Pyrkon 2010 - V

Sobota, 27 marca

Poranna musztra, pomimo niesprzyjającej godziny, przeprowadzona została dość sprawnie. Po spakowaniu niezbędnego wyposażenia grupa uderzeniowa ruszyła w kierunku punktu docelowego, jakim był Pyrkon. Aura przywitała siły inwazyjne chłodem i deszczem, ale nie wprawiało to nikogo w zły nastrój. W końcu każdy uwielbia zapach deszczu o poranku. Pachnie jak… zwycięstwo. Nie dało się niestety tego samego powiedzieć o transporcie, który znacząco opóźnił desant i pokrzyżował plany zdobycia najdalej wysuniętych czasowo placówek nieprzyjaciela. Nie przeszkodziło to jednak dowódcom w zajęciu dogodnych pozycji i przegrupowaniu, w celu skuteczniejszego ataku.

Moja kompania zaatakowała odcinek frontu wyznaczony przez Ewę Białołęcką. Prelekcję Autor versus bohater, albo RPG w pojedynkę uznaję osobiście za jedną z ciekawszych i sensowniejszych. Pisarka, na przykładzie czterech kanonicznych (żeby nie powiedzieć – sztampowych) postaci, przedstawiła szereg zagadnień i problemów, jakie należy wziąć pod uwagę podczas tworzenia bohatera. Co zabawniejsze, rzeczy te były tak oczywiste, że w większości przypadków człowiek nawet nie zaprzątałby sobie nimi głowy. Ot, taki na przykład problem rycerskiego ekwipunku albo wieku i nastawienia księżniczki… Wykład był prowadzony prosto niczym budowa cepa, a jednocześnie naprawdę „otwierał oczy” na durnoty, w jakie wdepnąć może pisarz. Jedynym problemem była publika, która momentami była zbyt aktywna, za głośna i mówiła za dużo, niekoniecznie zresztą mądrze, zagłuszając prelegentkę. Ludzie, kultury trochę, kurza wasza morda rać!

Po wyczerpującej a zwycięskiej bitwie zgromadzone siły szybkim marszem przemieściły się na północ, by dotrzeć do bloku SW, gdzie zaczynał się wykład Miecze średniowieczne w kulturze współczesnej na przykładzie Gwiezdnych Wojen. Niestety, po przybyciu na miejsce wojska zostały liczebnie przytłoczone przez wrogie siły, które nie pozostawiły nawet miejsca na najmniejszy manewr. Jedynym wyjściem był odwrót. Plusem był duży zapas czasu, który wykorzystano na okopanie się w punkcie prelekcji na temat narracji w komiksie, prowadzonej przez Filipa Bąka. Przedstawił on główne jej założenia, którymi zdecydowanie różni się ona od literackiej czy filmowej, opierając się na czymś, co Filip określił jako „animacja” (osobiście wolę określenie „elipsa”). W skrócie chodzi o umiejętność wypełniania przerw pomiędzy kadrami, co głównie wiąże się z „dopowiadaniem sobie” brakującego ruchu, z czym nie radzą sobie często np. osoby starsze. Pokrótce omówił także sposoby kadrowania i budowy układu strony i przedstawił kilka interesujących konstrukcji kadrowych. Nie było to nic, czego wcześniej bym nie znał, potwierdził natomiast informacje znane mi już wcześniej.

Chwilę później kompania połączyła się z dywizjonem dowodzonym przez pułkownika Josteina i silną grupą wkroczyliśmy na pola Tannenbergu, gdzie rozpoczynał się panel Grunwald – 600 lat później, podczas którego ze Szczepanem Twardochem dyskutowali Lech Jęczmyk i Marcin Wolski. Na początku ci dwaj ostatni, z uwagi na spóźnienie Twardocha, porozmawiali nieco o historii (ciekawie!), a kiedy Szczepan wreszcie dotarł, rozmowa zeszła na temat ksiązki, którą akurat pisał, a która opowiadała o Grunwaldzie w klimatach sci–fi, cyberpunk, historical fiction i Bóg wie, czego jeszcze. Nie obyło się oczywiście bez odczytania fragmentu, który mnie osobiście nieco skołował, z uwagi na masę określeń zaczerpniętych z języka staropolskiego i staroniemieckiego. Zapowiada się ciekawie. Natomiast oprócz zaprezentowania książki, Twardoch powiedział nieco o założeniach powieści: dlaczego akurat Grunwald, dlaczego taka stylistyka i co wspólnego mają Polacy i Niemcy (poza tym, że jedni i drudzy to cholerni romantycy). Było nieźle.

Po zakończeniu panelu nasze siły uległy podzieleniu i moja kompania pomaszerowała w kierunku budynku C, gdzie zaplanowany był wykład Biust fantastyczny, stanik sadystyczny, czyli o złym dobieraniu biustonoszy w filmach Fantasy i SF, prowadzony przez Krasnolę i Izraela. Niestety, po raz kolejny musiałem skapitulować wobec nawałnicy wrażych sił, które żądne poznania tajnych informacji i podziwiania widoków, wypełniły pole bitwy po brzegi i nawet się z niego wylewały. Na szczęście, w tym samym miejscu miały odbywać się kolejne dwie potyczki, jakie zaplanowałem na dziś. Pierwszą z nich była Historia Animacji: od Królewny Śnieżki do Avatara, gdzie Agnieszka Tambor starała się (pomimo początkowych problemów technicznych) prześledzić rozwój animacji począwszy od zamierzchłych czasów kina niemego, aż po czasy niebieskich smurfów biegających po drzewach w filmie Camerona. Wykład ciekawy, choć nie dowiedziałem się z niego niczego nowego ponad to, co wiedziałem wcześniej. Na pocieszenie obejrzałem sobie fragment animacji Winsora McCaya z lat dziesiątych XX wieku (całkiem niezła, choć mocno archaiczna).

