Pogoń (Olga Jeżyk)

    Pogoń

    Nadal nie wierzę, że to się stało. Że żyję, że istnieję, że mam jeszcze czas na poprawę. Może Bóg dał mi szansę? Hmm… Raczej nie. Gdybym była człowiekiem – na pewno. Nie pozwoliłby na to, by ONI dorwali niewinnego człowieka. Ba! Jakiegokolwiek człowieka. Złodzieja, sadystę, mordercę. Ale ja nie jestem człowiekiem. Bóg powołał ICH do tego, by chwytali takich jak ja i zsyłali prosto do Piekła. Bez szansy na poprawę, na „zneutralizowanie” postępków z Nieba. Na odzyskanie skrzydeł.

    Ludzie są naiwni, wierząc, że upadłe anioły mają jeszcze jakąś szansę. Prawda jest taka, że On się zwyczajnie nami bawi. Daje nadzieję na powrót, a później zsyła ICH.

    Tamtejszej deszczowej nocy stałam przy North Moore Street i zaglądałam przez szybę witryny „Playing Mantis”. Lubiłam ten sklep. Mimo że był z zabawkami. No bo jakie to były zabawki! Oryginalne, trwałe, drewniane i przerażająco drogie. Potwornie podobał mi się biały koń trojański za 600 dolarów. W tamtej chwili za tego konia mogłabym zginąć.

    Nie zwracałam uwagi na rzeczywistość. Tkwiłam przed witryną i wpatrywałam się we wnętrze dziwnego sklepu. Nie wiem, czy stałam tam pół, czy może cztery godziny. Wiem tylko, że serce podskoczyło mi do gardła, a nogi zamieniły się w watę, kiedy po drugiej stronie szyby pojawiła się twarz blond młodzieńca z bladą cerą. Odskoczyłam z krzykiem od tafli szkła i pognałam w stronę rzeki. Niestety – nim choćby przebiegłam chociaż połowę dystansu, drogę zatarasował mi wysoki Murzyn z kijem bejsbolowym w ręce. Oboje wiedzieliśmy, że chodziło mu właśnie o mnie.

    Nowy Jork to miasto, które nigdy nie zasypia. Jak to możliwe, że tamtej nocy na ulicach nie było nikogo? Że żaden samochód nie przejeżdżał przez tę część miasta? Nasuwa mi się jedna myśl – Bóg.

    Cofnęłam się przestraszona. Wpadłam na kogoś. Odwróciłam głowę. Blondyn.

    – Patrz, Nicco. Mamy naszego aniołka – powiedział czarnoskóry.
    Murzyn wraz z blondynem zaśmiali się wrogo. W oczach stanęły mi łzy. Z kilku powodów. Po pierwsze – musiałam pożegnać się z życiem i szykować się na bliskie spotkanie z Lucyferem. Po drugie – ze zwykłej bezsilności i złości. Po trzecie – bo Nicco mnie zdradził.

    Blondyn był moim przyjacielem. Poznaliśmy się na piątkowych spotkaniach w bibliotece. Kilka razy poszliśmy razem do kina. Później zaczęliśmy chodzić do kawiarni, restauracji, teatru, aż w końcu się zaprzyjaźniliśmy. W jednej z rozmów zdradziliśmy sobie nawzajem, kim jesteśmy. Oboje nie byliśmy tym zachwyceni, ale Nicco obiecał mi, że osobiście nigdy na mnie nie zapoluje ani mnie nie wyda. Prawdą jest też, że ostatnia nasza rozmowa zakończyła się kłótnią. Ostatnia rozmowa, czyli sprzed pół roku. Chłopak wypisał się nawet ze wszystkich wspólnych zajęć, ale…

    – Nie uważasz, stary, że za łatwo nam to poszło? – zapytał Murzyn, a Nicco złapał mnie za nadgarstki.

    – Myślisz, że zaraz mogą nas zaatakować jej mroczni kumple?
    – Nie, nie o to mi chodzi. Wiesz – w pościgach za aniołkiem lepszy jest sam pościg niż schwytanie aniołka. Tym razem po prostu go złapaliśmy. Wykonaliśmy robotę, ale nie mamy z tego żadnej frajdy.

    – Chcesz ją puścić? – zapytał zaskoczony blondyn. Jego kumpel uśmiechnął się i skinął głową. – Blaise, daj sobie spokój. Załatwmy ją tu i teraz i będzie po kłopocie. Pobiegasz sobie kiedy indziej.
    Nicco mnie puścił i popchnął na Murzyna.

    Źle się czułam, gdy mnie tak traktowali – zachowywali się tak, jakby polowali na bezmyślną zwierzynę, a później zaczęli się nad nią znęcać.

    – Biegnij! – krzyknął czarnoskóry.
    Spojrzałam w prawo i w lewo, szukając Nicco, sądząc, że słowa kieruje właśnie do niego. Blondyn stał jednak w miejscu.

    – No biegnij, aniołku! – powtórzył.

    Zawahałam się przez moment. Z jednej strony nie chciałam być uciechą dla tych dwóch sadystów, z drugiej jednak… Murzyn dał mi szansę ucieczki.

    Spojrzałam mu w oczy, po czym pobiegłam w dół Hudson Street ku miejscu po World Trade Center. W pewnym momencie odwróciłam głowę, sprawdzając, czy mnie ścigają. Biegł blondyn. Musiałam jednak oderwać od niego wzrok, bo poślizgnęłam się na mokrym asfalcie i wpadłam na… Murzyna! Wyrósł tuż przede mną! Szybko wstałam i, nim Blaise zorientował się, co się stało, skręciłam w którąś z małych uliczek.

    Do Battery Park dostałam się po godzinie, jeśli nie dwóch. Normalnie w takich warunkach zajęłoby mi to raptem dwadzieścia – trzydzieści minut, ale przez to, że non stop skręcałam w różne uliczki, by nie dać się złapać IM, droga się wydłużyła.

    Do parku wbiegłam z Blaisem na ogonie. Gonił mnie po alejkach przez pewien czas, by w końcu zniknąć. Zwolniłam i rozejrzałam się dookoła. Nie było nikogo. Oparłam się o pień drzewa i zaczęłam sapać, choć wiedziałam, że mogę się tym zdradzić. Łapałam jednak łapczywie hausty zimnego powietrza wraz z kroplami deszczu. Nagle ktoś zaszedł mnie od tyłu i zasłonił usta ręką. NICCO! Miałam ochotę krzyczeć, jednak blade dłonie blondyna mi to uniemożliwiały. Zaczęłam go bić i się szarpać, a potoki łez spływały mi po policzkach.

    Nie zdążyłam. Nie zdołałam uciec. Złapali mnie. Przegrałam.

    – Heidi! Heidi! Uspokój się!

    Na nic.

    – Heidi! Przestań! Bo Blaise cię znajdzie! A dobrze wiesz, że tego bym nie chciał.
    Zaskoczyło mnie to. Przestałam szarpać, drapać, bić, próbować krzyczeć. Zauważywszy to, Nicco wziął rękę z moich ust.

    – Co? – zapytałam otępiała.
    – Blaise jest właśnie pod Pier A i idzie w naszym kierunku. Jeśli teraz zawrócisz, wybiegniesz z parku i pobiegniesz z powrotem do Strefy Zero, uciekniesz mu.

    – Ale…

    – Ja co prawda miałem cię zaprowadzić do Pier A, ale powiem mu, że mnie przechytrzyłaś i pobiegłem za tobą do portów. Pamiętaj tylko, żeby trzymać się od East River Drive i Mostu Brooklyńskiego z daleka. Mam przeczucie, że czarnemu zaczęła już się nudzić ta zabawa i zadzwonił do kilku naszych znajomych.

    – Ale…

    – Słuchaj, jeśli będziesz tu nadal stać, to nie zdążysz wybiec z parku, zanim on tu przyjdzie, rozumiesz?

    – Ale…
    Nagle wydarzyło się coś, czego bym się nigdy nie spodziewała. Nicco mnie pocałował.

    – Wiedz o tym, że nie pozwolę IM cię skrzywdzić, rozumiesz? Ale jeśli zaraz stąd nie uciekniesz, to nawet ja nie powstrzymam Blaise’a przed wygnaniem ciebie. Biegnij Heidi, biegnij!

    Nie zważając na to, że byłam już całkiem wykończona, odwróciłam się od blondyna, by wybiec z Battery Park. Tym razem nie oglądałam się do tyłu, by sprawdzić,czy Murzyn biegnie za mną. Tym razem po prostu chciałam znaleźć się jak najdalej od parku.

    Nigdy więcej już nie widziałam Nicco. Blaise’a co prawda też nie, co nie znaczy, że jego kumple nie mieli mnie na oku. Za każdym razem, gdy ktoś pukał do drzwi mieszkania – zmienianego od tamtej pory co miesiąc – gdy zostawałam w nim sama, wiedziałam, że stają tam ONI. Byłam o tym przekonana. Kto wie, czy z NIMI nie było Murzyna? Z pewnością nie ja – nigdy nie odważyłam się otworzyć drzwi. Ba! Nigdy w mieszkaniu już nie zostawałam. Zabierałam najważniejsze rzeczy ze sobą i uciekałam przez okno.

    Lecz co się stało z Nicco? Mam nadzieję, że Blaise się o niczym nie dowiedział. Lub że blondyn zdołał zwiać, nim Murzyn zdał sobie sprawę, że chłopak pozwolił mi uciec. Wiem jednak, że nadzieja matką głupich i boję się, że nic nie potoczyło się tak, jak bym tego chciała…

    Olga Jeżyk

    Nazwa użytkownika

    Facebook

    Discus