Polcon 2011: dzień I

POLCON 2011
25-28 sierpnia, Poznań

Dzień, w którym pękło niebo...

W dniu, w którym wyruszałam z mroźnych, północnych krain (potocznie zwanych Trójmiastem) w kierunku – jak miałam nadzieję – cieplejszego nieco południa, nad miastem kłębiły się czarne chmury, co i rusz przecinane przez błyskawice, a grzmoty brzmiały tak, jakby Perun nabrał ochoty na naprawdę porządną rozróbę. Zignorowałam jednak to wszystko i wyruszyłam. Konkretniej stopy (no dobra, tak naprawdę nie stopy, a koła pociągu TLK) niosły mnie do Poznania, gdzie miał odbyć się zjazd elfów, rycerzy Imperium, krasnoludów i kosmitów... to znaczy, chciałam powiedzieć: Polcon – Ogólnopolski Konwent Miłośników Fantastyki. Stresowałam się ogromnie, gdyż miał to być mój pierwszy konwent w życiu i nie byłam pewna, czy czeka mnie tam zagłada, czy raczej Raj na Ziemi™. Z właściwą sobie tendencją do autodestrukcji uznałam, że co by to nie było, przynajmniej nie będzie nudno i skoczyłam na głęboką wodę. I wiecie co? To była jedna z najprzyjemniejszych kąpieli w moim życiu!

I nastał poranek, dzień pierwszy...

Do Poznania przybyłam (wraz z Woltusem, kolegą z redakcji) w środę – czwartek zaś spędziłam na odbieraniu razem z Tess, redakcyjną szefową i opiekunką w jednym, przyjeżdżających członków polconowej ekipy. Kiedy zebraliśmy już naszą drużynę, ruszyliśmy szturmem do budynku, w którym miał odbywać się konwent (Centrum Kongresowe Międzynarodowych Targów Poznańskich), w celu odebrania akredytacji. Mimo że pojawiliśmy się tam bardzo wcześnie, przed kasami już zdążyły pojawić się kolejki. Westchnęliśmy ciężko i ustawiliśmy się na końcu jednej z nich, ja zaś zaczęłam rozglądać się z zainteresowaniem po otoczeniu. Ogromny, długi pawilon ze szkła i metalu wbrew pozorom nie wzbudził mojej niechęci. Bałam się jedynie, jak odnajdę się w tym ogromie sal i korytarzy. Te lęki okazały się na szczęście bezpodstawne. Przygotowany przez organizatorów informator z programem wyposażonym w mapki (interesującym rozwiązaniem była możliwość ściągnięcia go na komórkę, co ucieszyło wielu konwentowiczów) oraz czytelne oznakowanie sal sprawiły, że nawet taki antytalent w orientacji w terenie jak ja nie czuł się zagubiony.

W końcu kasy zostały otwarte, a oczekujący ruszyli do szturmu na okienka, by wydrzeć organizatorom informatory, programy i identyfikatory. Te ostatnie zawierały kod, jaki należało przytknąć do ślepi czytników przy bramkach wejściowych. Jeśli czytnik uznał, że kod mu się podoba, pozwalał wejść na teren konwentu. Na szczęście stwory te okazały się wyjątkowo łaskawymi bramkarzami i bardzo rzadko robiły problemy przechodzącym – a nawet jeśli, to szybko dawały się ubłagać.

Do momentu otwarcia imprezy (pierwsze prelekcje miały zacząć się o godzinie szesnastej) zostało mi jeszcze sporo czasu – zdecydowałam się wykorzystać go i rozejrzeć się po stoiskach z gadżetami (stwierdziłam wtedy, że na pewno w ciągu tych kilku dni zbankrutuję) oraz na pięćsetne przeanalizowanie programu i ustalenie, na co właściwie chcę tego dnia iść. Bałam się, że te atrakcje, na jakich mi zależy, będą odbywać się o tej samej godzinie – a strasznie nie lubię klonować moich ciał astralnych (co jest niestety jedynym wyjściem w takiej sytuacji), gdyż później bardzo mnie boli głowa. Na szczęście, jak się później okazało, takich dylematów nie miałam zbyt wiele.

Pierwszym punktem, na jaki postanowiłam się wybrać – i na jaki czekałam od bardzo długiego czasu – była prelekcja Gdy Kanon wpada w czarną rozpacz, a Gramatyka z Logiką biegają nago po łące. Moi agenci donieśli, że pierwsza jej wersja została wygłoszona na tegorocznym Pyrkonie, gdzie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem: a poza tym miała ona dotyczyć tego, czym się interesuję na co dzień, czyli absurdów zawartych w fanfikach i innych internetowych opowiadaniach. Prowadziły ją Joanna „Koona” Roszak i Julia „Dżul” Zajder. Była to chyba jedna z bardziej udanych prelekcji polconowych. Dziewczyny potrafiły nawiązać świetny kontakt ze słuchaczami, którzy co i rusz wybuchali gwałtownym śmiechem, słuchając o bredniach, jakie pojawiają się w blogaskach. Przybyli na spotkanie mogli się dowiedzieć, kim – i jaka – jest Mary Sue (AKA Mary Sójka AKA Marysia Zuzanna). Mówiąc najkrócej: to każda bohaterka opowiadania czy powieści, która jest zbyt idealna: cudownie piękna, inteligentna, wyposażona w supermoce lub niezwykłe talenty, i przy tym całkowicie pozbawiona wad; a co za tym idzie – zupełnie niewiarygodna, kiczowata oraz niesamowicie irytująca. Prowadzące przedstawiły jej sylwetkę nad wyraz szczegółowo: opisały jej ubiór, cechy psychiczne i fizyczne (ach, te słynne samotne, kryształowe łzy spływające po policzkach), jej relacje z rodziną i przyjaciółmi. Omówione zostały także kwestie miłości i erotyki blogaskowej oraz wiele innych spraw, które najczęściej są w fanfikach opisane tak, że czytelnik nie wie, czy ma się popłakać, popełnić samobójstwo, czy raczej umrzeć ze śmiechu. Cóż, ja byłam kilka razy całkiem bliska tego ostatniego – na szczęście obeszło się bez ofiar w ludziach, a prelegentki zostały nagrodzone gromkimi oklaskami, które im się w pełni należały.

Druga prelekcja, zatytułowana Uczucia religijne a popkultura..., dotyczyła obrażania uczuć religijnych. Prowadził ją Jakub Ćwiek: dowcipnie i bezczelnie (choć duch Przyczajonego Mahometanina unosił się nad konwentowiczami) opowiadał o tym, czym właściwie są wspomniane uczucia i rozważał, czy tak naprawdę można je obrazić. Przytaczał też przykłady filmów należących do kina popularnego, które drwiły sobie z poprawności, a pobożności wykradły święte kielichy, bo zabrakło szkła na imprezę. Przyznam, że widziałam już niejedno: fascynuję się kinem klasy B, a ono nie uznaje żadnych świętości; jednakże pisarzowi nie raz udało się mnie zaskoczyć. Nie miałam na przykład pojęcia, że istnieje film, w którym Jezus jest czarny i nosi dredy oraz brata się z Antychrystem (kto się lubi ten się czubi, nieprawdaż?). Chrystus walczący z nazistami wraz z Ernestem Hemingwayem wzbudził we mnie euforię, a wieść, że był on jedynie pomocnikiem papieża-superbohatera, wycisnęła mi łzy z oczu. Oczywiście, oprócz tak nietypowych przykładów nie zabrakło wzmianki o kanonicznych kontrowersyjnych dziełach, jak na przykład Szatańskie wersety czy Dogma. Na prelekcji dowiedziałam się także, że „Jeśli w jakiejś poważnej historii pojawia się potwór z kupy, to jest to licentia poetica”. Zanotowałam, bo trafne, i Wam też radzę zapamiętać.

Ostatnim wykładem, na jaki udałam się tego dnia, był Komiks w kinie. Prowadził go Igor Paszkowski. Niestety: o ile dwa wcześniejsze były świetne, o tyle ten zdecydowanie mnie nie porwał... szczerze mówiąc, okazał się całkowitą pomyłką. Był dość chaotyczny, Paszkowski mówił trochę niewyraźnie, a kiedy ktoś z sali zadawał jakieś pytanie, miało się wrażenie, że odpowiedź na nie jest dla niego karą. Bardzo ciężko było mi skupić się na treści, mimo że przecież przeszłam kilkuletni trening wytrzymałości i skupienia (ach te poniedziałkowe wykłady o ósmej rano...). Kolejne minusy to mało interesująca prezentacja multimedialna (a przecież ten temat dawał ogromne pole do popisu i powinien być poparty solidną dawką ilustracji!) oraz śmiertelna powaga, z jaką prowadzona była ta prelekcja. Sytuacji nie poprawiał fakt, że ja byłam już zmęczona, a w sali było niesamowicie wprost duszno. W końcu postanowiłam zawlec moje zdychające powoli ciało do domu koleżanki z redakcji, Pauliny Jałoszyńskiej (zwanej Hagath), która zgodziła się przygarnąć mnie na kolejne noce; i tak skończył się dla mnie dzień pierwszy Polconu.

Dalej>>