Projekt Stalin (Adam Roberts)

    Nie przepadam za niespodziankami. Może to wynika z mojej filisterskiej, mieszczańskiej natury, może jestem nudny, ale zdecydowanie wystrzegam się niespodzianek wszelkiego rodzaju, zwłaszcza tych, na które zupełnie nie jestem przygotowany. Z drugiej strony, muszę powiedzieć, iż lubię science-fiction. Zwłaszcza to dziwne, klasyczne i kiczowate, z latającymi spodkami, groźnymi kosmitami i ludźmi-grzybami porywającymi nadobne niewiasty. Jest w nich pewien urok. Podobnie jak w książce Projekt Stalin, która okazała się niemal dokładnie taka, jak sądziłem, a mimo to mnie zaskoczyła.

    Powieść przyciąga wzrok, co do tego nie ma wątpliwości: chwytliwy tytuł (znacząco zmieniony, z racji nieprzekładalnej, angielsko-rosyjskiej gry językowej) i stylowa, nieco komiksowa okładka przedstawiająca papę Stalina posyłającego swych sołdatów do walki z latającymi spodkami może się podobać. Także sam druk przedstawia się interesująco: dobrze dobrana czcionka, niezły papier i ciekawa koncepcja, by zmianę języka, w jakim rozmawiają postaci, sygnalizować zamknięciem kwestii w kwadratowych nawiasach. Sprytne.

    A co z treścią? Ta prezentuje się nie gorzej od oprawy. Punktem wyjścia jest spotkanie na daczy u Stalina tuż po wojnie kilku pisarzy sci-fi, wśród których znajduje się Konstantyn Skworecki. Zadanie, jakie otrzymują, jest proste: wobec zbliżającej się przegranej USA w walce ze Związkiem Sowieckim, trzeba odnaleźć nowego wroga. A ponieważ komunizm jest systemem niemal kosmicznym i niemożliwym do ogarnięcia ludzką myślą, wrogiem tym mają być kosmici, planujący podbój planety. Tyle że niedługo potem cała operacja zostaje anulowana, a Skowrecki razem z resztą pisarzy pod groźbą śmierci zmuszony jest zapomnieć o całej sprawie… przynajmniej na pół wieku. Wtedy to bowiem zaczynają się dziać rzeczy dziwne i szalenie przypominające to, co zostało zawarte w tajemniczym „Projekcie Stalin”. Skowrecki, jako cynik i ironista, pozostaje sceptyczny wobec wszelkich rewelacji na temat UFO. Kiedy jednak ktoś staje twarzą w twarz z fanatykami z KGB, ugania się za sabotażystami, dyskutuje ze stalowym Stalinem i przeżywa własną śmierć, człowiek czasami już nie wie, w co tak naprawdę wierzyć.

    Projekt Stalin okazał się książką bliską moim oczekiwaniom, a jednocześnie znacząco inną. Sam pomysł, by pożenić komunizm z UFO może i jest dziwny, ale wcale niegłupi. Z pewnością natomiast daje pokusę, aby objąć to wszystko w ogromny nawias parodii i ironii, ukazać w krzywym zwierciadle, wyolbrzymiając i całkowicie wyśmiewając pewne elementy, doprowadzając je do granicy ekstremy.
    Tymczasem Adam Roberts zachowuje zaskakującą wręcz powagę, a absurd wynika nie tyle z obecności (lub nieobecności, zależy jak na to patrzeć) kosmitów, co ze zwykłej, szarej rzeczywistości, pełnej wyuczonych póz i zachowań. Skowrecki ma w sobie coś z bohaterów Kafki i Bułhakowa, kiedy jego cynizm i podbudowana racjonalną myślą ironia ściera się z groteskowym wręcz zachowaniem milicjanta lub irytującym Sałtykowem, cierpiącym na jakąś wariację nerwicy natręctw. W takich momentach Konstantyn staje się czymś w rodzaju samozwańczego rycerza rozsądku, który w dość wyszukany sposób próbuje powiedzieć ludziom, że są durniami. Roberts w tym koncepcie przypomina zwłaszcza wspomnianego autora Mistrza i Małgorzaty, choć oczywiście jest zdecydowanie bardziej dosłowny i nie waha się przed jednoznacznym pokazaniem „prawdziwej twarzy systemu”, nawet jeśli ujęcie jest nieco stereotypowe. No i na pierwszym miejscu pozostaje opowieść o inwazji z kosmosu.

