Pyrkon 2011 okiem Lorelay, cz. II

Doskonale bawiłam się natomiast podczas panelu o Polskim historycznym romansie nadnaturalnym, prowadzonego przez Michała „Grabarza” Sołtysiaka. Z przyjemnością przysłuchiwałam się Annie Brzezińskiej i Magdzie Parus, które dyskutując na temat definicji romansu, bez wyraźnych rezultatów starały się dojść w tej kwestii do wspólnego mianownika. Bezcennym widokiem okazała się z kolei mina Ewy Białołęckiej, mówiąca: I co ja robię tu?, którą podobnie jak wyjątkową małomówność autorki jestem skłonna przypisać zmęczeniu i zagadaniu przez Brzezińską. Żywiołowa dysputa, obfitująca w zabawne anegdotki i prowadząca do ciekawych wniosków, niemal zdominowana przez Anię (w końcu kto mógłby mieć na ten temat więcej do powiedzenia, jeśli nie kobieta-historyk?) zdołała na jakiś czas odwlec proces przemiany Lorci w zombie, spowodowany trudami podróży. Panie przebrnęły przez wszystkie epoki historii państwa polskiego, niezmordowanie starając się udowodnić prowadzącemu, że w naszych rodzimych klimatach pisanie tego typu literatury nie miałoby większego sensu. W tym samym czasie my z Vivaldim urządziliśmy sobie małe prywatne zawody w rzucaniu pomysłami na interesujące scenariusze romantycznych opowieści osadzonych w naszym pięknym kraju w czasach minionych z wątkiem fantastycznym w tle (albo i na pierwszym planie!). Ostatecznie pisarki ustaliły jednogłośnie, że polski historyczny paranormal romance nie przejdzie. Dlaczego? Z prozaicznego powodu. Wśród żeńskich postaci znanych ze źródeł niestety wartościowego materiału na ciekawe bohaterki ci u nas niedostatek. Magda, Anna i Ewa nie dały szans wyżej wymienionemu gatunkowi, ale ja nie byłabym aż tak sceptyczna i nie mogę powiedzieć z czystym sumieniem, że zgodziłam się z wyrokiem interlokutorek. Po prostu spróbowałabym ugryźć temat z zupełnie innej strony…

Po tym panelu większa część ekipy Efantastyki oraz naszych „krewnych i znajomych królika” wymiękła i postanowiła posilić się napojami o wysokich wartościach odżywczych oraz energetycznych w domowych pieleszach Tess i Gotana. Twarde Słowianki w składzie: Lorka, Hagath i Sadyceuszka (która dołączyła do nas nie wiadomo kiedy) postanowiły jednak nie kończyć jeszcze przygody z piątkowymi punktami programu i dać się porwać muzyce zespołu Percival, której po raz pierwszy miałam okazję posłuchać na żywo. Była to doskonała decyzja, gdyż miks wikińsko-słowiańsko-celtyckich brzmień stylizowanych na wczesnośredniowieczne poruszył do głębi moją bardzo wrażliwą na takie dźwięki duszę. Czekając na zaplanowany koncert, załapałyśmy się także na część występu Jacka Kowalskiego. Z ogromną przyjemnością wysłuchałam kilku pięknych ballad nawiązujących (czasem bardzo luźno) do pamiętnej bitwy pod Grunwaldem, których teksty charakteryzował szczególnie kwiecisty, ale także zabawny, momentami rubaszny język.

Szczerze ubolewam jedynie nad faktem, że dokładnie w tym samym czasie w innej sali miała miejsce prelekcja, na której również niezmiernie mi zależało - Jak bardzo nie potrafisz odczytać Bogurodzicy? Wstęp do lektury rękopisów staropolskich Macieja „Aureusa” Gajzlerowicza. Z powodu wspomnianej już (karygodnej!) niemożliwości zakrzywiania pyrkonowej czasoprzestrzeni byłam zmuszona z czegoś zrezygnować. Ze względu na późną porę i pogłębiający się stan zaćmienia umysłowego z bólem serca odmówiłam sobie radości obiecanego w informatorze konwentowym zajrzenia do oryginalnego średniowiecznego tekstu źródłowego.

Oczywiście, nie tylko piątek na Pyrkonie obfitował w atrakcje. Kolejne dni jednak z powodu permanentnego przemęczenia minęły mi już bardziej leniwie i chwilami zdawały się rozmywać w odmętach senności i mgle zamulenia. Mimo to na szczególną uwagę zasłużyły w moim mniemaniu także trzy punkty sobotniego programu.

Pierwszym z nich była prelekcja Jakuba Ćwieka o kontrowersyjnym tytule Czy pisarze nienawidzą czytelników?. Okazała się ona utrzymaną w luźnym stylu i przyprawioną sporą dawką charakterystycznego Ćwiekowego poczucia humoru pogadanką. Prelegent w błyskotliwy sposób zwrócił uwagę na wiele uciążliwych i irytujących zachowań konwentowych „fanów-kumpli” i z pewnością dał do myślenia osobom prezentującym omówione postawy, w końcowym rozrachunku doszedł jednak do wniosku, że nie są to wystarczające powody do nielubienia ludzi, dzięki którym autor może żyć z tego, co najbardziej lubi robić. Spotkanie odebrałam jako wyjątkowo sympatyczne i ciekawe, ale jeden szczegół sprawił, że nie poczułam się w pełni usatysfakcjonowana. Mianowicie prowadzący, moim zdaniem, nadużywał sformułowania „fani” i, jak sam twierdził – robił to w pełni celowo, nie udzielił jednak wyczerpującej odpowiedzi na zadane przeze mnie pytanie: Jak to wszystko ma się do normalnych czytelników?. Czyżby Ćwiek takowych nie posiadał?

Kolejnym punktem, który z przyczyn oczywistych bardzo mnie – jako przedstawicielkę redakcji Efantastyki – zaintrygował, był panel O zmianie życia literackiego na fantastycznych portalach internetowych z udziałem Rafała Kosika, Michała Cetnarowskiego i Pawła Majki. Z niekrytą ciekawością wysłuchałam, co panowie mają do powiedzenia na temat rozwoju i działalności serwisów poświęconych fantastyce i miejscu literatury na tychże. Ku mojemu zdziwieniu i, w pewnym sensie, rozczarowaniu w ciągu dwugodzinnej dysputy padło niewiele słów na temat samych portali. Omówiono jednak inne, równie interesujące kwestie: prognozy na przyszłość dla ebooków, debiuty literackie wyłowione z Internetu, blogi, e-marketing wydawniczy, metody promowania własnej osoby w sieci oraz różne sposoby wyrażania subiektywnych opinii na temat książek lub pisarzy przez użytkowników forów. Bardzo osobiście natomiast odebrałam ostatnią część dyskusji, w której uczestnicy dość wyraźnie i dobitnie krytykowali poziom tekstów (z naciskiem na recenzje literackie) zamieszczanych w Internecie i sugerowali, że z definicji jest on o wiele niższy niż ten prezentowany przez artykuły publikowane w czasopismach papierowych, z czym nie do końca się zgadzam, a także podważyli kompetencje ogółu internetowych recenzentów. Stwierdzono ponadto, że użytkownicy sieci są nastawieni wyłącznie na czytanie zwięzłych informacji, a rozbudowane, wartościowe merytorycznie formy w ogóle ich nie interesują, która to teza także jest dla mnie sporym nadużyciem. Wszystko to sprawiło, że wyszłam z sali nieco przygnębiona i zrezygnowana.

Ostatnią atrakcją Pyrkonu 2011, którą będę jeszcze długo wspominać, była gorączka sobotniej nocy, czyli przesympatyczna impreza w klubie Akumulatory. Znalazło się tam wszystko to, czego mogli pragnąć najbardziej rozrywkowi konwentowicze: napoje alkoholowe w śmiesznie niskich cenach, przestronny parkiet do tańca, cichsze i spokojniejsze miejsca na sali, w których można było spokojnie porozmawiać z dawno nie widzianymi znajomymi bez potrzeby krzyczenia sobie nawzajem prosto do uszu, a nawet – co zaskakujące w czasach po wprowadzeniu szatańskiej ustawy – wydzielona strefa dla palących. Bawiłam się doskonale przede wszystkim dzięki doborowemu towarzystwu, któremu z tego miejsca chciałam serdecznie podziękować za wspólnie spędzony czas. Kochani, byliście wspaniali! Ze wszystkimi swoimi odjazdami i odchyłami od ogólnie przyjętych norm… I tak Was lubię. O dziwo tym razem piszę to zupełnie poważnie.

Paulina Maria "Lorelay" Szymborska–Karcz

|| Dalej >>

Komentarze

No Avatar
Sadyceuszka on ndz., 02/09/2014 - 22:38

Zdjęcie z cyklu: "Gdzie z tymi łapami!? Ja mam pierwszeństwo w żelkach!"