Krakon 2011

    Fotorelacja z Krakonu:
    01.07.2011
    02.07.2011

    Dzień 1: Na początku był Chaos…

    Krakon jest konwentem z długą tradycją: kolejne edycje organizowano nieprzerwanie od połowy lat 90-tych aż do roku 2007. Od tamtego czasu gród Kraka pozostawał bez dużego konwentu fantastyki. Sytuacja taka była nie tylko dziwna, ale i niewłaściwa – do tego wniosku doszło grono osób, które postanowiło ten stan rzeczy naprawić. Dla mnie, jako krakusa, była to wiadomość bardzo dobra – wreszcie nie będę musiał tłuc się po całej Polsce, żeby sobie pobyć kilka dni w otoczeniu ludzi nie do końca zrównoważonych psychicznie (no chyba że za normalne uznać bieganie i okładanie się plastikowymi mieczami lub śpiewanie o elfach-gejach?). Od samego jednak początku coś kołatało mi pod czaszką, że w przypadku tej imprezy nie wszystko będzie świecić tak mocno jak feniks w konwentowym logo…

    Pierwsze wątpliwości naszły mnie przy okazji ogłoszenia miejscówki. Wola Duchacka to nie jest idealne miejsce na organizację imprezy kulturalnej, na której roi się od mangowych przebierańców i ubranych na czarno długowłosych fantastów – chyba że ktoś chce sobie zrobić bieg z przeszkodami przed dresami. No dobra, może przesadzam… nie zmienia to jednak faktu, iż okolice Kurdwanowa, Woli Duchackiej i Prokocimia to miejsca, w których – jak się mówi – najłatwiej dostać po mordzie. Zresztą temat ludności lokalnej o trójpaskowym ubarwieniu niejednokrotnie był podejmowany w rozmowach ochrony i zaopatrzeniowców.

    Ale okej – środek dnia, ciągle leje – wszyscy będą siedzieć w domu i raczej nic nie powinno się dziać (co prawda nie wiem, czy nie było żadnych kwasów, ale mnie nic się nie stało, więc może jednak trochę czarnego PR w tym gadaniu było). Dojeżdżam do szkoły (co nie było takie łatwe, bo rejon ten nie jest najlepszy pod względem logistycznym), wchodzę na jej teren i pierwsza przeszkoda: akredytacja. Przed drzwiami dość nieforemna kolejka i jeden ochroniarz starający się ogarnąć zbiegowisko – przyznam, momentami nieco kiepsko mu szło, ale ogólnie dawał radę, choć nieszczególnie trafionym pomysłem okazało się oddzielne wejście dla vipów/prasy (słabo oznaczone) i rozpoczęcie akredytacji dla ludzi bez przedpłaty o 15, czyli w momencie, gdy startowały prelekcje. Ale nic to, poszło nawet gładko i znalazłem się w środku, natychmiast otoczony przez stoiska wystawców. Wtedy też utwierdziłem się w przekonaniu, zrodzonym podczas czytania planu imprezy, że konwent był przeznaczony przede wszystkim dla graczy i mangowców. Chcecie kupić używane lub nowe gierki na PS3 lub XBoxa? A może kosteczki do gry, karcianki wszelkiego rodzaju, podręczniki do setek systemów lub wypaśne planszówki? A może jaracie się grami figurowymi i potrzebujecie nowych jednostek, plansz lub farbek? Nie ma problemu, znajdziecie tu tego pod dostatkiem! Może jesteście fanami mangi? Doskonale się składa! Dostaniecie tutaj wszystko: figurki dowolnej wielkości, zakładki, magnesiki i plakaty, tryliardy przypinek z ulubionymi bohaterami, kubki, szklanki i kufle, wallscrolle, poduszki z roznegliżowanymi panienkami, koszulki, krawaty, a nawet stringi, o takich banałach jak komiksy i filmy nie wspominając. Jesteście fantastami? Oj… wiecie co, tam w rogu macie taką księgarnię, trochę klasycznych komiksów, starych wydań klasyków i nieco nowości, w 90% pochodzących z jednego wydawnictwa… Trochę dziwi taki brak równowagi, ale cóż, publika chce, publika ma.

