Pyrkon 2011 – dzień pierwszy

Fotorelacja:
Pyrkon 2011 – dzień pierwszy
Pyrkon 2011 – dzień drugi
Pyrkon 2011 – dzień trzeci

Za górami, za lasami, gdzieś po środku ziemi wydartej przebrzydłym Teutonom stało miasto Poznań, ze swojej kiepskiej komunikacji miejskiej słynące i w rude kobiety zasobne. Tam też tradycją stało się, iż pod koniec trzeciego miesiąca każdego roku miasto nawiedza fala wędrowców wszelkiej proweniencji, spieszących na spęd dziwaków każdego rodzaju, zwany przez niektórych konwentem, a przez innych po prostu Pyrkonem, na cześć znanego boga płodów rolnych i frytek. Tego roku jednak, pamiętnego 2011, konwent miał wyglądać inaczej niż wszystkie inne. Ale nie uprzedzajmy faktów…

Wydostawszy się z trzewi stalowej bestii relacji Kraków – Szczecin ujrzałem swemi oczętami twierdzę, w jakiej miał przesiadywać tłum najeźdźców: ogromny gmach ze szkła i stali robił duże wrażenie (w porównaniu z prowincjonalną twierdzą z zeszłego roku), a przede wszystkim był bardzo blisko, dzięki czemu Nadzorcy i Orgowie mogli trzymać wszystkich w kupie, nie ryzykując rozpełznięcia się przybyszów po mieście i związanego z tym naruszenia zasad dobrego smaku i powszechnego bałamuctwa. Niedługo potem – razem z gospodziną tesską – zgarnęliśmy kontyngent z wybrzeża: Szamajima, Lorelay, Woltusa, Darka Domagalskiego oraz Ewę Białołęką (później zresztą dołączyli również Hagath, Nubia i Gotan, współgospodarz ekipy). W tym składzie ruszyliśmy szturmem na budynek Targów Poznańskich po złoto i sławę, wyrytą na konwentowych akredytacjach. Po małej zawierusze związanej z kierunkiem marszu wreszcie wtargnęliśmy do środka. Pierwsze wrażenie: ależ tu dużo miejsca. Drugie wrażenie: nie ma kolejki! To nie jest Pyrkon! Rzecz szokująca, ale przy oczekiwaniu na akredytację nie było żadnych problemów ani kilometrowych ogonków, nie powtórzyły się również sytuacje z poprzedniego konwentu, kiedy ludzie tracili z powodu kolejki kolejne prelekcje. Zupełnie jakby jakieś bóstwo swoim transcendentnym paluchem popukało kogoś w głowę i pokazało mu właściwą drogę. W tym roku był porządek i on był dobry. Po podpisaniu cyrografu z Orgami ruszyliśmy do chatki gospodarzy. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie nagłe olśnienie Szama: „Stary, gdzie moja torba?”. Krzyk, strach, panika, kolejne telefony. Cenna zawartość wyparowała razem z torbą, co teraz? Na szczęście szybko okazało się, że to nie torba się zgubiła, ale pamięć Szama, który nie zauważył, że zostawił bagaż przy akredytacjach, co skończyło się dla niego nieco dłuższym spacerkiem. Tymczasem reszta wygodnie wylegiwała się u tesski i Gotana, próbując podjąć wyzwanie zamówienia pizzy (– A na jaki adres tę pizzę?; – Tu nie ma adresu, proszę przywieźć na przystanek!). Mała integracja i zacieśnianie relacji przy okrągłym cieście i bursztynowym napoju bogów było tak frapujące, że ponowny szturm na konwent mocno się opóźnił i na miejsce dotarliśmy dopiero na czwartą prelekcję…

Wtedy też zostawiłem swoich towarzyszy i ochoczo podreptałem na panel po interesująco brzmiącym tytułem Philip K. Dick na nowo odczytany, prowadzoną przez Radosława Kota. Nie wiedziałem, czego się spodziewać po tym wykładzie, ale zostałem pozytywnie zaskoczony. Po krótkiej, acz smakowitej informacji o nowym wydaniu trzech powieści Dicka (yeah!), prowadzący przeszedł do kwestii samego pisarza. O autorze Ubika powiedziano już wiele, jednak Radosław Kot zabrał się do tego naprawdę profesjonalnie: spokojnym, rzeczowym tonem dowodził, iż zbyt prostym jest wytłumaczenie, iż Dick był po prostu schizofrenikiem, błędna jest również analiza jego twórczości w kluczu choroby psychicznej. Próbował wprowadzić pewną ambiwalencję, jeśli chodzi o postrzeganie dorobku autora – sam pisarz podobno twierdził, iż nie pisuje fantastyki, a prozę realistyczną i obyczajową. Na pierwszy rzut oka stwierdzenie to może wydawać się nieco absurdalne… ale czy na pewno? W każdym razie ciekawa i doskonale poprowadzona prelekcja.

Zaraz potem dołączyłem do znajomych i razem wygodnie rozsiedliśmy się w oczekiwaniu (rude) białogłowy, krzepkich junaków i bandę wilkołaków, które miały pojawić się na panelu o Polskim historycznym romansie nadnaturalnym prowadzonym przez Michała „Grabarza” Sołtysiaka. Niestety, jak zwykle okazało się, że reklamy kłamią i żadnych białogłów ani wilkołaków nie było, pojawiły się za to pisarki w osobie Magdy Parus, Anny Brzezińskiej i nieco chyba skonfundowanej Ewy Białołęckiej. Punkt wyjścia jasny – Wilkołaczy Kopernik vs. Krzyżackie wampiry. Żaby jednak nie było zbyt łatwo, już na wstępie okazało się, że co głowa to inna definicja romansu. Czy ma być happy end, czy nie; czy wolno jakiejś postaci łeb urwać, czemu dziki kozak jest lepszy niż szlachetny szlachciura i co ma wspólnego Wołodyjowski i jego panna z różowymi harlequinami? Dyskusja była dość żywa, pełna anegdotek, wspomnień typu „jak to kiedyś bywało”, narzekania na jakość naszych rodzimych bohaterek… mam tylko wrażenie, że puenta całej dyskusji jakoś się rozpłynęła w potoku dygresji, (w których prym wiodła Anna Brzezińska z anegdotkami o Jagiellonach) i tak jakby nie padła jasna odpowiedź, czy da się stworzyć polski paranormal romance, jak powinien wyglądać i na ile sensowna jest próba takich eksperymentów. Mimo to trudno nazwać spędzony na prelekcji czas straconym. A co do tego, jak mógłby wyglądać polski romans wampiryczny... być może przekonamy się o tym już niedługo, a dokładniej to w sierpniu. Ale nie uprzedzajmy faktów i nie wkopujmy Ćwieka...

Gdy już uporaliśmy się z Kopernik, która była kobietą, pełni wiary we własne siły podzieliliśmy się na dwie grupki: pierwsza wyruszyła skorzystać z dobrodziejstw spiżarni gospodziny, druga natomiast, jak przystało na porządnych najeźdźców, poszła palić, rabować i wsłuchiwać się w przepojone miłością do Boga i niezwykle umoralniające piosnki zespołu Percival, działające niczym tchnienie dawno zapomnianych czasów. O tym, co działo się u gospodziny pisać nie będę, bo kronikarska ma duma nie pozwala, a i dbałość o przyszłe pokolenia dobrym jest powodem, by spuścić na to zasłonę milczenia. W każdym razie było ciasno i całkiem miło.
Tak (mniej więcej) zakończył się Pyrkonu dzień pierwszy.

Dalej >>