Pyrkon 2011 – dzień drugi, cz. II

Po zakończeniu prelekcji nastąpiła mała rotacja: wszystkich kosmicznych podróżników, awanturników i piewców nowego porządku wywiał radioaktywny wicher, na ich miejsce natomiast wtoczyła się całkiem pokaźna grupka skrybów, zachłannych wiedzy, która umożliwiłaby im rozpowszechnianie swoich płodów artystycznych na dużą skalę. Arkana sztuki wydawania książek wyjaśniała Anna Brzezińska, objaśniając Jakie błędy popełniają najczęściej ludzie, którzy przysyłają swoje teksty do wydawnictwa. Dla mnie – jako nieopatentowanego grafomana – historie te brzmiały niczym opowieści z krypty: teksty, których zapomniano podpisać, zasypywanie skrzynek wielosetstronicowymi powieściami, podsyłanie opowiadań z błędami, radzenie sobie z frustratami, zbulwersowanymi, że ich twórczość odrzucono, proces rocznej edycji książki, zanim trafi ona do druku… Nie sądzę wprawdzie, aby wielu z tych, którzy zalewają wydawnictwa swoimi wypocinami, było na tej prelekcji, ale myślę, że dla osób celujących na poważnie w papierowy debiut panel ten przyniósł kilka ciekawych informacji – choćby mówiących, czego nie należy robić. Dobra rzecz.

Opuściwszy towarzystwo być-może-kiedyś literatów i gwarantowany przez nich spokojny kącik, zagłębiłem się w niezbadane tereny pełne niebezpieczeństw i wszelkiego rodzaju kulturowych odniesień na spotkaniu autorskim z Markiem S. Huberathem. Tematem wiodącym była oczywiście nowa powieść pisarza – Vatran Auraio (świetna zresztą). W trakcie spotkania Huberath (którego twórczości wcześniej szerzej nie znałem) ujawnił mi się jako autor o dużej wiedzy, ciekawych pomysłach i olbrzymiej pewności siebie, a także poczuciu wartości swoich książek. Momentami mogło się wydawać, iż ta pewność przechodzi wręcz w egocentryzm, ale z pewnością można takie nastawienie zrozumieć u osoby, która stworzyła powieść tego pokroju co Vatran Auraio. Ogólnie spotkanie ciekawe, choć prowadzący Krzysztof Głuchy wyglądał przez cały czas na zblazowanego, zupełnie jakby musiał być tam za karę. Nie dało się znaleźć kogoś bardziej dynamicznego?

Dzień chylił się ku końcowi, ciemność przyoblekła Ziemię, a pyrkonowa siedziba z lekka opustoszała, gdy czekałem na ostatnie tego dnia prelekcje. A właściwie na jedną, konkretną – spotkanie autorskie z Krzysztofem Piskorskim. Owszem, po drodze był jeszcze panel Pomiędzy fantastyką militarną a space operą, na który wybrałem się z ciekawości, ale nie zrobił na mnie wrażenia. Nie z winy prelegenta – ten zdawał się mieć głowę na karku – ale z powodu całkowicie abstrakcyjnej dla mnie zawartości: wspominane powieści i autorzy absolutnie nic mi nie mówili (no, poza Żołnierzami kosmosu), na dodatek pytania padające od pasjonatów były tak hermetyczne, że ten, kto nie siedział mocno w temacie, nie miał szans nic z tego wynieść…
W każdym razie nadeszła upragniona godzina, Krzysztof wszedł do salki… i z miejsca wyraził zdumienie, iż komukolwiek jeszcze chciało się przychodzić na spotkanie. Na pytania odpowiadał swobodnie, ale nie rozwlekle, wydawał się wyjątkowo wesoły i sympatyczny. A o czym mówił? O inspiracjach, o procesie twórczym i o książkach – niekoniecznie fantastycznych – nad którymi właśnie pracuje, a także o tym, jakim sposobem jego Krawędź czasu (bardzo dobra swoją drogą) zdobyła tak efektowną oprawę graficzną… Trochę szkoda, że jego spotkanie autorskie nie wypadło ciut wcześniej, w większej sali: Krzysztof wydaje się całkiem wygadanym gościem, który – co ważniejsze – mówi z sensem. Po zakończeniu spotkania jeszcze obowiązkowy łup w postaci autografu (No to Runa ładnie zrobiła – gdzie tu się podpisać?) i można cieszyć się z efektywnie spędzonego dnia.

W poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, z potężnymi artefaktami w sakwie i świetlanymi perspektywami dnia następnego można było udać się na spoczynek i w snach pomarzyć o wielkich łupach, bezwstydnych i zepsutych księżniczkach oraz czasach, kiedy człowiek w końcu wyśpi się we własnym, miękkim łóżku.

|| Dalej >>