Pyrkon 2011 – dzień trzeci

    Ktoś mądry powiedział kiedyś, że coś się kończy, coś się zaczyna. W tym przypadku powoli, lecz nieubłaganie kończył się Pyrkon, zaczynał zaś jego trzeci dzień – ta ostatnia niedziela, kiedy się rozstaniemy, a spaleni słońcem konwentowicze wrócą do domu… Mniejsza jednak o apokaliptyczne profetyzmy, na najeźdźców czekała wszak jeszcze moc zabawy. Dlatego też pełni zapału, z uśmiechem na ustach przywodzącym na myśl zombie siłą wyciągnięte z grobu dość liczni szaleńcy (bo kto to widział o tej porze wstawać w niedzielę?) ruszyli na rejzy i ruchawki. Bez skojarzeń…

    Chociaż nie, skojarzenia mogą być, zwłaszcza że pierwszą prelekcją, na jaką dotarłem tego dnia, był Popryw, czyli popkulturowe wzorce podrywowe, prowadzony przez (a to niespodzianka!) Jakuba Ćwieka. Idealny temat na pobudkę o tak nieludzkiej porze, do której odniósł się zresztą sam prelegent. Jak zaś przebiegł sam panel? Nadspodziewanie sprawnie, w przyjemnej atmosferze i ze sporą dawką humoru. Oczywiście była odpowiednia typologia podrywaczy (gracz, agent, artysta, gwiazdor), z wyszczególnionymi ich przymiotami (wiadomo – dla gracza ważniejsze jest gonić króliczka niż go złapać, podczas gdy taki artysta będzie wyrywał panny na swoje obcykanie w sztuce). Ogólnie ciekawa rzecz, niestety jednak nie dotrwałem do końca, gdyż rzecz się nieco przedłużyła, a mnie bardzo zależało na innym panelu.

    Tak się bowiem składało, że zaraz po prelekcji Ćwieka zaczynała się historyczna dyskusja o Historiach alternatywnych z Dariuszem Domagalskim i Jarosławem Błotnym w rolach głównych. Niestety, z jakiś przyczyn (zmiana czasu?) na panel nie dotarł Jacek Komuda. Trochę szkoda, ale i bez niego nie było źle, choć przyznam – spodziewałem się czegoś innego. Sporo miejsca poświęcono problemom teoretycznym – zasadności i sensowności tworzenia tego typu alternatywnych konstruktów oraz potencjalnych możliwości zmiany historii. Opozycja „efektu motyla” (mała zmiana i mamy apokalipsę) i węzłów czasowych (zmiana następuje dopiero po przekroczeniu pewnego punktu czy sekwencji zdarzeń) wypadła całkiem interesująco. Nieco gorzej zapatruję się na dogłębne drążenie tematu historii Cesarstwa Rzymskiego – owszem, anegdotki są fajne, (co by się stało, jakby Oktawian jednak zrezygnował z władzy), ale w pewnym momencie temat zaszedł tak daleko, że mógł zainteresować bardziej pasjonatów niż szarych fanów. No i trochę brakowało mi choćby krótkiej przebieżki przez ciekawsze / lepsze / co bardziej absurdalne realizacje historii alternatywnej – dla żądnych lektury byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie. W każdym razie panel udany, dyskutanci przygotowani i opowiadający bez przynudzania. Dobra rzecz.

    Chwila odpoczynku, łyk czarnej niczym zadek szatana kawy, trochę marudzenia na pogodę i zasób portfela i można było ruszać na ostatnią zaplanowaną tego dnia atrakcję – Kulturalnego Mesjasza odkrytego przez Macieja „Czarnego” Kozłowskiego (jego kolejnej prelekcji – Fortyfikacji i zasad ich zdobywania nie liczę – mimo ogromnych chęci i ciekawego tematu dość szybko przegrałem z tłumem i ogólnym zaduchem w sali). Co prawda żadnego mesjasza pośród słuchaczy nie odkryto, ale i tak było nieźle: szybko dowiedzieliśmy się, kim jest i jakie wytyczne musi spełnić potencjalny Wybraniec. Zapoznaliśmy się z sylwetkami kilku ludzi, którzy doszli do wniosku, że fajnie jest być mesjaszem, a potem przekonaliśmy się, jak dużą inwencję potrafią przejawiać ludzie w kwestii zarabiania hajsu – od komiksów o Bojowym Papieżu i mangowej wersji Biblii, aż po pastylki mentolowe o boskich mocach i z podobizną Dżizasa na opakowaniu. Moc. Potem jeszcze kilka słów o realizacjach postaci mesjasza w literaturze i grach komputerowych i doszliśmy do końca. Ogólnie pogadanka bardzo fajna, nieźle przygotowana i prowadzona „z jajem”, choć warunki, w jakich przyszło słuchać, były tragiczne – ludzie ściśnięci jak sardynki, chwytający każdy powiew świeżego powietrza. Oj, nie tak powinno być…

    That’s all folks! Szybkie pakowanie, kilka pożegnań i można ruszać w kierunku zachodzącego słońca po nowe przygody, łupy, znajomości lub chociażby po to, żeby się w końcu wyspać. Zaprawdę bowiem powiadam, udał się Pyrkon 2011 zdecydowanie: dużo ciekawych i zajmujących spotkań, ogrom informacji, które spadły na człeka z siłą szesnastu ton, wiele znajomych z przepastnych głębin sieci twarzy, które wreszcie można było dopasować do człeka z krwi i kości… Gdyby jeszcze przejścia między piętrami nie były tak wąskie, w małych salkach zamontowano klimatyzację, a bramki elektroniczne nie wykazywały się iście faszystowską gorliwością w nieprzepuszczaniu uczestników konwentu – byłaby bajka.
    Ale nie ma co narzekać i mielić ozorem – wyszło dobrze i basta! Poziom konwentu pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość na kolejną edycję imprezy, na którą zapewne też się wybiorę… Cthulhu, Horror, Dziczyzna, o!

    Piotr "Vivaldi" Sarota

    || Dalej >>