Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Ostatni Władca Wiatru

Władca Pierścieni Petera Jacksona był dla kinematografii ogromnym wydarzeniem, niezależnie od tego, czy oceniać trylogię pozytywnie czy negatywnie. Reżyser ponownie wprowadził fantasy na salony (i to jest fakt), obawiam się jednak, że przy okazji ubił odźwiernego pilnującego, aby żadna łachudra nie zepsuła filmowej zabawy. W efekcie M. Night Shyamalan, który najwidoczniej pozazdrościł Jacksonowi sukcesu, także postanowił wsławić się na polu fantasy, tworząc Ostatniego Władcę Wiatru i racząc nim widzów, ku ich własnej zgubie.

W filmie ogromną rolę pełnią cztery żywioły. Tak się składa, że ja również chciałbym reżysera pomęczyć przy ich użyciu. Na sam początek podsmażyłbym go na ogniu za historię, jaką przedstawia. Ostatni Władca Wiatru oparty jest na telewizyjnym serialu animowanym, który zdobył sobie sporą popularność. Opowiada o chłopcu imieniem Aang, znalezionym w lodowej kuli przez dwójkę rodzeństwa. W krótkim czasie okazuje się, iż chłopiec jest ostatnim zaklinaczem wiatru a przy okazji także Awatarem – mitycznym bohaterem i supermanem, który potrafi utrzymać harmonię między czterema krainami: Wody, Ziemi, Wiatru i Ognia. A owa umiejętność bardzo się przyda, bo ten ostatni lud poczyna sobie odważnie i uzurpuje prawo do pozycji hegemona. Aang postanawia więc zaprowadzić porządek w krainie, a pierwszym przystankiem będzie wizyta w plemieniu Wody, gdzie nauczy się panować nad tym żywiołem i zda swój pierwszy, poważny egzamin na bohatera.
Z oczywistych względów opowieść została na potrzeby kina mocno przycięta: wyleciała część wątków, niektóre postaci i zdarzenia. Jednak te skróty nie usprawiedliwiają olbrzymiej niespójności fabuły, która rwie się niemiłosiernie, skacze z miejsca na miejsce, nie troszcząc się o zachowanie jakiejkolwiek logiki i gubi wątki, które są masowo rozpoczynane i porzucane w sposób iście szalony. Nawet wątek główny jest ledwie zaczęty! Rozumiem, że reżyserowi marzył się dalszy ciąg, ale na to raczej może nie liczyć (bo nie wyobrażam sobie, żeby ktoś chciał łożyć kasę na taki film), tym bardziej, że zaprezentowana przez niego historia jest nie tylko niespójna, ale także nudna i banalna. Motyw wybrańca przekraczającego granice swych możliwości, jednostki, która zbawia świat – ileż razy to już było? Co gorsza, w wersji Shyamalana nie uświadczy widz żadnej oryginalności…

 

Za aktorstwo i konstrukcję postaci podtopiłbym reżysera w lodowatej wodzie. Bohaterowie Ostatniego Władcy Wiatru momentami bywają wręcz komiczni i potwornie jednowymiarowi. Są całkowicie pozbawieni jakiegokolwiek uroku i charyzmy, zbudowani w taki sposób, że w trakcie filmu ich charakter i zachowanie nie zmieniają się nawet na jotę. Zuko (Dev Patel) pozostaje dupkiem, Katara (Nicola Peltz) nadal snuje się po ekranie bez większego sensu, Sokka (Jackson Rathbone) inteligencji i charyzmy mógłby pozazdrościć paprotce, Zhao (Aasif Mandli) jest tak pompatyczny i zły, że aż śmieszny, a Aang (Noah Ringer) byłby do przełknięcia, gdyby tylko nic nie mówił. Tutaj na dobrą sprawę nie ma postaci, z którymi można się utożsamić, a tylko papierowe wycinanki biegające w tę i nazad. Obrazu nędzy i rozpaczy dopełnia aktorstwo (choć nieco wzdragam się przed użyciem tego określenia). Gra balansuje na granicy między pompatycznością a śmiesznością, jest całkowicie pozbawiona siły i wyrazu, a jedynymi emocjami, jakie wzbudza, jest znudzenie i irytacja. Jedynie Shaun Toub grający generała Iroh wypada całkiem nieźle i naturalnie, bez tego potwornego przerysowania. Być może to kwestia konstrukcji postaci (chyba jedynej „nieoczywistej”), ale muszę przyznać, że miło mi się oglądało go na ekranie.