    Wracając jednak do kwestii organizacyjnych: przy stoisku akredytacyjnym dla prasy dostałem ładną plakietkę z moim imieniem i nazwiskiem i napisem „prasa”... i tyle. Żadnych ulotek, przypinek, gadżetów – nawet informatora. Na pytanie o ten ostatni otrzymałem info, iż będzie o 15. No i fajnie, pomyślałem, szkoda tylko, że taka obsuwa. Po chwili jednak mina mi nieco zrzedła, gdy zerknąłem na mapkę konwentu. Rozumiem, że to nowa ekipa, nie wszystko jest dograne, zapewne były problemy i tak dalej, ale naprawdę – czy nie dało się dołożyć kilku groszy i nie pakować planu trzech pięter na jedną kartkę A4? Nawet i bez tego ogarnięcie się z rozkładem sal było dość kłopotliwe. Na szczęście po chwili załapałem system, na którym zbudowano plan i postanowiłem pójść na jakąś prelekcję (jako że nadal czekałem na spóźniony informator, co zburzyło mój zamiar krótkiego, rozpoznawczego wypadu). I wtedy jeszcze bardziej zrzedła mi mina: nikt nie wpadł na pomysł, aby wydrukować listy prelekcji i powiesić je na drzwiach do sal. Bez informatora nie dało się dotrzeć na konkretną prelekcję – a jak wspominałem, informator się spóźniał. W efekcie ten, kto nie wydrukował sobie tabelek podawanych na stronie konwentu, mógł o jakimkolwiek rozeznaniu zapomnieć. I kiedy wreszcie informator się pojawił, wszyscy rzucili się na niego łapczywie – mnie zaś nieco rozczarowała jego zawartość. Może i jestem marudą, rozpieszczonym książeczkami, w których są czytelne mapki i opis, gdzie można zjeść, i jeszcze info o panelach, ale fakt, iż dostaję cieniutki zeszycik, gdzie w trzech zdaniach opisano drogę do sklepu, a prelekcje z dwóch dni zmieszczono na jednej stronie, musi nieco irytować.

    Krakon opuszczałem nieco skonfundowany: spóźnionym informatorem, brakiem rozpisek, mapką, którą trzeba rozszyfrować, i niewielkim wyborem w księgarni, a także prelekcjami odbywającymi się w pustych salach… ale powiedziałem sobie, że to dopiero pierwszy dzień, że w kolejne będzie lepiej, ludzie się zamontują w środku i chaos się zmniejszy. Ależ naiwniak był ze mnie.

