Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Artykuły

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

portret użytkownika Michał Stonawski
W tej chwili stronę przegląda 1 użytkownik i 1 gość.

Strona główna

Podróż Turila (Michael Marcus Thurner)

Gdyby szukać gatunku najbardziej podatnego na możliwość ideologicznego nasycenia, SF z pewnością okazałoby się najlepsze. Pod płaszczykiem opowieści o kosmitach, nowych światach i dystopiach można upchnąć wszystko: krytykę stosunków społecznych, lęk przed nowymi technologiami, bezwzględne tryby działania władzy, degenerację cywilizacji czy chociażby zwykłe wyobcowanie człowieka, zmuszonego do życia w niegościnnym świecie. I autorzy z tych możliwości często korzystają, budując wizje z drugim, trzecim i piątym dnem. Czasem jednak trudno odnaleźć powieści, które nie ukrywają, że chodzi im tylko o dostarczenie czytelnikowi rozrywki – lekkiej i sycącej, ale niepozbawionej wartości; nie rezygnujących z powagi, ale nie hermetycznych. Podróż Turila Michaela Marcusa Thurnera próbuje być właśnie taką powieścią i co ważne – nawet jej się to udaje.

Na początku jednak łyżka dziegciu – i to duża. Tak niechlujnie wydanej książki dawno nie czytałem. Nie mam tu na myśli złego druku czy brzydkiej okładki – te elementy wyglądają dobrze – ale ilość literówek, jakimi naszpikowano powieść, jest porażająca. Na dodatek nie są to szczególiki w rodzaju zaginionego ogonka i przecinka, który coś zjadło, ale byków w rodzaju brakujących liter, spacji i całych słów. Gdyby jeszcze dotyczyło to pewnego kawałka powieści, początkowych partii, ale nie – błędy te przewijają się przez cały tekst, strasząc i przeszkadzając w miłym zażywaniu lektury. Drugim mankamentem – już bardziej subiektywnym – jest dziwaczny marketing, ale do niego jeszcze wrócę.

Powieść Turnera wpisuje się dość dobrze w model awanturniczy, w którym samotny bohater podróżuje po galaktyce i wdaje się w różne dziwaczne zdarzenia, by na koniec okazać się kimś więcej, niż tylko zwykłym wagabundą bądź złodziejem. Podobnie jest w przypadku Turila, wykonującego jednak bardzo szanowany zawód tanatologia (pytanie, czy jest szanowany ze względu na użyteczność, czy potęgę wpływów politycznych rodu grabarzy). Krąży między światami zamkniętego wszechświata Łysego Wora i robi to, co potrafi najlepiej: zmienia ostatnią drogę wielkich i bogatych w olśniewający spektakl, który potomni zapamiętają na długo, a samemu grabarzowi nabije sporo dodatkowej kasy. Przy okazji jest jednak Turil outsiderem w stosunku do innych tanatologów – po części z przypadku, po części z własnego wyboru, a po trosze zrządzeniem przeznaczenia. W każdym razie to na jego barkach spocznie dość niewdzięczne zadanie rozwiązania zagadki wyjątkowo nieprzyjemnych Kitarów…

Tekst na odwrocie książki porównuje grabarza do Ilona Tichego z powieści i opowiadań Stanisława Lema, co – moim zdaniem – jest jakąś pomyłką (ale marketingowo ładnie to porównanie wygląda). Tichy, mimo swoich wad i pewnej ekscentryczności, był człowiekiem przyjaznym, którego do podróży zaganiała ciekawość, chęć przygody i pewien idealizm, graniczący wręcz z naiwnością. Spoglądając na Turila, można powiedzieć o nim wiele, ale nie to, że jest przyjaznym – wręcz przeciwnie: to cynik, momentami niepoprawny hipokryta, krętacz i kłamca, od którego trudno otrzymać odrobinę przychylności, ale któremu zdarza się mieć przebłyski dobrego serca i sumienia. No i targany jest wewnętrznymi sprzecznościami.
W innej powieści taki typ z pewnością stałby po ciemnej stronie mocy, jeśli jednak przyjrzeć się światu wykreowanemu przez Thurnera, okaże się, iż w gruncie rzeczy Turil jest tylko człowiekiem starającym się dostosować do środowiska. Niech czytelnika nie zwiedzie początkowa narracja, jej w miarę lekki ton i groteska bijąca z wydarzeń do Domiendramie – Łysy Wór to koszmar zwolenników ładu i porządku. Wszechświat, gdzie niemal każdy kłamie i kantuje, a nic – począwszy od negocjacji handlowych, kończąc na spotkaniach politycznych – nie może obejść się bez hipokryzji, intryg, dwuznaczności, wazeliny i masek zmienianych wedle uznania. Wydaje się, że każdy gra tu jakiś spektakl, tylko po to, by osiągnąć określony i nie zawsze szlachetny cel.

