Pyrkon 2010 - IV

Pyrkon 2010 (okiem Vivaldiego)

Czwartek, 25 marca

Odjazd z Krakowa o 13.05 i siedem godzin w pociągu. Zgroza. Na dodatek kilkunastominutowe spóźnienie spowodowało, że desant na dworcu głównym nastąpił chwilę po godzinie dwudziestej, gdzie główne siły inwazyjne połączyły się ze stacjonującym w mieście garnizonem. Po krótkich czynnościach aklimatyzacyjnych i okopaniu się na pozycjach nadszedł czas na zasłużony odpoczynek. Główny atak przewidziano na dzień jutrzejszy.

Piątek, 26 marca

Przed wyprawą zaplanowano wcześniej krótkie rozpoznanie terenu i wymianę wyposażenia. W drodze powrotnej do bazy dowództwo zgarnęło jeszcze Josteina, znacząco powiększając kontyngent i siłę ognia przed planowanym atakiem. Mimo niesprzyjających warunków logistycznych (w osobie poznańskiej komunikacji miejskiej, która mimo odpowiedniego położenia geograficznego nie przejawia w żadnym razie niemieckiej dyscypliny i punktualności) dotarliśmy do bazy, a potem wyruszyliśmy na Pyrkon.

Jak się okazało, przybycie na miejsce (niemal) w samo południe okazało się niewystarczające. Co więcej, w wyniku intrygi wrogich sił i złych informacji wywiadu, pierwszy punkt zborny okazał się fałszywy i (prawie) rozwścieczony tłum musiał udać się do kolejnego, jeszcze bardziej zatłoczonego, gdzie chyba tylko cud uchronił organizatorów przed zbiorowym szaleństwem, grabieżą i zniszczeniem (widok kilkunastometrowej kolejki był całkiem zabawny – przynajmniej z perspektywy tych, którzy byli przy samych drzwiach. Rozumiem, że kilkugodzinne stanie w kolejce wyrabia cierpliwość, wolę jednak nie wiedzieć, co czuli ludzie, którzy stracili prelekcje z powodu monstrualnego ogonka do akredytacji). W owej kolejce udało się nam jeszcze zebrać posiłki, w postaci Nubii i Woltusa, podróżujących z podręczną barykadą przeciwczołgową. W końcu udało się wtargnąć do środka i rozpocząć skomasowany atak na pyrkonowe atrakcje.

Na pierwszy ogień poszło spotkanie autorskie z Jakubem Ćwiekiem, na które nasze dowództwo rzuciło niemal wszystkie zgromadzone siły. Spotkanie przebiegało w luźnej, przyjacielskiej atmosferze, podczas której Ćwiek zaprezentował się jako człek inteligentny, z poczuciem humoru i dystansem do samego siebie. Bez większego problemu odpowiadał na pytania dotyczące jego „spraw płacowo–roboczych” w Fabryce Słów, nadchodzącej książce o wojnie secesyjnej, planach dotyczących czwartej części Kłamcy, a także innego projektu literacko-audialnego, który wydał mi się wyjątkowo interesujący. Cóż, jeśli autor stwierdza, że szykuje się Biblia według Black Sabbath i Ozzy jako Ewangelista to rzeczywiście można nabrać apetytu. Poza tym nabrałem ochoty na przeczytanie Ofensywy szulerów. Eh, wystarczy, że ktoś napisze coś o filmie i już lecę. Głupi jestem…

Po zakończeniu spotkania nasze siły podzieliły się w celu zaatakowania większego odcinka frontu. Mój korpus podążył na prelekcję Jak najbardziej prawdopodobne, dotyczącą ukochanych przez wszystkich zombie. Niestety, z powodu niedostatecznego zaplecza technicznego i spóźnienia ciężkiego sprzętu, starcie rozpoczęło się z opóźnieniem. Ewa Markowska przedstawiła pokrótce, dlaczego w chwili obecnej zombie stały się podstawą straszenia, deklasując staromodne wampiry i wilkołaki, mniej „prawdopodobne” i głupsze. Gros dyskusji wypełniła wymiana poglądów na ile możliwa byłaby inwazja zombie, ich ewolucja w dziełach kultury i sposoby utylizacji. Szkoda tylko, że panel trwał niecałą godzinę, gdyż mogła wywiązać się całkiem niezła dyskusja, podparta filmowymi przykładami…

Chwile później pędziłem w kierunku Sali literackiej 2, gdzie miała odbyć się potyczka z Łukaszem Śmiglem. Niestety, wywiad po raz kolejny zaspał i okazało się, że Śmigla nie było. Był za to dość korpulentny jegomość, który opowiadał o wiktoriańskiej grozie w steampunku. Po prawdzie, to większą cześć wykładu zajęły piętrowe dygresje i ubolewania na temat polskiej fantastyki, która jakoś nie chce zajmować się steampunkiem, choć ma doskonałe pole do popisu, jeśli chodzi o ten podgatunek (a jak pokazuje komiks Pierwsza brygada wspominany na prelekcji, da się to zrobić z dobrym skutkiem). Panel może nie był wyjątkowo spójny tematycznie, a i z przepływem myśli bywały problemy, jednak przyjemna atmosfera sprawiła, że nie był to czas stracony, pomimo nieobecności Śmigla.

Kolejna bitwa miała mieć miejsce na panelu Realistyczna walka kosmiczna gdzie rozważano sposoby walki kosmicznej pod względem fizyki, z uwzględnieniem jej praw, a także możliwości technologicznych. Niestety, ta potyczka zakończyła się dla mnie porażką, z powodu przeważającej siły wroga, która niemal uniemożliwiła jakiekolwiek działania i zmusiła do odwrotu, pomimo niewątpliwie ciekawego tematu wystąpienia (choć osobiście uważam, że tego typu rozwiązania są dostępne raczej dla literatów – zastosowanie tej metody przedstawiania w filmie, w którym musi się coś dziać i musi to być widać, mogłoby skończyć się niedobrze dla producenta i reżysera).

Na tym zakończyły się działania wojenne tego dnia, Pozostało tylko powrócić do bazy w glorii i chwale, z plecakami pełnymi łupów zdobytych na dobrze zaopatrzonych księgarniach i chętnych do podpisywania książek autorach. W domu zaś czekała smaczna wieczerza, w postaci domowej pizzy, której konsumpcja zapewniła napełnienie żołądka i spokojny sen przed nadchodzącym, kolejnym dniem zmagań z Pyrkonem.

|| Dalej >>