    Dzień 2: …a potem nic się nie zmieniło…

    Na drugi dzień konwentu stawiłem się niemal bladym świtem – czyli około godziny 10, gdy startować miały pierwsze prelekcje. Ponieważ miałem chwilę czasu przed planowanym panelem, zrobiłem sobie małą rundkę po terenie konwentu. Fajnie wyglądały stoiska, które dopiero zapełniały się towarem i już za kilka godzin miały zostać oblężone przez tłumy żądnych gadżetów konwentowiczów. Jednak tym, co mnie najbardziej ucieszyło, były rozpiski powieszone na drzwiach. Widać ktoś pomyślał o wygodzie uczestników. Nieco mniej spodobał mi się fakt, że już na dzień dobry część spotkań przesunięto na inny termin albo zupełnie anulowano, ale cóż – takie życie. W końcu jednak zegar wybił pełną godzinę i udałem się na wykład Jana Argasińskiego z Zakładu Tworzenia Gier UJ, który miał poopowiadać, jak wyglądają związki Gier Wideo i humanistów. Zanim jednak napiszę, jak sobie poradził, mała dygresja: ja rozumiem, iż absolwent jednej z największych polskich uczelni mający wspomnieć o możliwości studiowania na kierunku traktującym o tworzeniu gier nie jest żadnym celebrytą i helperzy wcale nie muszą mu powiedzieć, gdzie ma się odbyć jego prelekcja, zmuszając go do poszukiwań na własną rękę. Rozumiem, że na spotkania autorskie wybiera się największą salę, nie zawracając sobie głowy tym, iż pogłos w niej jest gigantyczny, a akustyka – mówiąc delikatnie – daje ciała. Jestem wreszcie w stanie przełknąć to, iż nikt nie wpadł na pomysł, aby sprowadzić jakiś mikrofon, i wszyscy kolejni prelegenci musieli się niemal wydzierać, by można ich było usłyszeć. Ale tego, że po wejściu do sali prelekcyjnej zobaczyliśmy kilka osób elegancko uwalonych na materacach, które to osoby urządziły sobie tam sleeproom – tego już, do ciężkiej cholery, zrozumieć nie potrafię. I żeby to tylko raz – ale nie! Ci ludzie tam leżeli i w piątek, i w sobotę i najwyraźniej mieli w głębokim poważaniu, iż ktoś przyszedł posłuchać wydawców i pisarzy, a nie porannych rozmów uczestników konwentu, którzy przed chwilą sobie wstali… A wracając do samego Argasińskiego – wypadł całkiem nieźle: mówił bez spinki czy akademickiej wyniosłości, dość rzeczowo, ale i przystępnie. Wskazywał na powiązania studiów nad grami z krytyką literacką, filmoznawstwem czy historią sztuki, a także dzielił się swoimi spostrzeżeniami i argumentował, dlaczego tego typu studia mają sens i niekoniecznie muszą wiązać się z deprecjacją gier czy ujmowaniem ich z elitarystycznego punktu widzenia (zresztą zgadzam się z Argasińskim – minimum wiedzy, w tym przypadku akademickiej, zawsze będzie procentowało; wszak nie ma nic gorszego niż recenzent, który wali oczywiste babole w swoich tekstach, a wiadomo przecież, iż doświadczenie i wyrobiona ręka przychodzą z czasem, niekiedy bardzo długim).

    Zaraz potem moją uwagę przykuła smakowicie zapowiadająca się prelekcja pod tytułem Wysyp żywych klasyków, prowadzona przez Agnieszkę „Aeth” Jędrzejczak i dotycząca literackich mashupów, zdobywających coraz większą popularność w kręgu czytelników. Z początku było nieco problemów – sprzęt na chwilę odmówił posłuszeństwa, a prowadząca wyglądała na nieco zdenerwowaną (jak zaznaczyła – była to jej pierwsza prelekcja), ale im dalej w las, tym było lepiej, a Aeth czuła się coraz pewniej. A zawartość? Tu było bardzo pozytywnie – prelegentka wprowadziła uczestników w świat absolutnie zwariowanych i pogiętych przeróbek klasycznych tekstów literackich. Znane zapewne wielu Duma i uprzedzenie i zombie było tylko czubkiem lodowej góry – zaraz potem można było się przekonać, że wszystkie dzieła Jane Austin cieszą się ogromną miłością „przerabiaczy”, którzy upychają do nich wszystko – zombie, wampiry, wilkołaki, mumie, wróżki, smoki i bogowie wiedzą, co jeszcze. Co ciekawsze, cześć z nich zebrała ponoć bardzo dobre opinie (piszę ponoć, bo niestety większość tytułów dostępna jest tylko w języku angielskim, co przyznała sama prelegentka, tłumacząc, iż bazowała przede wszystkim na opiniach zagranicznych czytelników). Ale nie samą Jane Austin żyje literatura – dlatego też mieliśmy okazję zobaczyć kilka innych przeróbek, zarówno rzeczy oczywistych - Czarnoksiężnika z krainy Oz czy Alicję w krainie czarów, jak i sequel i prequel Dumy i uprzedzenia i zombie, Annę Kareninę czy nawet… Wojnę światów, wzbogaconą o wątek zombie! Wielka szkoda, że tytuły te nie są u nas dostępne, dziwi mnie jednak, iż prowadząca nie wspomniała o Przedwiośniu żywych trupów. W końcu to wspaniały polski żywy trup!

    W dobrym humorze udałem się udałem się na następny panel, dotyczący Estetyki japońskiego kiczu, który również zapowiadał się bardzo ciekawie. No właśnie, zapowiadał… po dziesięciu minutach jałowego czekania, kiedy nic nie wskazywało na to, że panel się odbędzie, po prostu wyszedłem, nieco tym zirytowany. Najwidoczniej coś nie stykło na linii prelegent – konwent i osoba prowadząca nie dotarła. Zastanawia mnie tylko, czy poinformowanie o tym uczestników było aż takim problemem… Żeby było ciekawiej, następnego dnia znalazłem kartkę orzekającą, iż prelekcję przeniesiono z piątku na niedzielę. Bardzo zabawne, naprawdę…

    Problemów nie było natomiast na spotkaniu z Tomaszem Majkowskim, prowadzącym prelekcję pod tytułem Rok 1983, czyli jak D&D uratowało branżę gier komputerowych. Przyjemny był już sam temat – opowieść o pełnej wzlotów i upadków historii D&D i gier komputerowych, które znacząco na siebie wzajemnie wpływały. Były konkrety, soczyste anegdotki, nieco humoru i sporo ciekawych informacji – dość powiedzieć, że nawet ja, osoba, która uczęszczała na wykłady Majkowskiego na UJ, gdzie mówił o tym temacie – słuchałem tego z przyjemnością, choć już to wiedziałem. Działały tu zwłaszcza umiejętności prelegenta: łącząc gawędziarski styl opowiadania z konkretnością akademickiego wykładowcy, ale bez żadnej wzniosłości, snuł zajmującą historię, której po prostu znakomicie się słuchało. Szkoda tylko, że sala miała tak złą akustykę…

    Kolejny panel, jaki sobie upatrzyłem, ponownie zepsuł mi humor i to bardzo skutecznie. Gdy widzi się spotkanie pod tytułem Autobots! Transform and Roll Out! natychmiast włącza się w człowieku dziecko, a przed oczami przelatują strony komiksów z Transformersami i klasyczna animacja, gdzie Megatron zamieniał się – jak Bór przykazał – w pistolet, a nie jakiś głupi helikopter. Wszedłem do sali, usiadłem obok innych fanów wielkich robotów. Czekamy. Pięć minut – prelegenta nie ma. Dziesięć minut – dalej go nie ma, ale wpada jakiś człowiek, mówiąc, że już po niego dzwoni. Po piętnastu minutach prelegenta nadal nie było, ale przyszedł jeszcze jakiś inny facet i powiedział, że prowadzący jest głównym orgiem i to w sumie jego wina. Cudownie. Po bitych dwudziestu minutach stwierdziłem, że nie mam zamiaru dłużej czekać. Wypada w tym miejscu tylko podziękować prelegentowi, iż w takim poważaniu miał czas konwentowiczów.

    Ostatnim przystankiem tego dnia (bo, niestety, moje zasoby czasowe były ograniczone, a jak na złość ciekawe spotkania były zorganizowane dość późno) był Konkurs cytatów. Jako zapalony fan kina nie mogłem takiej okazji przegapić – i w sumie się opłaciło: sklecona naprędce drużyna okazała się bezkonkurencyjna. Mówiąc nieskromnie: mimo przejściowych kłopotów ostatecznie zmiażdżyliśmy konkurencję, punktując dzięki cytatom z SF (przy okazji po raz kolejny przekonałem się, że fani Star Treka nie są normalnymi ludźmi – jakim cudem oni potrafią rozpoznać, z której z jedenastu części pochodzi dany cytat?). Oczywiście nie obyło się bez kontrowersji: jakimś dziwnym trafem 2001: Odyseja kosmiczna została zaklasyfikowana jako film z elementami SF (sic!), a problemy techniczne skutecznie opóźniły rozpoczęcie konkursu i wyeliminowały z rozgrywki dwie drużyny (oczywiście nikt nie potrafił dostarczyć kompa z PowerPointem i ustawić rzutnika – skończyło się na tym, że uczestnicy odczytywali cytaty z monitora). Ale koniec końców było pozytywnie.

