Pyrkon 2011 – dzień drugi, cz. I

Dnia drugiego pobudka nastąpiła wcześnie, choć kur zdążył ochrypnąć, nim dobudził wszystkich spragnionych rozrywki i przygód najeźdź… znaczy wędrowców. Krótka chwila na ogarnięcie się, szybka strawa popita szatańsko-czarną kawą i można było wyruszyć na wojnę z przeciwnościami losu i bić je po pysku, ile wlezie.

Pierwsza okazja nadarzyła się wyjątkowo szybko na panelu Autor versus bohater – Nasza prywatna katastrofa prowadzonym przez Ewę Białołęcką. Nie ma czasu do stracenia – zombie atakują! Tyle że nigdzie nie widać grupek uciekinierów szlachtujących biedne trupki, stwory nie dobijają się do drzwi, a ty, drogi człowiecze, jeszcze nie sprawdziłeś Facebooka, więc żyjesz w nieświadomości. A zegar tyka… Autorka – przy wydatnej pomocy zgromadzonych zombiekillerów – próbowała pokazać, iż przeżycie w świecie zombie apokalipsy wcale nie jest takie proste – zwłaszcza w kraju, gdzie każdy myśli o własnym tyłku, a drogi są dziurawe niczym pechowy trupek. Pierwsze kroki i chałupniczo robiona broń, gromadzenie zapasów, dostęp do wody, dobre schronienie, skombinowanie środka transportu – tyle jest problemów, z którymi radzić sobie musi człowiek, chcąc przeżyć… czemu więc wszyscy ludzie w filmach mają tak prosto?!

Koniec końców jednak udało się odeprzeć zmasowany atak nieumarłych, akurat na czas, aby dostać się do sali, gdzie sam Władca Ciemności, Mistrz Ciętej Riposty, Big Bad Boss of All Bosses – Jakub Ćwiek – mógł uchylić rąbka tajemnicy i wyjaśnić, co musi zrobić fanboy, aby zwykły pisarz danego delikwenta wybebeszył i zatknął jego głowę na kiju. Ze zwyczajową dla siebie ironią i humorem autor Kłamcy ostrzegał m.in. przed namolnymi konwentowiczami powracającymi jak bumerang, by przywitać się z pisarzem, czy szczerymi do bólu i pozbawionymi instynktu samozachowawczego „życzliwymi”. W międzyczasie rzucał przykładami, jak internetowy troll może się pożywiać na powieści (– Książka nadaje się tylko do spalenia!; – No co ty! Tyle tutaj lania wody, że w życiu by się nie zapaliła!). Ogólnie bardzo przyjemne spotkanie i mimo luźnego przebiegu – całkiem pouczające. No to co? Ślemy Ćwiekowi opowiadania do oceny? Czterdzieści stron minimum!

Po przejściu ćwiekowanej nawały nastąpiła krótka chwila spokoju, kiedy można było podleczyć rany tudzież wystarać się o odpowiedniego potiona (także procentowego), szybko jednak na arenę wkroczyli kolejni gladiatorzy, w osobie m.in. Rafała Kosika, Michała Cetnarowskiego i Pawła Majki. Temat jasny: O zmianie życia literackiego na fantastycznych portalach internetowych. Dyskusja była dość żywa i wielowątkowa, zahaczono np. o kwestię ebooków i szans na ich szersze rozpowszechnianie (jako nieodrodny syn papierowego tomiszcza nie wyobrażam sobie zmiany formatu na elektroniczne pliki – zwłaszcza póki czytniki są tak drogie) oraz o problem recenzji zamieszczanych w przepastnych trzewiach Internetu. Przyznam, że nieco przeraziła mnie wizja, którą odmalował Cetnarowski – iż użytkownicy sieci w poszukiwaniu informacji będą skupiali się głównie na krótkich, newsowych artykułach i recenzjach, przeznaczonych do błyskawicznego przyswojenia. Dla mnie – człowieka, któremu Internet zapewnia niemal nieograniczone pole do grafomaństwa bez drakońskich limitów znaków dozwolonych na recenzję – perspektywa taka wydała się nad wyraz przygnębiająca. Także dlatego, że przecież w takich krótkich wiadomościach szlag trafiłby jakieś skomplikowane koncepty czy konstrukcje językowe. I co wtedy? Ogólna konstatacja była jednak pozytywna: Internet w swym kształcie niesie ze sobą więcej możliwości rozwoju, twórczego debiutu czy chociażby komunikacji. I chyba mimo wszystko ludzie czasem chcą czytać długie teksty…

Tego typu dyskusje zazwyczaj pobudzają apetyt, więc kiedy reszta grupy poszła potykać się z człekiem z Wielkiego Świata (gdzie podobno żyją smoki), Adrianem Tchaikovskym, ja zrobiłem małego questa na porządny obiad. Posiłek był na tyle smaczny i sycący (gorąca grochówka: + 10 do wytrzymałości i charyzmy), że z tym większą ochotą wybrałem się na spotkanie autorskie z Jakubem Ćwiekiem, który najwyraźniej założył się z diabłem o największą ilość poprowadzonych prelekcji. Tym razem skupił się przede wszystkim na temacie swoich przyszłych książek, w tym wyczekiwanych kontynuacji Kłamcy i Ofensywy szulerów. Cóż… z perspektywy czytelnika osiągi w kwestii gotowych stron nie powalają na kolana, ale jeśli wziąć pod uwagę, iż Ćwiek ciągnie niemal w jednym momencie cztery książki… Oczywiście można się zastanawiać, czemu nie skupi się na np. dwóch tytułach, ale od przybytku głowa nie boli. Tym bardziej, że Kuba opowiedział również co nieco o swoich przyszłych planach, już po zakończeniu Kłamcy. Przyznać muszę, iż wizja rodzimego rockowego superbohatera walczącego ze złem jest naprawdę intrygująca. Zdecydowanie czekamy! Swoją drogą, wspomnieć także należy o pewnym małym zakładzie, jaki Ćwiek poczynił z konwentowiczami: otóż jeśli do Polconu nie uda mu się zbić wagi do granicy magicznych 75 kilogramów, napisze swój własny, polski romans wampirzy (fakt, że w przeciwnym wypadku każda osoba na sali wisi mu zakup dwóch egzemplarzy Kłamcy 4 można zignorować)! Czyżby szykował się nowy bestseller? Wszyscy zainteresowani tą wizją niech pamiętają: nie zaszkodzi podesłać Kubie pączka od czasu do czasu.

Po takiej rewelacji należało chwilę odsapnąć – w końcu nie co dzień słyszy się tego rodzaju proroctwa, bijące niczym grom z jasnego nieba. Po krótkim odpoczynku i małych zakupach ciąg dalszy zmagania się z fantastyką i jej sługami. Tym razem na ruszcie wylądował panel Czemu nikt nie lubi s-f, prowadzony przez doborowy oddział kosmicznych marines, w składzie: Maciej Parowski, Lech Jęczmyk, Rafał Kosik, Marek Huberath, Michał Protasiuk i Bartek Łopatka. Sprawa była prosta: czemu w Polsce tak niewielu zabiera się za pisanie SF, podczas gdy za oceanem gatunek ten przeżywa renesans? Tym bardziej, że przecież na tym polu rozbłysły gwiazdy Zajdla czy Lema, których zresztą nieraz na prelekcji wspominano. Czy wina leży po stronie kapitalizmu, który tak obcesowo zabrał socjalistyczny ustrój, odbierając tym samym kontrast dla powieściowych dystopii? A może to kwestia szybko rozwijającej się technologii, która skutecznie weryfikuje pomysły pisarzy? W tym względzie podobała mi się wypowiedź Huberatha: świat zrezygnował z kosmicznego wyścigu i wysyłania ludzi na Mars, przenosząc swoje zainteresowanie na technologię informatyczną, czego efektem był m.in. rozkwit cyberpunka, (który również zresztą nie zebrał tak obfitych plonów, jak mogło się z początku wydawać). Chyba strach przed technologią nie był aż tak wielki, jak się niektórzy spodziewali… Nie da się także odmówić racji jednemu z konwentowiczów, który stwierdził, iż przyczyną braku zainteresowania może być rosnąca hermetyczność książek SF. Coś w tym jest: sam niekiedy mam takie odczucie, porównując współczesne powieści choćby z dziełami Zajdla.
I choć ta dyskusja nie zakończyła się jakimiś rozstrzygającymi wnioskami, to jednak aktywność ludzi na sali może świadczyć, że hard SF nadal ma swoich czytelników i tak szybko nie zdechnie, choć niektórzy z pewnością by się z takiej sytuacji ucieszyli…

|| Dalej >>