Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole
Nie przepadam za filmami animowanymi generowanymi komputerowo. Z rozmysłem ich unikam, mimo świetnych niekiedy opinii co do ich poziomu. Może to kwestia przesytu, a może odcinania kuponów od wielkich przebojów w rodzaju Shreka czy Epoki lodowcowej które od pewnego czasu panuje? Trudno powiedzieć. Jednak na film Legendy sowiego królestwa. Strażnicy Ga’Hoole czekałem z niecierpliwością, głównie z uwagi na postać reżysera, Zacka Snydera.
Po całkiem niezłym filmie 300 i rewelacyjnym Watchmen byłem ciekaw jego następnej produkcji – wydawałoby się – całkowicie innej od swych poprzednich obrazów. Ale czy na pewno innej? Pierwszy rzut oka pozwala już dostrzec właściwy wzorzec: bohaterem jest sowa Soren – niepoprawny marzyciel, pragnący poznać legendarnych Strażników – mieszkający wraz ze swym bratem Kluddem, zdecydowanie bardziej zawziętym i niespokojnym. I nagle ta dwójka zostaje porwana przez nieznane sowy, zaciągnięta do tajnej kryjówki, gdzie obaj bracia mają zostać przerobieni na wzorcowych żołnierzy nowej rasy nadsów. Kludd godzi się na to, widząc w tym spełnienie swych ambicji, Soren zaś – jak przystało na bohatera – ucieka i z pomocą przyjaciół wyrusza na poszukiwanie legendarnych Strażników Ga’Hoole, by razem z nimi odeprzeć zagrożenie.
Fabuła jest schematyczna i przewidywalna, co więcej: Snyder powtarza tu niemal ten sam patent, co w przypadku 300. Podobnie jak w poprzednim filmie, tutaj również mamy jasno zarysowane strony konfliktu, tyle że zamiast dzielnych Spartan są szlachetne sowy, walczące ze zunifikowanymi nadsowami rodem z SS, wraz z ich wodzem, nieodmiennie kojarzącym się z Darthem Vaderem. Jest oczywiście motyw zdrady ideałów dla własnych korzyści. Bratobójcza walka w obronie dobra, przyjaźni i honoru. I wniosek płynący z działań Strażników: my chcemy pokoju i miłujemy dobro, ale na każde zagrożenie zareagujemy siłą, a nasza świetnie zorganizowana maszynka wojenna zrobi z wroga masło orzechowe i zaprowadzi porządek na świecie.
Trudno nie odnieść wrażenia, iż fabuła momentami jest nie tylko patetyczna, ale i niezwykle naiwna, zwłaszcza w odniesieniu do poczynań i zachowania głównego bohatera. Nie wiem, czy wiąże się to z konstrukcją scenariusza, czy wypływa z literackiego oryginału (film jest luźno oparty na pierwszych trzech częściach serii Strażnicy Ga'Hoole autorstwa Kathryn Lasky), faktem jest natomiast, iż historia cierpi na nadmierny rozdział na czerń i biel. Ta naiwność jest zresztą wspomagana przez dwa inne czynniki: pierwszym jest dziwna konstrukcja filmu, zwłaszcza jego pierwszej połowy: pewne wątki nagle się pojawiają, inne zostają ucięte, widzimy kolejnych bohaterów, którzy wyskakują jak spod ziemi. Zupełnie jakby brakowało już nie tyle pojedynczych scen, ale wręcz całych sekwencji. Czyżby producentów świerzbiły nożyce cenzorskie? A może to reżyser nie potrafił zapanować nad materiałem?

Drugim powodem potęgującym złe wrażenie jest przerażający wręcz dubbing. Konia z rzędem temu, kto zrozumie, czym kierował się dystrybutor wybierając ten rodzaj spolszczenia. Może wyszedł z założenia, że skoro to animacja ze słodką sówką na okładce, to automatycznie film musi być dla dzieci? Sadząc po jego kategorii wiekowej (w USA – PG, w Polsce – b.o!) coś w tym musi być. Tłumaczenie jest naprawdę słabe, podobnie jak głosy aktorów, które zmieniają naiwność obrazu w zupełną infantylność i śmieszność. Zupełnym już nieporozumieniem jest jednak dla mnie wrzucanie do filmu zagrywek znanych ze Shreka, tzn. wplatanie w wypowiedzi postaci popkulturowych bon motów w rodzaju „śpiewać każdy może, trochę lepiej…”. Ludzie! Takie rzeczy mogą się sprawdzić w komedii bazującej właśnie na takich tekstualnych żartach, ale nie w epickiej opowieści o walce dobra i zła, prowadzonej za pomocą stalowych szponów i broni białej! Idiotyzm do potęgi.
Dlaczego więc warto obejrzeć Strażników Ga’Hoole chociaż raz? Dla jego warstwy wizualnej. Tak dopracowanej i szczegółowej animacji już dawno nie widziałem. Mógłbym nawet zaryzykować stwierdzenie, iż – jeśli chodzi o animowane filmy kinowe - Legendy sowiego królestwa kładą na deski wszystko, co do tej pory zostało stworzone. Niesamowite wrażenie robią plenery: olbrzymie drzewo Ga’Hoole, tętniąca życiem i wyjątkowo zatłoczona siedziba Strażników, a także posępne, pustynne wąwozy usiane licznymi grotami i jaskiniami, w których schronienie znaleźli żołnierze Stalowego Dzioba. Ale nawet miejsca zwyczajne, jak dom rodzinny Sorena i Kludda lub skaliste nabrzeże, wykonane są z niezwykłą starannością i urodą. Niewątpliwie wiele pracy wymagało także stworzenie dopracowanych modeli samych sów, stworzonych z dbałością o realizm i zasady ich anatomii. O ileż piękniej wyglądają niż przerysowani bohaterowie Epoki lodowcowej! A gdy jeszcze cała ta ferajna zacznie się ruszać… Doprawdy, widok Sorena szybującego w czasie burzy nad falującą taflą morza, z kroplami deszczu rozpryskującymi się na jego skrzydłach, podczas gdy wokół szaleje żywioł - poezja. Ale prawdziwy pazur (dosłownie!) film pokazuje w scenach bitewnych. Dodać trzeba – brutalnych scenach, choć przecież nie ma tutaj krwi czy innego gore. Powietrzne pojedynki, stalowe pazury przecinające powietrze tuż nad głowami walczących, kotłujące się sylwetki walczących i ich ciała spadające na ziemię – to zdecydowanie nie jest film dla młodszej widowni. Tutaj walka jest totalnym kotłem i piekłem, nawet jeśli prowadzona jest z „dobrych pobudek”. Ale jak to wszystko przy okazji wygląda! Ta dynamika, niesamowita płynność i pewnego rodzaju gracja muszą robić wrażenie, zwłaszcza w połączeniu z typowymi dla Snydera spowolnieniami, które wydobywają szczególnie emocjonujące i efektowne momenty, zapewniając widzowi prawdziwą ucztę wizualną. Szkoda tylko, że wrażenie psuje miejscami zupełnie niepasująca muzyka. O ile jeszcze w scenach walk się sprawdza, to w momentach nieco bardziej lirycznych po prostu zabija patosem.
Snyder konsekwentnie kroczy swoją ścieżką stylistyczną, rozwijając i doskonaląc swoje pomysły, co zapewne dobrze się dla niego nie skończy, zważywszy że wyniki finansowe Legend sowiego królestwa nie są najlepsze. Tym razem reżyserowi nie udało się stworzyć widowiska tak efektownego, ale i głębokiego jak w Watchmen. Wyszedł mu film do jednokrotnego obejrzenia. Momentami niezwykle emocjonujący i zajmujący, ale nie pozostawiający po sobie wielu refleksji. Jeśli ktoś nie ma wielkich wymagań, lub jeśli lubi tego typu schematyczne historie, z pewnością będzie zadowolony. Dla mnie mimo wszystko rozczarowanie.
Piotr "Vivaldi" Sarota

Obsada - wersja oryginalna:
Jim Sturgess - Soren (płomykówka)
Ryan Kwanten – Kludd (płomykówka)
Hugo Weaving - Noctus (płomykówka) / Grimble (sowa włochata)
Helen Mirren - Nyra (płomykówka)
Abbie Cornish - Otulissa (puszczyk plamisty)
Geoffrey Rush - Ezylryb (syczek plamisty)
Sam Neill - Metalbeak (płomykówka przydymiona)
David Wenham - Digger (pójdźka ziemna)
Richard Roxburgh - Boron (sowa śnieżna)
Miriam Margolyes - Mrs. Plithiver
Jay Laga'aia - Twilight (puszczyk mszarny)
Emily Barclay - Gylfie (sóweczka kaktusowa)
Angus Sampson - Jutt (sowa uszata)
Leigh Whannell - Jatt (sowa uszata)
Adrienne DeFaria - Eglantine (płomykówka)
Essie Davis - Marilla (płomykówka)
Wersja polska
Kamil Dominiak – Soren
Marta Dylewska – Gylfie
Andrzej Blumenfeld – Twilight
Kacper Kuszewski – Digger
Grzegorz Pawlak – Ezylryb
Teresa Budzisz-Krzyżanowska – Nyra
Piotr Polak – Kludd
Janusz R. Nowicki – Grimble
Tomasz Marzecki – Stalowy Dziób
Tytuł oryginalny: Legend of the Guardians: The Owls of Ga'Hoole
Tytuł polski: Legendy sowiego królestwa: Strażnicy Ga'Hoole
Produkcja: USA, Australia
Czas trwania: 90 min.
Rok produkcji: 2010
Produkcja:
Reżyseria: Zack Snyder
Scenariusz: John Orloff, John Collee
Muzyka: David Hirschfelder
Montaż: David Burrows
Produkcja: Zareh Nalbandian

















