    Dzień drugi upłynął pod znakiem spóźnień, nieobecności i absolutnego braku ogarnięcia ze strony organizatorów. Mimo to z nadzieją spoglądałem w przyszłość – wszak gorzej już być nie mogło. Ale, jak pokazało życie, naprawdę okazałem się potężnym naiwniakiem, a kto chce – ten potrafi…

    Dzień 3: …aż do samego końca.

    Krakon – przy całym moim utyskiwaniu na organizację – mógł się pochwalić pewnym dobrym pomysłem: (niemal) wszystkie spotkania autorskie skoncentrowano w jednym dniu, w jednej sali. Inna sprawa, jak ta sala wyglądała... W każdym razie dzień zacząłem wcześnie, na dobry początek stawiając się na spotkaniu autorskim Pawła Matuszka, opowiadającego o swojej debiutanckiej powieści pt. Kamienna Ćma. Rozmowa, prowadzona przez Konrada Walewskiego, nie oscylowała jednak li tylko wokół powieści, ale stała się punktem wyjścia dla szerszej rozmowy: o polskim rynku czytelniczym, co do którego większość uczestników nie miała złudzeń (jest źle i raczej nie będzie lepiej), o kondycji polskiego pisarstwa (tu, mam wrażenie, redaktorów Fantasy & Science Fiction nieco poniosło w ich modernistycznym podejściu do literatury i deprecjacji schematów, którymi wszak można się umiejętnie bawić bez traktowania czytelnika jak głąba), o braku kwalifikacji dużej części mainstreamowej krytyki literackiej do wykonywania swojej roboty, a także o ciężkim losie pisarza, któremu zamarzy się oryginalna forma książki. Zresztą o samej Kamiennej Ćmie było zaskakująco mało – choć to akurat uważam za plus: wszak co to za przyjemność dowiedzieć się wszystkiego od autora, zamiast samemu to odkryć? Jedno przyznać jednak trzeba: niezwykła forma książki (zbliżająca ją do liberatury) i obietnica niebanalnej, nieco bardziej wymagającej lektury wystarczyły, bym zakupił powieść. Ot, potęga marketingu.

    Kolejnym punktem programu był panel wydawnictw polskich, reprezentowanych przez Andrzeja Miszkurkę z MAG i Katarzynę Kosik z Powergraph. Rozmowa skupiała się przede wszystkim na kwestiach czytelnictwa w Polsce i jego dość mizernego poziomu oraz niewspółmierności starań marketingowych wydawnictw do rezultatów tych zabiegów. Wielkie bannery, teledyski, reklamy w telewizji, spotkania z autorami – a wielkiej różnicy w ilości sprzedanych egzemplarzy specjalnie nie widać. Nie obyło się bez kilku branżowych anegdotek i kawałów, sporej ilości narzekań, paru oczywistości (no bo jak to tak – najlepiej sprzedają się schematyczne powieści dla młodzieży?) i raczej średnich perspektyw na przyszłość. Ogólnie nie była to zbyt optymistyczna dyskusja – nie tylko pokazała polski rynek czytelniczy jako dość prowincjonalny grajdołek, w którym nieustandaryzowana powieść ma duże szanse polecieć do kosza, ale także miejsce, gdzie na książce trudno zarobić (wypadałoby zaprosić na spotkanie malkontentów, którzy narzekają, iż wydawnictwa zdzierają z czytelników kasę, więc nie warto kupować nowości). Ogólnie bardzo pouczające spotkanie. Pomijając oczywiście organizację, która ponownie dała ciała: brak wody dla dyskutujących da się przeżyć (ta koniec końców dotarła, ale to chyba nowa tradycja – na Dniach Fantastyki też podobno nie było czym gardła skropić), ale brak nagłośnienia był dokuczliwy (wystarczyło usiąść nieco dalej i szlag trafiał słuchaczy), nie wspominając już o ludziach śpiących w sali (tak, nadal tam byli!) i facetach od sprzętu, grzebiących przy kablach, wtyczkach i rozmawiających w najlepsze tuż za plecami dyskutujących. Cudownie po prostu.