    Bardzo dobrze wypada główny protagonista. Skworecki jest niemal antytezą bohatera: stary, zmęczony, swego czasu niestroniący od wódki, kopci jak smok a jego twarz została oszpecona w wyniku poparzenia. To ironista i sceptyk, który nie daje się owładnąć ani spiskowym teoriom snutym przez swego starego znajomego, Frenkla, ani przez znajomych Sołtykowa. W gruncie rzeczy znalazł się w centrum zainteresowania całkowicie wbrew swej woli, ale skoro już się z nim znalazł, nie zamierza odpuścić nikomu, swoimi ciętymi i złośliwymi komentarzami odkrywając absurd działań zmierzających do spotkania UFO. Co więcej, w jego usta wkłada autor wiele ciekawych uwag dotyczących literatury fantastycznonaukowej. Nie ma tego oczywiście aż tyle, by uznać książkę za autotematyczną, ale fakt ten wart jest odnotowania. Nieźle wypadają postacie drugoplanowe: Frenkel, pułkownik KGB, jest nieco stereotypowy, ale w swym demonicznym, mocno dwulicowym kształcie znakomicie sprawdza się jako adwersarz bohatera, tym bardziej, że jego działania mają pewne drugie dno, powodując, iż nie jest tak jednowymiarowy, jak może się z początku wydawać. Ciekawie prezentuje się postać Sołtykowa, niezwykle irytującego taksówkarza, który ze swoją dolegliwością jest jednocześnie komiczny i przerażający. I niebezpieczny, o czym przekonał się Skowrecki, gdy podczas ucieczki wrócił dokładnie w to miejsce, z którego uciekał. Interesującą bohaterką jest również Dora Norman, dość szeroka kobiecina, która w pewnym momencie staje się centrum wszelkiego zamieszania, choć nie wszyscy wiedzą, dlaczego. No i staje się bohaterką jednego z najdziwniejszych wątków romansowych, jakie miałem okazje ujrzeć.
    Robertsowi świetnie wychodzi pisanie dialogów – są żywe, pełne emocji i czarnego humoru. Czyta się je naprawdę z dużą przyjemnością.

    Oczywiście książka niepozbawiona jest wad. Można ją podzielić zasadniczo na trzy części (życie Skowreckiego, stan przejściowy i życie po życiu) i o ile cześć pierwsza wydała mi się rewelacyjna, o tyle dwie kolejne uważam za gorsze. Trzecia jest momentami nieco zbyt zagmatwana i rwana (choć z uwagi na fabułę taka chyba powinna być), zaś druga nie przekonała mnie konceptem dotyczącym Stalina. Owszem, wydaje się on niemal oczywisty i narzuca się od razu, mam jednak wrażenie, iż jest w tym zagrożenie związane z próbą jakiegoś usprawiedliwienia, lub może wyparcia zachowań, które wykraczają poza moralność zwykłego człowieka. A może to ja jestem przewrażliwiony?
    Zdarzają się także autorowi pewne wpadki, jeśli chodzi o budowanie napięcia i dialogów. Przykładem może być rozmowa Trofima ze Skowreckim w Czarnobylu. Ich wymiana zdań w pewnym momencie staje się zupełnie irracjonalna i przypomina przekomarzanie się przedszkolaków. Całkiem niezła rzecz, gdy stoi się w elektrowni jądrowej z walizką granatów…

    Projekt Stalin nie jest najlepszą książką, jaką czytałem, niewątpliwie jest jednak pozycją niezwykle ciekawą, zaskakującą sprawnością autora w budowaniu świetnych dialogów i klimatu absurdu, jaki cechował państwo komunistyczne. Roberts wystrzega się wymuszonej parodii, klozetowego humoru i taniego melodramatyzmu, tworząc książkę niebanalną, trochę dziwną i bardzo dobrą.

    Piotr "Vivaldi" Sarota

    Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego
    dziękujemy wydawnictwu Zysk i S-ka.

    Tytuł: Projekt Stalin
    Tytuł oryginalny: Yellow Blue Tibia
    Tłumaczenie: Adrian Napieralski
    Okładka: Red flying robot / Artur Sadło
    Autor: Adam Roberts
    Wydawca: Zysk i S-ka
    Miejsce wydania: Poznań
    Data wydania: wrzesień 2010
    ISBN-13: 978-83-7506-544-2
    Oprawa: miękka
    Stron: 328
    Wymiary: 150 x 225 mm
    Cena: 32,50 zł