Między bogiem a prawdą
„A tak między bogiem, a prawdą...” - powiedzenie, które prześladowało mnie przez całe dzieciństwo. Moja matka i babka, odkąd pamiętam przejawiały tendencję do kompletnie bezsensownego używania go, a raczej nadużywania, w celu ubarwiania całego mnóstwa niepotrzebnych, czczych wypowiedzi. Samo sformuowanie zawsze budziło we mnie irytację. Jak ładnie brzmiało, tak nie posiadało zgoła żadnego konkretnego, logicznego znaczenia. Tak przynajmniej wydawało mi się do dnia, w którym przekonałem się na własnej skórze, że między bogiem, a prawdą rzeczywiście znajduje się coś jeszcze.
***
Po wielkich bólach uzyskawszy tytuł doktora, rozpoczynałem właśnie pracę na uniwersytecie. Wykładałem etykę i historię filozofii. Powiedzenie z dzieciństwa od dawna przestało mnie już dręczyć. Odeszło wraz z dniem, kiedy to, kilka lat wcześniej, pochowałem matkę. Babka, dla ścisłości, zmarła dobrych kilka, jeśli nie kilkanaście lat wcześniej.
Tamtego pamiętnego dnia, pojawiłem się w gmachu uczelni solidnie spóźniony. Wbiegłem do budynku całkowicie przemoczony, rozczochrany i jak się później dowiedziałem od pewnej życzliwej studentki, ze śladami pasty do zębów na policzku. Powodem mojego opłakanago stanu, było oczywiście nie co innego, jak autobus, który złośliwie musiał stanąć w największym korku właśnie wtedy, gdy ja zapomniałem nastawić budzika i obudziłem się całe pół godziny później niż zwykle. Na domiar złego, pech chciał, że pędząc na salę wykładową wpadłem na dziekana.
- Eee... znaczy... dzień dobry, panie dziekanie, ja... tego... no... - próbowałem wydukać na poczekaniu jakiekolwiek, w miarę trzymające się kupy wytłumaczenie. Niestety, wśród wielu darów, jakimi zostałem obdarzony przez niebiosa, nie znalazła się umiejętność kłamstwa.
- Spóźnił się pan, doktorze Lewiński - przerwał mi krótkim stwierdzeniem, któremu towarzyszyło lekceważące machnięcie ręką.
- Przepraszam. Trudności komunikacyjne - bąknąłem, czując jak oblewam się zimnym potem, a dłonie zaczynają nieprzyjemnie lepić się jedna do drugiej.
- Nie szkodzi - dziekan uśmiechnął się pod wąsem. - Tym razem się panu upiekło. Pański wykład tak czy inaczej miał zostać odwołany.
- Odwołany? - Powtórzyłem błyskotliwie.
- Tak, doktorze. Z pewnym opóźnieniem dotarł dzisiaj do nas, zapraszany już od dawna gość specjalny. Pana studenci wyrazili chęć uczestniczenia w spotkaniu z nim.
- Z kim? - Po raz kolejny popisałem się niesamowicie ambitnym pytaniem, dostosowanym do miejsca, czasu i sytuacji.
- Z bogiem - wypalił dziekan, a ja nie miałem pewności, czy żartuje ze mnie, czy z mojej głupoty. A może po prostu próbował pożegnać się ze mną przestarzałą, pobożną formułą?
To, że mój przełożony mówił poważnie, dotarło do mnie dopiero w chwili, kiedy otworzyłem drzwi prowadzące do dużej auli. Stanąłem jak wryty. Na jej środku, na drewnianym podwyższeniu, stał bóg we własnej osobie, dokładnie taki jakim zawsze go sobie wyobrażałem. Starzec o dobrotliwym wyrazie twarzy okolonej długą, siwą brodą, obrócił się i spojrzał mi prosto w oczy wzrokiem pełnym pobłażania.
- Witam doktorze Lewiński - rzekł głębokim, miłym dla ucha głosem. - Cieszę się, że nareszcie pan do nas dołączył pomimo wybitnej złośliwości przedmiotów martwych i środków komunikacji miejskiej. Byłby pan łaskaw wejść do sali i zamknąć za sobą drzwi?
Posłusznie postąpiłem kilka kroków naprzód. Drzwi skrzypnęły cicho, a ja znalazłem sobie wygodne miejsce pod ścianą, do której przywarłem mocno plecami.
- W takim razie, skoro wszyscy jesteśmy już w komplecie - zwrócił się do kilkudziesięciu osób, głównie studentów, obserwujących go wielkimi ze zdumienia oczyma - możemy zaczynać. Kto z państwa jest w stanie powiedzieć mi, w jakim celu zebraliśmy się tu dzisiaj, w tak różnorodnym, ale jakże miłym gronie?
Na sali zapadła cisza. Niektóre oczy rozszerzyły się jeszcze bardziej.
- Nikt? W takim razie raczę państwa oświecić. Dzisiejsze zajęcia mają na celu udowodnienie państwu, jak wielkie znaczenie mają słowa, zwłaszcza zaś te, wychodzące z ust boskich.
W tym miejscu zawiesił głos, czyniąc krótką, acz znaczącą pauzę.
- Wielu z pewnością wydaje się, że na otaczającą państwa rzeczywistość, w tym także na mnie, wpływ ma wiara każdego z was, że to właśnie ona posiada zdolność kreacji tego, co widzicie - kontynuował po chwili. - Proszę, niech ktoś z państwa powie mi teraz, co widzi, patrząc na mnie. Może pan doktor?
Ocknąłem się, widząc boski palec wskazujący wprost na mnie.
- Widzę... boga - bąknąłem zupełnie zbity z tropu.
- Tak, to wszyscy wiemy, ale jeśli byłby pan łaskaw to uściślić. Proszę opisać mnie własnymi, prostymi słowami.
Miałem wrażenie, że język nagle stanął mi kołkiem, a głos uwiązł w gardle, nie chcąc wydobyć się na zewnątrz. Odetchnąłem jednak głęboko, zebrałem się w sobie i wydukałem nieskładnie, w dwóch krótkich zdaniach opis boga, jakiego widziałem przed sobą w owej chwili. Niezwykły wykładowca uśmiechnął się i z aprobatą pokiwał głową.
- A pani? - Zwrócił się do jednej ze studentek. - Co pani widzi? Czy to samo, co opisał przed chwilą pan doktor?
- Nie - odpowiedziała odruchowo zgrabna brunetka.
- Więc?
- Widzę mężczyznę w sile wieku, ogromnej postury, o muskularnej sylwetce i surowych rysach twarzy, otoczonego jasnym, nieziemskim blaskiem.
- Mhm. Bardzo dobrze. A pan?
- Ja widzę jedynie snop jasnego światła - odparł długowłosy okularnik. - Nie mogę przyjrzeć się mu, gdyż oślepia mnie, podobnie jak słońce, gdy spojrzę na nie w pełni lata, w samo południe.
- Doskonale. A może pani?
- Ja nie widzę nic. Słyszę tylko grzmiący, niski głos, mówiący do mnie.
- Świetnie. A pan? - Teraz bóg zwrócił się do wysokiego bruneta w flanelowej koszuli w kratę, który jako jedyny, przez cały czas rozglądał się niespokojnie mętnym wzrokiem wokół siebie. Młody mężczyzna nie odpowiadał, wodził tylko zdezorientowanymi oczyma po auli, zupełnie jakby szukał czegoś lub kogoś.
- Ten pan, moi drodzy, wcale mnie nie widzi, a nawet nie słyszy. Czy ktoś potrafi wytłumaczyć dlaczego?
Studenci milczeli.
- Bo w ciebie nie wierzy - wyrwało mi się nagle bezwiednie.
Starzec klasnął w pomarszczone dłonie.
- Otóż to! - wykrzyknął entuzjastycznie. - Pan doktor ma rację. Jak z pewnością zdążyliście się już państwo domyśleć, każdy na tej sali widzi mnie takim, w jakiego wierzy. Jedynie pan, który w ogóle nie wierzy w żadnego boga, nie może zobaczyć mnie ani usłyszeć. Co z tego wynika?
Pytanie było najwyraźniej retoryczne, gdyż boski wykładowca nie poczekał na odpowiedź nawet chwili.
- Ja państwu powiem. Absolutnie nic - znów znacząco zawiesił głos. - Dlaczego? Bo to nie państwa wiara kreuje mnie, ale ja sam decyduję o tym, jakim mnie widzicie. W tej chwili moim zamiarem było, byście państwo, zobaczyli mnie takim, w jakiego każdy z was wierzy. To część naszego dzisiejszego doświadczenia. Bardzo łatwo udowodnię tę tezę. Za chwilę, ów pan, który do tej pory mnie nie widział, zobaczy mnie jako błękitnego ptaka, siedzącego wygodnie na żyrandolu.
W tej samej chwili wysoki brunet przestał rozglądać się. Podskoczył jak oparzony, z zadartą do góry głową wpatrując się w sufit.
- Co to za niebieskie ptaszysko, tam, na żyrandolu?! - wykrzyknął.
Zgromadzeni zamarli.
- A teraz, pani w zielonym sweterku, zobaczy mnie dokładnie takim, jakim nie chciałaby widzieć - odezwał się prowadzący wykład.
Dokładnie w momencie, gdy zamilkł, wszyscy obecni usłyszeli przerażony krzyk dziewczyny.
- Przecież on ma rogi! I ogon! I kopyta jak u kozła!
- O to mi właśnie chodziło. Mam nadzieję, że teraz jest już dla wszystkich państwa jasne, czego chciałem dowieść. Na potwierdzenie pokażę jeszcze jeden przykład. Pan doktor zobaczy mnie teraz, jako zgrabną, skąpo odzianą kobietę, obdarzoną pełnymi, kuszącymi kształtami.
Własnym oczom nie mogłem uwierzyć, kiedy w miejscu siwego staruszka pojawiła się nagle długonoga blondynka w samej niemal bieliźnie. Uszczypnąłem się. Nie pomogło. Wnętrzem dłoni uderzyłem się lekko w policzek. Nadal tam stała. Nie zdołałem opanować odruchu mojego ludzkiego, skłonnego do słabości ciała. Ukradkiem zerknąłem w kierunku okolic rozporka starannie uprasowanych spodni. Czułem jak pokrywam się płomiennym rumieńcem.
- Sami państwo widzicie - skwitował bóg, na powrót przybierając w moich oczach pożądaną przeze mnie postać. - Czy przekonałem wszystkich do mojej tezy? - Zapytał.
Wszystkie głowy zgodnie pokiwały w przytakującym geście.
- Ciekaw jestem, jak zareagowaliby państwo, gdybym teraz powiedział, że... - tym razem zawiesił głos na dłużej, jakby rozkoszując się trzymaniem słuchaczy w niepewności - że ja nie istnieję.
Gdy tylko echo jego głosu przestało dźwięczeć mi w uszach, nerwowo rozejrzałem się po sali. Kątem oka spostrzegłem, że reakcja innych jest bardzo podobna. Nigdzie nie było nawet najmniejszego śladu naszego boskiego gościa.
***
Jeśli kiedykolwiek jeszcze usłyszę dawne powiedzonko mojej matki i babki, nie uznam go już za głupie i pozbawione znaczenia. Przecież między bogiem, a prawdą, coś jednak istnieje. Słowo. Ono leży dokładnie pomiędzy.


















































Odpowiedzi
To powiedzenie, najmilsza Lori
jest zniekształconym do absurdu szczątkiem dawnego wstępu do przysięgi "Świadczę się Bogiem a prawdą...", gdzie partykuła "a" zastępowała dzisiejszą "i"
No w porządku,a le nie widzę
No w porządku,a le nie widzę przeszkód, by budziło takie skojarzenia. Tak mówią starsze panie, a bohater słyszał je z ust matki i babki, więc braku logiki tu nie widzę. Nie do końca mam świadomość o co mi zwracasz uwagę... Możesz sprecyzować jak się konkretnie Twoja uwaga odnosi do mojego tekstu?
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Nijak. Po prostu wyjasniam.
Bo to, co przetrwało, jest idiotyczne z punktu widzenia teologii, której jednym z aksjomatów jest to, że Bóg jest Drogą, Prawdą i Życiem. Zatem sformułowanie "Między Bogiem a prawdą" sensu nie ma.
Ale mój tekst nie opiera się
Ale mój tekst nie opiera się na teologii rzymsko-katolickiej, ani nawet w zasadzie żadnej chrześcijańskiej. I na tym polega różnica. Nie muszę trzymać się dogmatów żadnej religii, ponieważ a) jest to fantastyka, b) odwołuję się, jeśli nie zauważyłaś, jedynie do religijności naturalnej leżącej w naturze człowieka i snuję sobie na niej oparte rozważania pseudofilozoficzne.
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna
Tak, wiem - to była tylko uwaga oboczna
W żadnym wypadku nie krytyka Twego tekstu.