    Niemal dokładnie te same kwestie przeszkadzały podczas kolejnego spotkania, tym razem z redakcją czasopisma Fantasy & Science Fiction reprezentowaną przez wspominanych wcześniej Matuszka i Walewskiego, wspomaganą osobą Katarzyny Kosik. Rozmowa koncentrowała się oczywiście głównie wokół pisma: historii powstania, okoliczności, które sprawiły, że jego wydanie było możliwe, sposobów doboru tekstów (zarówno zagranicznych, jak i polskich, a także powodów, dla których tych drugich jest tak mało, a te zagraniczne to w przeważającej części utwory świeże), a także zawartości najbliższego numeru specjalnego, zapowiadającego się wcale ciekawie. Nie zabrakło też narzekania na polskiego czytelnika oraz – a może przede wszystkim – recenzenta; sam Walewski na recenzentach internetowych nie zostawił suchej nitki, wypominając im ograniczenie, brak podstaw do pisania krytyki, a także ignorancję, posługując się m.in. przykładem powieści Miasto i Miasto Chiny Mevilla (z zarzutami zresztą się zgadzam, nawet pomimo faktu, iż sam zaliczam się do besztanej grupy internetowych krytyków – jednak indolencję i zupełne nieprzygotowanie warsztatowe niektórych piszących nietrudno dostrzec nawet mnie, a co dopiero mówić o ludziach zajmujących się redakcją pisma). Jednak było i kilka optymistycznych rzeczy – choćby fakt, iż nakład pisma zamiast się zmniejszać, rośnie (oby tak dalej), oraz to, że za darmoszkę można było zgarnąć jeden numer Fantasy & Science Fiction, z czego zresztą chętnie skorzystałem.

    Blok z Powergraphem kończyło spotkanie z Rafałem i Katarzyną Kosikami. Na tle poprzednich dyskusji ta niemalże tryskała szczęściem – a przynajmniej optymizmem. Nawet Rafał wydawał się jakiś taki... żywszy niż na przykład na tegorocznym Pyrkonie. Tematów było całkiem sporo: początki promocji serii Felix, Net i Nika i różne atrakcje z tym związane, poszerzenie planów wydawniczych na ten rok do dziesięciu pozycji (i krótkie wyjaśnienie, dlaczego niektóre z nich MUSZĄ ukazać się jeszcze w 2011), zapoczątkowanie nowej serii wydawniczej nazwanej Kontrapunkty (oj, ładnie się prezentuje nowa książka Twardocha, ładnie), a także garść informacji dotyczących planów pisarskich Rafała. Sporo miejsca poświęcono serii Felix, Net i Nika: Katarzyna pochwaliła się na przykład, iż w Irlandii książki o przygodach trójki dzieciaków weszły do programu edukacji młodzieży, zaś na Targach Książki konieczne były przemeblowania, aby tłum fanów mógł w miarę komfortowo czekać na autografy (przy okazji opowiedziała, jaki zlewczy stosunek do literatury mają dziennikarze telewizyjni). Nie zabrakło również paru uwag co do najnowszego tomu przygód dzieciaków (niestety, jako że nie jestem czytelnikiem tego cyklu, nie mogę się tym jarać aż tak mocno) oraz kilku słów na temat adaptacji filmowej, która co prawda do Harry’ego Pottera startować nie może, ale istnieje szansa na dobry film familijny (w tym przypadku sam jestem ciekaw efektu – czyżby szykował się wreszcie niezły polski film dla całej rodziny?). Słowem – pozytywne spotkanie.

    Kolejna prelekcja utwierdziła mnie jednak w przekonaniu, iż karma rzeczywiście istnieje, a po prelekcjach i dyskusjach miłych następują niemiłe. I to nawet bardzo. Żebyśmy się jednak zrozumieli – w tym przypadku wina absolutnie nie leży po stronie prelegentki. Gaja Kochaniewicz, zwana „Wiedźmą Jagą”, przygotowała się do spotkania Anime – krótka forma, traktującego o animacjach studia 4C, naprawdę solidnie: widać było, że nie tylko te filmy zna, ale naprawdę się nimi pasjonuje, potrafi o nich opowiadać w sposób plastyczny i nieograniczający się do prostego rozróżnienia „fajne – niefajne”. Co z tego jednak, skoro dwugodzinna prelekcja zakładała projekcję krótkich metraży i małą dyskusję na ich temat, ale nie było na czym odtworzyć owych filmów. Zawsze wydawało mi się, że gdy prelegent zaznacza, iż chce laptopa, jakiś sprzęt powinien być przygotowany – jednak odyseja, jaka odmalowała się przed moimi oczami, była iście groteskowa. Najpierw czekaliśmy pół godziny na jakikolwiek komputer. Ten przyszedł, i owszem – podłączyło się go ładnie do projektora, wszystko działa... poza odtwarzaczem płyt. Jak się okazało, napęd DVD był zepsuty, a jedyny laptop z działającym ustrojstwem... był pozbawiony zasilacza. I znów gonitwa: minuty mijały, a komputera nadal nie było. W końcu helperzy przynieśli komputer stacjonarny. Ale żeby nie było tak łatwo – nie miał wejścia do podłączenia rzutnika. I znów gonitwa, tym razem za przejściówkami. Czas mija nieubłaganie, prelegentka opowiedziała wszystko, co mogła, a uczestnicy twardo czekają. W końcu jest – pomocnicy wpadają z kilkoma kablami, kombinują, podłączają. Jest, tak, działa! A nie, przepraszam – napęd znów nie działa. I znów gonitwa, a mnie na usta cisnęły się słowa powszechnie uznawane za obelżywe. Na litość Bora – kto to widział, żeby ściągać do sali sprzęt, którego nikt nie sprawdził! W końcu – W KOŃCU – udało się dostarczyć komputer, który działał i dał się podłączyć do rzutnika. Do końca prelekcji – dwugodzinnej – pozostało wtedy około czterdziestu minut, które wykorzystaliśmy na oglądanie filmów, ale wszelką dyskusję szlag trafił – a szkoda, bo filmy były znakomicie zrealizowane, a przy tym zupełnie pogięte i mogłaby się z tego wszystkiego wyklarować interesująca rozmowa. Ale wszystko zdechło pod zwałami niedziałającego sprzętu...

    Ostatnim punktem, jaki chciałem odwiedzić tego dnia, był cosplay. Co i rusz dawało się zauważyć przebierańców spacerujących po korytarzach, ale większość była tak ruchliwa, iż nie dało się im cyknąć fotki. Wyszedłszy więc z prostego przekonania, iż zrobię to hurtem, twardo czekałem na ten cosplay. A co się przed nim działo... dantejskie piekło wydawało się przy tym placem zabaw koło przedszkola. Tłum był ogromny i niespecjalnie zdyscyplinowany, ciągnął się długo i tarasował przejście tak skutecznie, iż szef ochrony – dość konkretny i raczej sympatyczny facet – klął jak szewc i machał wściekle rekami, będąc blisko punktu, w którym wypada już tylko kogoś rozsmarować na ścianie. A konwentowicze jeszcze dolewali oliwy do ognia... Powiem tyle: obserwując to zbiegowisko, straciłem ochotę na uczestnictwo w tym punkcie programu. Spakowałem więc manatki i wróciłem do domu, żałując tylko jednego – nie udało mi się zrobić zdjęcia dziewczynie przebranej za Snape’a. Wyglądała świetnie.

    Reasumując: Krakon 2011 to połowiczny sukces: dopisali uczestnicy, wystawcy i większość prelegentów, zupełnie zaś pokpili sprawę organizatorzy. Wiem, że to nowa ekipa, że od 2007 Krakonu nie było, że nie każda szkoła chciała się zgodzić na taką imprezę – ale spójrzmy prawdzie w oczy: konwent stał pod znakiem absolutnego chaosu. Niedostatek informacji, znikający orgowie, anulowane prelekcje, potworne problemy ze sprzętem... nie będę Krakonu wspominał zbyt ciepło. Doceniam starania osób odpowiedzialnych za reaktywację imprezy, ale gdyby w tym miejscu ktoś zapytał mnie, czy jestem chętny, by odwiedzić konwent w przyszłym roku, odpowiedziałbym krótko: dziękuję, postoję.

    Piotr "Vivaldi" Sarota