Prelekcja o animacji pozwoliła także kompani zawczasu okopać się na dogodnych pozycjach i w gotowości oczekiwać na atak. Ten nadszedł nieco później, niż oczekiwano (i z odrobiną technicznego bałaganu), lecz był niemal miażdżący. Obrona z trudem wytrzymała, aby nie rzucić się w wir walki na całego. Agnieszka Piechnik ze studia Platige Image przedstawiła kilka animacji autorstwa ludzi ze studia, a więc nie tylko Tomka Bagińskiego, ale i jego współpracowników. Obejrzeć więc można było nie tylko wielokrotnie pokazywane Katedrę i Sztukę spadania, ale także znany póki co tylko z festiwali Kinematograf (doskonała rzecz, z poruszającą historią i całkowicie miażdżącą techniką), Czas nieskończoności (ciekawy technicznie, ale cholernie trudny do interpretacji film w konwencji SF), Ark (bardzo pesymistyczny, z ciekawym finałem), The Great Escape (świetna, doskonale zrealizowana i niesamowicie zabawna rzecz, z wyjątkowo wredną woltą na koniec), Moloch (mało efektowny, ale bardzo niepokojący) i Laskę (zupełnie szalona rzecz o kobiecie modliszce, z niezwykłymi pomysłami i techniką). Wyemitowano także filmiki studia do gry Wiedźmin (doskonałe) i… fragmenty reklam, jakie przygotowało Platige. Doprawdy, człowiek nie pomyślałby, że za tym czy owym stoi studio Bagińskiego…

Nie minęło wiele czasu, a już szturmowana była kolejna prelekcja, tym razem Steampunk – od źródeł, przez ruch do estetyki, w której udział brali Cetnarowski, Walewski, Kosik i Matuszek. Co ciekawe, nie skupiono się li tylko na steampunku, ale – co się chwali – zbudowano wcześniej cały kontekst społeczny i kulturowy, wychodząc od punku. Prześledzono jego genezę, założenia i postulaty, poparte sporą dawką dobrej muzyki, by od zjawiska kontrkulturowego płynnie przejść do popkultury, której wytworem był cyberpunk. To, w jaki sposób implikował on steampunk, dobrze wychodziło przy okazji konfrontowania założeń tych dwóch estetyk. Jeśli cyber obawiał się inteligentnych maszyn, steam całkowicie nad nimi panował. Gdy w światach cyfrowych człowiek dogorywał, wybierając przeżycia postmoralne, w erze postindustrialnej miał się doskonale, popijając winko na pokładzie sterowca. Nie zapomniano nawet przeciwstawić sobie gadżetów, w postaci lustrzanek i steampunkowych gogli. Wnioski płynące z dyskusji były takie, że steampunk jako estetyka nie wnosi ze sobą żadnych postulatów politycznych czy społecznych; jest gadżeciarstwem. Ale gadżeciarstwem intrygującym i pociągającym, jak zresztą można było zobaczyć na slajdach, gdzie prowadzący prezentował między innymi przerobiony na modłę wiktoriańską komputer…

Los chciał, że po zakończeniu panelu nastąpiła kontrofensywa ze strony pyrkonowego legionu, w osobie kontradmirała Jakuba Ćwieka, który sprawnym manewrem zapewnił sobie prowadzenie prelekcji na temat tworzenia bohatera heroicznego. Zresztą, tytuł wystąpienia Stwórz sobie twardziela mówił sam za siebie. Wykładzik przeprowadzony był w luźnej atmosferze, Jakub zaś starał się określić, jakie cechy powinien posiadać bohater heroiczny, jakich nie posiada z pewnością, czemu wredny sukinsyn nie może być herosem i dlaczego jedynym żyjącym człowiekiem po atomowej zagładzie będzie John McLane i jego biały podkoszulek. Ciekawa sprawa, choć przydałoby się, żeby potrwało to wszystko jeszcze z jakieś piętnaście minut…

Kompania, choć wyczerpana nieustającą batalią, hukiem dział i szalejącymi sanitariuszami, udała się jeszcze na Jubileusz Pyrkonu, gdzie organizatorom zebrało się na wspominki poprzednich edycji. Tutaj też nastąpiła chwila nagrodzenia wszystkich aktywności okołopyrkonowych. Po kolei rozstrzygano sprawy z nagrodami za konkurs literacki, konkurs na scenariusz larpowy, na najlepszy projekt koszulki konwentowej i jeszcze kilka innych. Następnie lud konwentujący zebrano do kupy i wykonano serię grupowych zdjęć do akt policyjnych, by po chwili na salę wjechał tort, na który zebrani rzucili się z wprawą rozszalałego berserkera. Moja kompania spasowała i nawet nie zabrała się do rozbrajania tej kalorycznej bomby, zadowalając się powrotem do bazy. Kolejny dzień batalii był zakończony. Zbliżała się godzina zero…

|| Dalej >>

Komentarze

No Avatar
Tixon on czw., 02/13/2014 - 13:03

Znajdź Tixona :D

No Avatar
tess on czw., 02/13/2014 - 13:03

I Gotana, i Vivaldiego, i Josteina... :P
Tess znaleźć łatwo, bo robiła zdjęcie.

Obrazek użytkownika Lorelay
Lorelay on czw., 02/13/2014 - 13:04

Mateńko kochana! To zdecydowanie nie na moje oczy :P