami chwytającą za serce, z drugiej raz za razem puszcza oko do widza, głównie za sprawą komentarzy Coltera i dialogów, jakie prowadzi z Christiną i Goodwin (choćby ten o ratowaniu świata), lub sposób, w jaki potraktował terrorystę. Reżyser daje również prztyczka w nos kinowym schematom, stereotypom, politycznej paranoi terroryzmu, afirmując małe szczęścia. W gruncie rzeczy bowiem Kod nieśmiertelności próbuje mówić o tym, jak wykorzystać swój czas, w jaki sposób zmienić siebie, naprawić to, co kuleje, odnaleźć radość życia. Brzmi to nieco infantylnie, ale Jonesowi udało się utrzymać to wszystko w ryzach i nie sprowadzić do poziomu banału czy kiczu (choć momentami jest bardzo, bardzo blisko). W połączeniu z zaskakującym finałem (niejednoznacznym i bardzo przewrotnym) robi to znakomite wrażenie.

Oczywiście znalazłoby się kilka elementów, które można kwestionować: zbyt pobieżne i powierzchowne potraktowanie wątku światów równoległych i odcięcie się od jakichkolwiek wyjaśnień tego tematu, groteskowość postaci negatywnych, przesłodzenie kilku scen, wreszcie moralna ambiwalencja, którą Jones wygrywa dość jednoznacznie – z pewnością znajdą się osoby, które z tych względów film odrzucą. Osobiście jednak polecam Kod nieśmiertelności jako produkcję niejednoznaczną, ciekawą, nieźle zagraną i stanowiącą dobrą przeciwwagę dla gromady efektownych wydmuszek z masą wybuchów. Co prawda ostatecznie nie dorównuje Moon pod względem klimatu, ale poznać warto.

Piotr "Vivaldi" Sarota

Tytuł polski: Kod nieśmiertelności
Tytuł oryginalny: Source Code
Produkcja: USA, Francja
Czas trwania: 94 minut
Premiera: 2011

Obsada

Jake Gyllenhaal - Colter Stevens / Sean Fentress
Michelle Monaghan - Christina Warren
Vera Farmiga - Colleen Goodwin
Jeffrey Wright - Dr Rutledge
Cas Anvar - Hazmi
Russell Peters - Max Denoff
Michael Arden - Derek Frost

Produkcja

Reżyseria: Duncan Jones
Scenariusz:Ben Ripley
Muzyka: Chris P. Bacon
Zdjęcia: Don Burgess
Montaż: Paul Hirsh

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi