Kolory sztandarów (Tomasz Kołodziejczak)
Pisanie militarnej powieści sci-fi to, przynajmniej według mnie, wyjątkowo upierdliwa rzecz. Szczegółów, na które trzeba zwrócić uwagę, które muszą ze sobą współgrać jest zdecydowanie więcej niż w takiej na przykład fantasy. Bohater powinien być niezwykle sprawny, przebiegły i przygotowany na każdą ewentualność, ale przy okazji wypada, by pozostał wiarygodny. Sprawny żołnierz, ale nie Rambo. Co dalej? Musi być akcja, w końcu to powieść o walce. Strzelaniny, wybuchy, ryzykowne operacje wojskowe, efektowne zasadzki - niczego nie powinno zabraknąć. Ale trzeba pamiętać, żeby powieść nie składała się tylko z ciągu niekończących się kanonad i eksplozji. Akcja ma gnać do przodu, ale należy dać chwilę odpoczynku, mały twist fabularny, dramatyczny wybór, by historia nie była monotonna. No i nie można pozwolić, żeby główny wątek rozpłynął się w czczej gadaninie o niczym.
Jeszcze emocje. Ma być ich dużo: gniew, przerażenie, rezygnacja, smutek i rozgoryczenie. Wszystko odpowiednio dozowane, żeby przypadkiem nie zrobić z tego ckliwego wyciskacza łez. Do tego jeszcze nieco klamotów dla fetyszystów broni i technologii wszelakiej, ale nie za dużo, by nie zniechęcić zwykłych czytelników. Potem jeszcze to poskładać, zadbać o wiarygodność i postarać się, aby wszystko trzymało się kupy. Proste, prawda?
Osobiście nie przepadam za tego typu powieściami, bo w większości przypadków ich autorzy przeginali w którąś stronę: albo za dużo akcji, albo bohater imbecyl, albo nuda wylewała się z kart książki i waliła obuchem w łeb. W przypadku Kolorów sztandarów o żadnym z wymienionych baboli nie ma mowy. Powieść autorstwa Tomasza Kołodziejczaka to solidne, mięsiste sci-fi, pełne akcji i wyzwalające wielkie emocje.
Fabuły nie da się nazwać odkrywczą: na planecie Gladius od kilkunastu lat trwa walka z najeźdźcami. Cele obcych, zwanych korgardami, pozostają nieznane. Znane są natomiast ich działania: masowe porwania ludzi, zakończone całkowitym zniszczeniem miast i niewysłowiona groza im towarzysząca. Ludzkie wojsko przez lata mogło co najwyżej złorzeczyć agresorom, niezdolne wyrządzić im krzywdy. Lecz w końcu pojawił się płomyk nadziei na odkrycie zamiarów korgardów i być może ich unicestwienie. Powołano tajny zespół operacyjny do zadań specjalnych, w którym znalazł się także Daniel Bondaree, były tanator. Wraz z innymi żołnierzami, zgodził się zaryzykować życie dla uratowania swego świata. Jednak, jak się niedługo okaże, obcy nie są największym zmartwieniem wojsk Gladiusa, a gładka mowa może wyrządzić szkody większe od wiązki lasera. Daniel i reszta żołnierzy zostanie postawiona wobec iście tragicznego wyboru…
Cieszy mnie bardzo, iż Kołodziejczak zdecydował się nie ograniczać fabuły li tylko do wątku walki z kosmitami, ale obudował go jeszcze licznymi powiązaniami z sytuacją społeczną, kwestiami politycznymi i przemianami ustrojowymi. Dzięki temu historia krucjaty Daniela nie jest pojedynczym epizodem, zawieszonym w przepastnych przestrzeniach kosmosu, ale walką, która wynika z konkretnych uwarunkowań historycznych i zatargów osobistych, wyzwala przemiany społeczne i ma widoczny wpływ na całą sytuację geopolityczną w układzie słonecznym. Wojna z korgardami staje się więc nie tylko potyczką armii, ale także konfliktem postaw, wartości, filozofii i ustrojów. Konfliktem o tyle ciekawszym, że w dużej mierze czerpie on inspirację z historii Europy. Uważny czytelnik bez większych problemów dostrzeże te powiązania, niektóre zakamuflowane, inne podane niemal wprost, odnoszące się bezpośrednio do określonych zdarzeń, bitew czy procesów. Osobiście uważam to za ogromny plus, (bo pokazuje, jaka siła tkwi w zastosowanej konwencji, a radość z odnajdywania takich odwołań stanowi dodatkowy walor), choć przyznać trzeba, że użyta perspektywa nie pozwala nawet na moment mieć wątpliwości, kogo powinniśmy darzyć sympatią. Sama opowieść zaś płynie potoczyście, nie pozwalając nawet na chwilę wytchnienia, racząc czytelnika licznymi zwrotami akcji i nagłymi przyspieszeniami, nie tracąc jednak ani na moment spójności czy napięcia, bardzo sprawnie zresztą budowanego.
Atutem Kolorów sztandarów są bohaterowie. Mimo dość schematycznej konstrukcji i nie zawsze pogłębionej psychologii są zbudowani w taki sposób, iż trudno się z nimi nie utożsamić, nie zgodzić z ich działaniami, nawet jeśli nie do końca są one humanitarne. Obserwując pułkownika Rittera, Puchatka czy Forbiego na drugi plan schodzi ich jednowymiarowość, chłonie się zaś odwagę, podziwia poświęcenie dla sprawy i cierpienie, jakie staje się ich udziałem. Dotyczy to także Daniela – tanatora, wykonawcę prawa, któremu zdarzało się być sędzią, oskarżycielem i katem. Można narzekać na jego „idealność”: zdecydowanie, nieustępliwość, wierne trwanie przy swych ideałach nawet w chwili, gdy cały jego świat się wali i zdolność do podejmowania zawsze słusznych decyzji, nie można jednak przejść obojętnie wobec jego wewnętrznej siły, poczucia honoru, które każe walczyć do końca i dramatu człowieka, którego zasady zostają całkowicie zgniecione przez brutalność nowego ładu. Na dobrą sprawę, tylko wątek miłosny przedstawia dla mnie pewien zgrzyt: jest niemal nieobecny przez większą część powieści, po czym nagle wyskakuje jak Filip z konopi i wali na odlew. Nie wiem, być może miał on podkreślać sytuację żołnierza, ale w moim odczuciu wygląda on mało wiarygodnie.
Świetnie natomiast wypadają opisy, niezależnie od tego, czy na tapecie znajdują się procesy stymulowania, jakim poddaje się żołnierzy, tajemnicze budowle korgardów lub skomplikowane urządzenia techniczne - wszystko przedstawione zostało bardzo sprawnie i plastycznie, z dużą swadą i bez epatowania nadmiernym efekciarstwem. Dotyczy to zwłaszcza potyczek: choć gwałtowne i dynamiczne, opisy pozwalają bez większych problemów wizualizować sobie ich przebieg, począwszy od przygotowań, poprzez piekło walk i błyski potężnych wyładowań energii, kończąc na podliczaniu strat i opłakiwaniu poległych. Właściwie tylko w jednym miejscu mam zastrzeżenia do tego aspektu: w prologu czytelnik jest bombardowany sporą liczbą terminów związanych z techniką i wojskowym wyposażeniem, co nie każdy może przeżyć, (choć ja skłaniam się ku myśli, iż to pewnego rodzaju test wstępny, na zasadzie: jeśli przetrzymasz, to możesz śmiało czytać dalej).
Jednak to, co najbardziej mnie urzekło w Kolorach sztandarów, to nawała emocji, jaka zwala się na czytelnika. Trudno jest pozostać obojętnym, patrząc na wysiłki żołnierzy Gladiusa, próbujących walczyć z najeźdźcą i jednocześnie zachować niezależność. Strach, gniew, niepewność towarzyszą nam na każdym kroku, gdy obserwujemy jak upadają kodeksy, bohaterowie zmieniają się w banitów, a nad wszystkim krąży widmo całkowitego zniewolenia ciała i ducha. Najbardziej wstrząsający jest sam finał, który czytałem w potwornym napięciu, targany tym samym gniewem i goryczą, co bohater. Kołodziejczak uderzył tutaj w naprawdę czułą strunę, i choć niektórzy mogą twierdzić, iż zrobił to z zimną kalkulacją (kto odkrył schemat, na którym oparł autor fabułę, zrozumie doskonale), ale nie można mu odmówić umiejętności w wykorzystaniu tego faktu.
Nie rozwlekając, krótko i po żołniersku mogę powiedzieć, iż Kolory sztandarów to znakomita powieść, trzymająca w napięciu i niosąca z sobą duży ładunek emocji. Dość rzec, iż książka w 1996 została nagrodzona Zajdlem, który – w moim odczuciu – należał się jej bez dwóch zdań. Naprawdę warto znać.
Piotr "Vivaldi" Sarota
dziękujemy wydawnictwu Fabryka Słów.

autor: Tomasz Kołodziejczak
tytuł: Kolory sztandarów
wydawnictwo: Fabryka Słów
data wydania: 2010
miejsce wydania: Lublin
oprawa: miękka
format: 125x195 mm
stron: 376
ISBN-13: 9788375742787
wydanie: II
cena z okładki: 32,90 zł




















