Autorowi całkiem nieźle wychodzi pisanie o takim wszechświecie; buduje kilka wątków, początkowo mało ze sobą związanych, które z biegiem czasu coraz mocniej się ze sobą splatają, tworząc nieco schematyczną, ale niepozbawioną rozmachu opowieść. Nie skupia się ona na zawiłych opisach technologii i szukaniu drugiego dna w każdej opisanej społeczności, ale na sprawnych, plastycznych opisach i ciekawych bohaterach. Na pierwszy plan wysuwa się wątek wspominanych Kitarów i poszukiwania remedium na ich ataki, w co wplątany zostaje główny bohater, grabarze i kosmiczny ONZ, kierowany przez robota-socjopatę. Są zdrady, zaskoczenia, kilku wybrańców i nagłe zmartwychwstanie – czyli w gruncie rzeczy standard. Trochę szkoda, bo choć sprawnie napisane, to jednak wątki trącą schematami i dość łatwo można rozgryźć, jak cała sprawa się potoczy. Zdecydowanie ciekawsze są perypetie Turila jako tanatologia – jego „potyczki” z ceremoniałami pogrzebowymi i tymi, których należy pochować, refleksje na temat pracy grabarza, a wreszcie mój ulubiony wątek – konflikt między nim a sferą statku, GELFAREM, eskalowany z każdym kolejnym rozdziałem. Ten pojedynek między sternikiem a okrętem, w którym każda ze stron stara się podporządkować tę drugą, jest prowadzony z pomysłem i werwą, szkoda więc że nie stał się pierwszoplanowy dla powieści.

Powieści – dodać trzeba – nieźle napisanej. Próżno szukać tutaj długich wykładów z dziedziny fizyki i chemii czy też niekończących się dysput filozoficznych, w których odkrywany jest sens życia. Miast tego otrzymujemy barwnych i niejednoznacznych bohaterów, ciekawe pomysły dotyczące ras zamieszkujących poszczególne światy Łysego Wora (widać inspirację Lemem, choć momentami Thurner lekko przesadza), a także sporo plastycznych opisów, dotyczących zarówno fauny, jak i flory poszczególnych planet. Niekiedy autor wpada wprawdzie w przesadę, gdy zbyt szczegółowo opisuje pewne elementy (np. zdziwiła mnie nieco skłonność Thurnera do opisywania mąk, jakim poddana jest męskość Turila), ale w ostatecznym rozrachunku to nie przeszkadza aż tak bardzo w lekturze. Trochę gorzej jest z dialogami, które miejscami kuleją; wydają się zbyt drewniane, nieco pozbawione siły lub odwrotnie – zbyt ekspresywne w stosunku do kontekstu rozmowy. Na tle opisów wypadają blado.

Czy warto przeczytać Podróż Turila? Sądzę, że tak, choć wydaje mi się, iż więcej z lektury wyciągną osoby, które SF czytają od święta i nie chcą się wgryzać w rozwlekłe peregrynacje natury egzystencjalnej bądź technologicznej, mają natomiast ochotę poczytać o perypetiach outsidera w nieprzyjemnej części kosmosu i nie przeszkadza im pewna schematyczność opowieści. Zwolennicy gatunkowego ciężaru mogą poczuć się nieco rozczarowani, choć – przy odrobinie dystansu – także i oni powinni wciągnąć się w akcję. Zwłaszcza gdy czeka ich długa podróż pociągiem a nie chcą wozić przy sobie żadnych ciężkostrawnych lektur. Ja bawiłem się nie najgorzej.

Piotr "Vivaldi" Sarota

Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
dziękujemy wydawnictwu Prószyński i S-ka.

tytuł: Podróż Turila
tytuł oryginalny: Turils Reise
autor: Michael Marcu Thurner
wydawnictwo: Prószyński i S-ka.
tłumaczenie: Katarzyna Sowa
ISBN: 978-83-7648-635-2
oprawa miękka
format: 125 x 195 mm
objętość: 416 stron
cena: 36 zł
data wydania: luty 2011

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi