Priest 3D
Od kilku lat obserwować można ciągły wzrost liczby filmowych adaptacji komiksów. Co więcej, wraz z ilością rośnie (a przynajmniej nie spada) również ich jakość – dość powiedzieć, iż kolejne filmy oparte na losach bohaterów Marvela, dotychczas kojarzone głównie z pozbawionymi uroku blockbusterami, nie epatują już tylko efektownymi walkami i marnym aktorstwem, ale zapewniają sporo lekkiej, niezobowiązującej i niegłupiej rozrywki na przyzwoitym poziomie. Jednak co ma do tego wszystkiego Priest? Otóż twórcom udała się sztuka niebywała: mimo sporego budżetu, futurystycznej konwencji i nowych technologii, zapewnili widzom prawdziwy powrót do przeszłości – do czasów, kiedy komiks postrzegano jako rozrywkę dla idiotów i maszynkę do wyciągania forsy z kieszeni fanów.
Powiedzmy sobie szczerze: zrobienie efektownego, wysokobudżetowego filmu z oryginalnego Priesta było niemożliwe. Mahwa autorstwa Min-Woo Hyunga to ciężka, krwawa i niezwykle przygnębiająca opowieść, łącząca western, horror sataniczny i zombie, tworząc z tych elementów piorunującą historię o winie, zemście i poszukiwaniu człowieczeństwa. Bez kategorii R by się nie obyło, a jak pokazuje przykład filmu Watchmen, tak wysoka kategoria wiekowa nie idzie w parze z dużymi wpływami... Jednak to, co uczynił reżyser, Scott Charles Stewart, zakrawa na kpinę – inaczej wszak nie da się nazwać sytuacji, w której filmową adaptację łączy z oryginałem tylko tytuł. Wydaje się, iż Stewart, widząc dobrą koniunkturę na filmy oparte na komiksach i historie o wampirach, próbował połączyć te dwie mody, licząc na to, iż fani dadzą się złapać na ten haczyk (optycznie pogrubiony dodatkowo efektem 3D). Jednak jak pokazały wyniki finansowe, ludzie nie dali się zrobić w balona i posłali Priesta tam, gdzie jego miejsce.
Cóż jednak sprawiło, iż potencjalny hit okazał się kiszką pierwszej wody? Na pewno nie odstępstwo od oryginału – co prawda jako fan pracy Hyunga (i komiksów w ogóle) zgrzytam zębami na widok takich ingerencji w materiał, ale jak pokazuje chociażby leciwa już Maska z Jimem Careyem, można zrobić ciekawy i udany film, zmieniając konwencję i wydźwięk komiksu – trzeba tylko mieć pomysł i umiejętności. Tych natomiast ekipie Priesta zdecydowanie zabrakło. Film jest niezwykłym przykładem braku inwencji i bazowaniu na zajeżdżonych konwencjach: oto mamy samotnego bohatera, który przeciwstawia się totalitarnej (i na dodatek religijnej) władzy Miasta, by uratować swą krewną; mamy questa, w którym dużą rolę odegra mroczna przeszłość głównego herosa; mamy przygłupiego przydupasa, zyskującego z czasem respekt Księdza oraz bezimienną kapłankę robiącą maślane oczka do bohatera (dzięki Bogu, wątek romansowy jest tutaj poprowadzony nieco inaczej, niż mogłoby się wydawać). Więcej? Proszę bardzo – główny Zły okazuje się überultymatywnym badassem, który wyciera bohaterem podłogę, a potem daje się pokonać jak dzieciak, nie mówiąc już o tym, że Ksiądz w pojedynkę potrafi rozwalić ilość wampirów wystarczającą do spacyfikowania sporego miasteczka. Ale nie koniec na tym: reżyser zdecydował się także pochwalić filmami, które oglądał w przeszłości. Tak więc panorama Miasta jest niemal żywcem wyjęta z Blade Runnera, zaś sama konstrukcja metropolii i jej ustroju dziwnie mocno zalatuje Sędzią Dreddem; bohaterowie przemieszczają się na pojazdach przypominających motocykle z Tron Legacy, zaś scena obiadu w pociągu jest kalką podobnego posiłku z pierwszej części Piratów z Karaibów. Cały film przypomina tym samym swego rodzaju potwora Frankensteina, albo jakiegoś rodzaju sałatkę jarzynową, do której twórcy wrzucali wszystko, co wpadło im w ręce i wydawało się pasować do zamysłu.
Ale i to jeszcze dałoby się przeżyć, wszak na oryginalności nikomu ostatnio nie zbywa. Tyle tylko, że do owej jarzynowej sałatki reżyser wrzuca jeszcze żelki, trochę boczku i całość zalewa kremem czekoladowym. Owym kremem jest tutaj patos i powaga, które mają bardzo duże stężenie, lecz daleko im do słodkości. Priest jest niemożliwie wręcz napuszony i pompatyczny, pozbawiony choćby krzty humoru (nie liczę Hicksa, bo był bardziej żałosny niż zabawny): postacie w zasadzie nie rozmawiają, tylko wygłaszają prawdy objawione, zupełnie jakby ktoś położył im na duszy 16 ton, a ich kwestie są tak kwadratowe, że mogliby ich używać jako broni obuchowej. Na dodatek wszystkie te tajemnice, mroczna przeszłość, nagłe niespodzianki – w zamierzeniu mające zapewne uczynić film mroczniejszym i posępniejszym – budzą uśmiech politowania (szczytem jest sama końcówka – większej sztampy już zrobić się chyba nie dało). Nawet aktorzy nie mają wiele do powiedzenia: grający Księdza Paul Bettany jest tak twardy, hardy i groźny, że niewiele brakuje, by testosteron tryskał mu uszami. No i to cedzenie przez zęby jak Brudny Harry... Cam Gigandet jak Hicks jest niewiele lepszy: ot, nieco mamałygowaty przydupas, który służy raczej jako kula u nogi, zaś Maggie Q w zasadzie tylko ładnie wygląda, bo jej rola Kapłanki jest absolutnie marginalna i mogłoby jej nie być. Jedyny wysiłek podjął tylko Karl Urban jako Black Hat, starając się nadać bohaterowi rys będący mieszanką sadysty i ironisty, co jest jednak z góry skazane na porażkę – bo antagonista sprowadzony jest do roli kolesia, który w finale dostanie po zadzie w najgłupszy możliwy sposób. I tak oto zaprzepaszczono szansę na ciekawą postać...
Gwoździem do trumny filmu Stewarta jest cała kupa nielogiczności i rozwiązań scenariuszowych, które określić można jedynie jako bzdurę. Od szczególików, takich jak sam fakt nazwania zabójców wampirów Księżmi (a ciekawe, jak w takim razie nazywani byli chrześcijańscy kapłani?), poprzez rzeczy cięższego kalibru (jakim cudem bohater potrafi przetrwać bęcki, które innych posłałyby na tamten świat?) aż po zupełne absurdy (po cholerę zamykać krwiożercze wampiry w rezerwatach, z których mogą uciec? I jaki sens ma nacinanie krzyża na nabojach w momencie, gdy potwory są wrażliwe tylko na światło słoneczne?). Długo można by wymieniać tego typu potknięcia, ale nie ma to większego sensu. Żeby chociaż jeszcze od strony technicznej film jako tako wyglądał... ale nie, i tutaj odwalono fuszerkę. Owszem, scenografia potrafi zachwycić pomysłem i wykonaniem, zaś niektóre zdjęcia prezentują zaskakująco wysoki poziom – cóż z tego jednak, skoro walki (czyli podstawa w tego rodzaju filmach) są zrealizowanie tragicznie, karykaturalnie i w sposób tak efekciarski, że ocierają się o kicz (walka ze strażnikiem gniazda jest tego najlepszym przykładem). W gruncie rzeczy najlepiej wypada tutaj animowany prolog do opowieści – klimatyczny i dobrze zrealizowany, ale to zdecydowanie za mało...
Priest to istny skarbiec niewykorzystanych pomysłów, fabularnych i wizualnych klisz, a przede wszystkim pokaz braku umiejętności, który sprawił, że produkcja, mająca w założeniu dostarczyć lekkiej i łatwej rozrywki, okazała się niestrawnym, pompatycznym potworkiem, kalekim dzieckiem pogoni za kasą. Film nie straszy, więc nie sprawdza się jako horror; brak napięcia dyskwalifikuje go jako kino akcji... Biorąc pod uwagę moje powtarzające się co pewien czas ataki śmiechu, należałoby Priesta uznać za komedię. Ale chyba nie takie było życzenie Stewarta...
Piotr "Vivaldi" Sarota

Tytuł polski: Ksiądz 3D
Tytuł oryginalny: Priest 3D
Produkcja: USA
Czas trwania: 87 minut
Premiera: 2011
Obsada
Paul Bettany - Ksiądz
Karl Urban - Black Hat
Cam Gigandet - Hicks
Maggie Q - Kapłanka
Lily Collins - Lucy Pace
Stephen Moyer - Owen Pace
Christopher Plummer - Monsignor Orelas
Alan Dale - Monsignor Chamberlain
Mädchen Amick - Shannon Pace
Produkcja
Reżyseria: Scott Stewart
Scenariusz: Cory Goodman
Muzyka: Christopher Young
Zdjęcia: Don Burgess
Montaż: Lisa Zeno Churgin


















































Odpowiedzi
Niewyobrażalnie i
Niewyobrażalnie i wszechogarniająco uwielbiam tę recenzję! :D
"- JAK SIĘ NAZYWA UCZUCIE, ŻE JEST SIĘ BARDZO MAŁYM I ROZGRZANYM?
- Pigmej?
- ZACZYNA SIĘ NA Z."
Od początku było wiadomo, że
Od początku było wiadomo, że ten film to kiszka.
Boimy się tego filmu Skarbie,
Boimy się tego filmu Skarbie, boimy, budzi nasz lęk!
Byłem na tym w kinie,
Byłem na tym w kinie, masakra!!! Tak wielkiego g*wna dawno nie widziałem.