Pyrkon 2010 - I

    Zapraszamy do oglądania zdjęć z Pyrkonu:
    Pyrkon 2010, 26.03.
    Pyrkon 2010, 27.03.
    Pyrkon 2010, 28.03.

    Pyrkon (okiem tess)

    Dzień I

    Na szczęście bezpośredni dojazd na Pyrkon okazał się łatwiejszy niż codzienne przemykanie się między poznańskimi korkami, jednak nie znaczy to, że obyło się bez atrakcji. Szukanie trasy zgodnej z mapkami przypominało nieco podchody. Zwłaszcza w punktach brzmiących podążaj za tłumem – w miejscu, w którym droga rozwidliła się na pięć ścieżek, tłum rozdzielił się na pięć grupek. Po czym okazało się, że każda z nich podążyła w złą stronę. Poprawna trasa i informator w postaci jednego z organizatorów, co sił w płucach wrzeszczącego: akredytacja tutaaaj! znalazły się – po drugiej stronie ulicy.

    A potem była Kolejka. Tak, przez wielkie "K". Najpierw grzeczne stanie w ogonku przed budynkiem C, następnie w tył zwrot – akredytacja w budynku C została zamknięta. Następnie – postój przed budynkiem B. Ten dla niektórych trwał wiele godzin. Część orzekła, iż kolejka była dłuższa niż rok temu. Jednocześnie obok ogonka wiele adrenaliny budził turniej w Prawo Dżungli – kto wygrał, trafiał na początek kolejki. Niemniej – po długich przygodach w pełnym słońcu i po zlokalizowaniu kolejnych "swoich" – udało nam się zaakredytować (choć pierwsze punkty programu raczej nie mogły się cieszyć dużą frekwencją).

    Istotną wiadomością jest to, iż w tym roku Pyrkon został umieszczony w trzech (zamiast w dwóch) budynkach. Dzięki temu noclegi z ciszą nocną i bez tejże zostały wreszcie rozmieszczone w odległości naprawdę gwarantującej spokój (sąsiadujące ze sobą korytarze sprawiały, że cichy korytarz doskonale słyszał każdą balangę); dzięki temu prowadzący dostali więcej miejsc na prelekcje. Wadą była odległość – kilkaset metrów to niewiele, jeśli trzeba przejść je raz, ale bieganie z sali do sali stało się o wiele bardziej uciążliwe. Głównie dlatego zdecydowałam się wybrać jeden budynek i przesiedzieć w nim cały wieczór. Nie oznacza to jednak, iż nie cieszy mnie dodatkowe miejsce – organizatorzy wyszli naprzeciw oczekiwaniom użytkowników, w dodatku budynek C był jednak "w zasięgu nóg".

    Pierwszą odwiedzoną przeze mnie salą była duża aula – miejsce spotkań kolejno z Jakubem Ćwiekiem, Andrzejem Pilipiukiem i Mają Lidią Kossakowską – niestety, ojciec Jakuba Wędrowycza nie pojawił się z powodu wypadków losowych.

    Spotkanie z Jakubem Ćwiekiem jak zwykle przebiegło w niezwykle energicznej atmosferze. Z początku Kuba poinformował, iż zażyczył sobie, by prowadzącym spotkanie był Łukasz Orbitowski albo nikt. Po czym przedstawił publiczności zasiadającego obok niego nikogo i zaprosił do pomocy osobę z publiczności – mającą wyznaczać, kto i kiedy zada pytanie. A pytania – jak to w wypadku ćwiekowskich spotkań – prowadziły do wielu anegdotek, dowcipów… Kuba zdradził też, co zastąpi cykl o Kłamcy po ukazaniu się wyczekiwanej czwartej części. Nowy pomysł podsumował: Mnóstwo muzyki rockowej, trochę postapo, Ewangelia w wersji Black Sabbath. Wyobraźcie sobie Ozzy’ego jako jednego z ewangelistów, to załapiecie klimat. Bohaterami książki będą członkowie zespołu rockowego, teksty utworów napisze (a jeśli przydarzy się okazja – może także zaśpiewa) Kuba.

    Po spotkaniu autorskim nadszedł czas na autografy. Ponieważ oficjalnie miejsce ich rozdawania znajdowało się w innym budynku niż spotkanie, pisarz zlitował się nad fanami i przysiadł na schodach, otoczony licznym tłumem – a gdy autogramiada zbliżała się już ku końcowi, otrzymał wiadomość od organizatorów, iż Andrzej Pilipiuk nie przyjechał, więc sala jest nadal do jego dyspozycji. Kuba zarządził powrót na aulę… by dowiedzieć się, że w międzyczasie drzwi zostały zamknięte. A gdy wreszcie dostał się do środka, czekała go kolejna fala próśb o autografy, wspólne zdjęcia, drobne wywiady, rady dla debiutantów…

    Po Kubie salę przejęła Maja Lidia Kossakowska, która zgromadziła nie mniejszy tłum fanów. Prowadząca spotkanie pytała w dużej mierze o dzieło, z którego pisarka jest najbardziej dumna – czyli o cykl Upiór Południa, nikogo jednak nie zaskoczy wiadomość, iż czytelnicy najczęściej pytali o cykl anielski. Maja opowiedziała też o swojej miłości do kotów i koni – zdradzając też pewną smutną wiadomość – wszystkie koty występujące w Zbieraczu Burz to prawdziwe koty, które pisarka dokarmiała przez kilka lat na swojej działce i które zostały brutalnie zamordowane przez ludzi, których Maja nie umie nazwać ludźmi. Pisarka wspomniała też, że możliwe, iż na swojej nowej stronie internetowej zamieści niektóre ze swych wierszy. Zdradziła też jeden z planów pisarskich – humoreskę w klimacie space opery.

    Między spotkaniami odbyłam oczywiście obowiązkowy spacer po korytarzach budynku A i po księgarni, gdzie zobaczyłam rozbicie niejednej małej fortuny. Cóż, wpuścić konwentowicza między książki… albo koszulki ze smokiem i dziewicą – to mówi samo za siebie.

    Przed nocą zaliczyłam jeszcze krótkie spojrzenie na fireshow, które – choć robiło wrażenie – wydało mi się mniej dopracowane niż rok temu. A potem pobiegłam na ostatni dzienny tramwaj, by nabierać sił przed kolejnym dniem konwentowania.

    Dalej >>