Pyrkon 2011 okiem Nubii, cz. II

Później nastała kolejna okazja do spotkania z Jakubem Ćwiekiem. Wreszcie nadszedł właściwy moment, by zadać mu pytanie, które cisnęło się na usta większości jego czytelników: no kiedy będzie ten Kłamca 4?. Kuba znów podał jakąś datę, pochwalił się też postępami w równoczesnym pisaniu trzech innych książek. A wszystko to przy akompaniamencie śmiechu, strojeniu min i gwałtownych gestykulacji. Kuba, który w ciągu kilku ostatnich miesięcy zmienił znacznie wygląd — zapuścił włosy, inaczej przyciął brodę, a przede wszystkim znacznie się zaokrąglił — zawarł z czytelnikami nietypowy zakład. Mianowicie postanowił, że do Polconu schudnie do 75 kilo. Jeśli tego nie dokona, czytelnicy będą mogli przeczytać polski paranormal romance jego autorstwa. Ale jeśli mu się uda — każdy z obecnych wtedy w sali będzie musiał kupić dwa egzemplarze Kłamcy 4. Tak więc apeluję! Niech ktoś zabierze ze sobą na Polcon wagę (oczywiście pokazującą kilka kilogramów więcej).

Wiele obiecujący tytuł prelekcji Kreacja NAPRAWDĘ oryginalnego świata fantastycznego poprzestał na marketingu i obiecankach-cacankach. Prowadzona, a właściwie odczytywana z kartki przez gościa zagranicznego Adriana Tchaikowskiego, z udziałem tłumacza, nie spełniła moich oczekiwań. Pierwsza część spotkania poświęcona była poniekąd historii fantastyki (i mimo wszystko coś dla mnie wnosiła), a druga opisowi świata stworzonego przez Tchaikowskiego i zakrawała na kiepsko ukrywaną reklamę.

Być może moja irytacja prelekcją wynikała po części z pustego żołądka, który dopominał się o obiad. Na szczęście w arcyciekawym programie znalazła się chwila oddechu, kiedy żaden z paneli nie wydawał się szczególnie pociągający. W efekcie czas ten wykorzystałam na zorganizowanie ciepłego posiłku.

Najedzona i szczęśliwsza wysłuchałam tego, co Ania Brzezińska opowiadała o błędach ludzi przesyłających swoje teksty do wydawnictwa. Brzezińska — poza informacjami o objętości przesyłanego tekstu, o tym jak zatytułować maila czy też jak nie zwracać się do wydawcy — podzieliła się z publicznością anegdotką o powieści, która choć nigdy nie została wydana przez Runę, przez długi czas stanowiła ukochany tekst wszystkich pracownic wydawnictwa. Należy również pamiętać, by przesyłając tekst do Runy, nie kierować go w treści do innego wydawnictwa…

Choć nie jestem miłośniczką kotów, to prelekcja Mai Lidii Kossakowskiej o tych futrzakach była dla mnie bardzo interesująca. Słyszałam co prawda, że Egipcjanie czcili koty, ale nie spodziewałam się, że aż do takiego stopnia, by były mumifikowane tak jak ludzie. Poza tym ktoś, kto zabił takiego futrzaka, sam miał okazję do szybkiego stania się mumią. Nie mówiąc już o wojnach prowadzonych z ich powodu…

Obowiązkowo musiałam również zahaczyć o spotkanie autorskie z Jarosławem Grzędowiczem. Dotychczas moje zetknięcia z tym pisarzem ograniczały się jedynie do czytania jego książek i felietonów, które uważam za wspaniałe, toteż byłam bardzo ciekawa, jaki jest „na żywo”. Nie rozczarował mnie. To dojrzały, inteligentny i trzeźwo myślący mężczyzna, niepozbawiony również poczucia humoru. Z anegdot utkwiło mi w pamięci, że ma kompleksy na tle Andrzeja Pilipiuka. „Dostaję od niego SMS: No wiesz, w tym roku napiszę jeszcze cztery książki i dziewięćset opowiadań. Tego dnia mam writers block i nie piszę”.

Konkurs strojów musiał przegrać z burczeniem w brzuchu i tu nastąpiła kolejna przerwa. Posiliwszy się, wzięłam udział w prelekcji o magii antycznej. Margot Rakalska odziana w grecki strój opowiadała o rzucaniu uroków i czarów. Ilustracją jej słów były rekwizyty w postaci zwojów z zapisanymi czarami, miseczką na demony czy woskowymi tabliczkami.

Ostatnim, a zarazem chyba wzbudzającym najwięcej emocji punktem tego dnia był Festiwal Piosenki Krasnoludzkiej: Wyrycz to sam. Szczególną sympatią darzy go Woltus, któremu rok temu udało się wyryczeć pierwsze miejsce, a jeszcze wcześniej drugie. Zdradzę, że swoje pieśni przygotowuje przez cały rok i raz po raz jestem świadkiem powstawania nowego hitu, a zarazem jego pierwszą słuchaczką i recenzentką.

Tegoroczny festiwal był najlepszym, na jakim byłam dotychczas (i pomyśleć, że krążyły plotki, iż ma się nie odbyć!). Tematyka pieśni jak zwykle opiewała — tu użyję silnego eufemizmu – dokuczanie elfom, pijaństwo i swobodne obyczaje. A wszystko to bez cenzury i przy pełnej swobodzie artystycznego wyrazu. Trzeba przyznać, że okrzyki „pokaż cycki!” na stałe przyrosły do tego festiwalu, tak jak nastroje antyelfickie. Toteż zwycięzcą został facet, który zdjął koszulę i nałożywszy na głowę hełm, „śpiewał” coś bełkotliwie i niezrozumiale, ale mimo to rozkochał w sobie publiczność i spełnił jej pragnienie. Drugie miejsce należało do zespołu, który po wyśpiewaniu piosenki śpiewnie krzyczał „Elfy pedały!”, wymachując przy tym rękami w górze. Okrzyk ten podchwyciła publika i do końca konwentu raz po raz ktoś wykrzykiwał to na korytarzu.

Dla mnie osobiście największą niespodzianką było spotkanie kolegi z liceum z miasteczka odległego o kilkaset kilometrów. W ogóle nie spodziewałam się tam spotkać Miruna. Ale czy nie wspominałam już, że Pyrkon to magiczna impreza?

Dzień trzeci

Wszystko co dobre szybko się kończy. Jakże to boleśnie prawdziwe… Po krótkim śnie związanym zarówno z siedzeniem do późna, jak i zmianą czasu, rano nadszedł czas na pakowanie. Później zdążyłam jeszcze na połowę prelekcji Jakuba Ćwieka o podrywaniu. Było zabawnie, choć siedząc na samym końcu sali, nie słyszałam wszystkiego wyraźnie.

Kolejna prelekcja — Czy można wyżyć z tłumaczenia książek? — prowadzona przez Iwonę Michałowską — Gabrych, nie wzbudziła jednak we mnie szczególnego zainteresowania ani tematem, ani formą prowadzenia, toteż wymknęłam się z sali i ostatnie chwile konwentu spędziłam ze znajomymi.

Nadszedł czas odjazdu i… to było ciekawe. Kilkaset ludzi niczym armia wojów rzuciło się do walki, której stawką były miejsca siedzące w pociągu. Moja drużyna odniosła częściowe zwycięstwo. Podczas natarcia rozdzieliliśmy się i wsiedliśmy do różnych części pociągu. Miałam szczęście wraz z Woltusem, jego ojcem i Ewą zająć miejsca siedzące w wagonie restauracyjnym i tam spędziliśmy podróż po trosze rozmawiając, po trosze czytając, a po trosze śpiąc. I tak trwaliśmy, czując jak każdy stukot kół nieubłaganie zbliża nas do powrotu do szarej codzienności.

Marta "Nubia" Porwich

|| Dalej >>