Po szyję w ziemi zakopałbym reżysera za to, co zrobił ze stroną wizualną filmu. Nie, żeby była szczególnie zła. Prezentowane na ekranie widoczki, takie jak olbrzymie świątynie Wiatru i Wody robią naprawdę pozytywne wrażenie. Cały film jest wyraźnie inspirowany orientem, lecz w przypadku architektury i krajobrazu wypada to najlepiej. Zdecydowanie gorzej wyglądają elementy generowane komputerowo, choćby okręty jakimi podróżuje Naród Ognia – nie dość, że są dość karykaturalne, to na dodatek banalne. Zupełnie nieprzekonująco wypadają również efekty używania mocy żywiołów: sztuczne i zrobione całkowicie bez pomysłu. Na dobrą sprawę całość zredukowana jest do ustawicznego ciskania ognistymi lub wodnymi pociskami lub ustawianiem zapory. Największą wadą efektów specjalnych jest ich nijakość. Widać to zwłaszcza w finale: mam wrażenie, że reżyserowi marzyło się zakończenie w stylu Petera Jacksona, jednak czegoś zabrakło. Pieniędzy? Umiejętności? Wyczucia? Prawdopodobnie wszystkiego po trochu. W połączeniu z nijakimi zdjęciami daje to naprawdę słaby rezultat.

Ostateczna męczarnia – powieszenie na drzewie, aby dyndać na wietrze – zostałaby zaaplikowana reżyserowi za potworną wręcz patetyczność. Nie wiem, czy Shyamalan zapatrzył się w Emmericha i pobierał u niego lekcje pisania dialogów, ale tak patetycznego, a jednocześnie wypranego z wszelkich emocji widowiska dawno nie widziałem. Początkowe partie filmu są tego doskonałym przykładem: w momencie, gdy widza należałoby zainteresować, reżyser serwuje grupkę dzieciaków, które w sposób podniosły i niebywale naiwny wykrzykują swoje zamiary i groźby pod adresem wroga, z obowiązkowym „pójdę z tobą, nie rób im krzywdy” głównego bohatera. W dalszej części zaś jak z rękawa sypią się drętwe frazesy o odpowiedzialności, konieczności poświęcenia, przyjaźni i sile, jaką daje społeczność. Brakuje jeszcze tylko amerykańskiej flagi powiewającej nad głowami bohaterów. Irytuje to tym bardziej, że film właściwie pozbawiony jest jakichkolwiek akcentów humorystycznych (nie liczę tu Sokki, bo jest bardziej żałosny niż zabawny). A przecież w tego typu filmach humor, choćby w niewielkim stężeniu, jest konieczny!

Ostatni Władca Wiatru jest filmem słabym. A właściwie nie tyle słabym, co potwornie banalnym i mdłym. Słowo „nijaki” doskonale oddaje każdy aspekt tej produkcji, poczynając od historii, kończąc na efektach specjalnych. Shyamalan poszedł po najmniejszej linii oporu, kopiując to i owo z filmów Jacksona, Emmericha czy Wachowskich. Tylko przy okazji zapomniał dodać do tego własnych pomysłów i odrobiny świeżości. Każdy, kto lubi filmy fantasy, niech Ostatniego Władcę Wiatru omija z daleka.

Piotr "Vivaldi" Sarota

 

Obsada:

Noah Ringer – Aang
Nicola Peltz – Katara
Jackson Rathbone – Sokka
Dev Patel – Książę Zuko
Aasif Mandvi – Admirał Zhao
Shaun Toub – Stryj Iroh
Cliff Curtis – Władca Ognia Ozai
Jessica Andres – Suki
Katharine Houghton – Kanna
Isaac Jin Solstein – Haru
Seychelle Gabriel - Yue

Tytuł oryginalny: The Last Airbender
Tytuł polski: Ostatni Władca Wiatru
Produkcja: USA
Czas trwania: 103 min.
Rok produkcji: 2010

Produkcja:

Reżyseria: M. Night Shyamalan
Scenariusz: M. Night Shyamalan
Muzyka: James Newton Howard
Zdjęcia: Andrew Lesnie
Montaż: Conrad Buff
Produkcja: Nickelodeon Movies, Kennedy/Marchall, Blinding Edge Pictures, Kathleen Kennedy, Scott Aversano,
Michael Dante DiMartino, Bryan Konietzko, Sam Merger, Frank Marchall

Odpowiedzi

portret użytkownika Nekromantka

A teraz ja na koniec powiem

A teraz ja na koniec powiem coś strasznego - bedzie ciąg dalszy z powodu dzieciaków w wieku ~ 10 lat, które zawalą kina swoja obecnością chcac koniecznie obejrzeć ekranizację swojej ukochanej kreskówki (nie do końca adekwatnej do ich wieku, lecz cóż). Słynne odcinanie metek od tytułu. Jedyne co,jeżeli ów film zaiste tak tragiczny, to można poradzić rodzicom, aby zażyli przed seansem coś nasennego i zaopatrzyli sie w mp3 lub zatyczki do uszu.

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi