Rozgwiazda (Peter Watts)
Zastanawialiście się kiedyś, jaki powinien być bohater książki (nie tylko fantastycznej)? Jakie przymioty musi posiadać, aby czytelnik od samego początku zżył się z nim i dopingował w działaniach, czuł niepokój o jego życie i opłakiwał bolesny koniec? Wypada, aby był bliski ideału, ale z pewną rysą? Może dobry byłby cynik i ironista, ale skłonny do pomocy potrzebującym? A sukinsyn wykorzystujący każdego, ale ujmujący przy tym poczuciem humoru i erudycją? Zresztą, nieważne jaki powinien być – istotne jest to, aby czytelnik, niezależnie od tego, czy jest kurą domową czy dyrektorem banku, poczuł do bohatera pewien afekt, odnalazł cechę, z którą mógłby się utożsamić. Nawet mały gest odsłaniający ukrytą twarz postaci będzie się nadawał. W końcu lektura powinna dawać przyjemność, wypełniać czas i poprawiać humor. A jak można to zrobić w momencie, gdy protagonista jest na przykład mordercą, którego podniecają własne zbrodnie?
Nie wiem, czy Peter Watts przed napisaniem Rozgwiazdy też przeprowadzał sobie taką małą quasi-analizę, ale faktem jest, że bohaterowie powieści dalecy są nie tylko od ideału, ale jakiejkolwiek normy, niezależnie jakby ją definiować. Oczywiście powyższy przykład z mordercą nie jest zaczerpnięty z kart ksiązki, ale sądzę, że nieźle by pasował do koncepcji, jaka narodziła się w głowie Watta. Powiem szczerze: dla mnie lektura Rozgwiazdy miała w sobie coś z doświadczenia sado-masochistycznego. Żebyśmy się jednak dobrze zrozumieli – nie oznacza to w żaden sposób, iż ksiązka jest tak źle napisana, że przebrnięcie przez nią przypomina chodzenie boso po tłuczonym szkle, nie jest też przeładowana naukowym żargonem, który szarego czytelnika przyprawiłby o migrenę. Przyczyna leży raczej w tym, jak autor konstruuje swoich bohaterów, miejsce akcji i atmosferę, jak udaje mu się sprawić, że powieść, która – wydawałoby się – powinna zgrzytać między zębami i budzić oczywisty sprzeciw, okazuje się wciągająca, niemal hipnotyzująca, czytelnika zaś pozostawia w klinczu pomiędzy pragnieniem dobrnięcia do końca, a obawą przed lekturą kolejnego rozdziału.
W przypadku Rozgwiazdy zaskakuje niemal wszystko – choćby sylwetki bohaterów… choć może określenie „bohaterowie” nie jest tu do końca adekwatne, niesie bowiem ze sobą pozytywne konotacje: taką postać darzy się sympatią, martwi o nią, próbuje zrozumieć jej motywacje. Tymczasem Watts podsuwa czytelnikowi grupę ludzi, z którymi trudno się utożsamić, więcej – wątpliwe, aby chciało się takich spotkać w realnym życiu. Oto bowiem korporacja GA, wobec rosnących problemów energetycznych, buduje na dnie oceanu bazę geotermalną, której załogę stanowić ma starannie wyselekcjonowana grupa społecznych wyrzutków. Ofiary przemocy fizycznej i psychicznej, osoby wykorzystywane seksualnie, ale także stręczyciele, samobójcy, domniemani mordercy a nawet pedofil. Słowem – jednostki egzystujące na marginesie społeczności, ale poprzez swoje uwarunkowania będące w stanie przetrwać pod wodą w stanie dużego stresu. Wszystkich przystosowano do zadania, zastępując jedno z płuc mechanicznym skrzelem, ekwipując ich w czarną skórę głębinową chroniącą przed temperaturą, urazami mechanicznymi i ciśnieniem, a także nakładki na oczy, pozwalające dostosować wzrok do ciemności dna morskiego. Nad całością zaś czuwają ludzie, którzy są równie skrzywieni, jak ci posyłani na dno, zamknięci w kręgu władzy, kłamstw, niedomówień, ambicji i pogardy.
Wspomniane uwarunkowania wpływają na relacje między poszczególnymi postaciami, pełne podskórnie odczuwanej nienawiści, strachu czy obrzydzenia, a przy tym niezwykle wręcz anemiczne. Obserwując bohaterów, czytelnik może dojść do wniosku, iż podgląda nie ludzi, ale pozbawione współczucia manekiny. Wiecznie opakowani w skórę głębinową, z białymi nakładkami zasłaniającymi oczy, ryfterzy są całkowicie zamknięci na siebie; w ich przypadku coś takiego jak empatia jest tylko pustym słowem, a konieczność funkcjonowania z innymi ludźmi na ograniczonej przestrzeni budzi w nich niechęć, czy wręcz obrzydzenie. To zaś udziela się również czytelnikowi, postawionemu wobec problemu – z kim się identyfikować, komu kibicować? Czy zimnej Clarke, przebywającej najdłużej pod wodą, zdystansowanej wobec wszystkiego i wszystkich? Czy można współczuć Fisherowi, żałosnemu i słabemu pedofilowi o lekko skrzywionej psychice, będącemu kozłem ofiarnym i workiem treningowym jednego z ryfterów? Watts nie daje tutaj jednoznacznej odpowiedzi, nie pozwala również na ucieczkę na powierzchnię, gdyż nadzorujący projekt są nawet gorsi od tych z dołu: zimni, operujący zestawieniem zysków i strat, nieliczący się z życiem ludzkim, strzegący swoich interesów za pomocą tarczy kłamstw i niedomówień. Trzeba jednak zaznaczyć, iż bohaterowie nie są od początku do końca tacy sami: z czasem ewoluują, odkrywając w sobie niekiedy zaskakujące odruchy. Owa ewolucja jest jednak paradoksalna: ryfterzy stają się tym bardziej zżyci i przystosowani do życia, im są mniej ludzcy. Im więcej czasu spędzają w mroku dna oceanu, im mniej wagi przywiązują do obowiązków wobec „lądowców”, tym są szczęśliwsi. Dno odczłowiecza, ale daje szansę na nowe życie. Przyznać trzeba, iż Watts wybrał niebezpieczną strategię dobierania bohaterów, upatrując ich w jednostkach nieprzystosowanych i stygmatyzowanych, zwłaszcza, jeśli wziąć pod uwagę, że akcja dzieje się w zamkniętym miejscu i to właśnie na postaciach spoczywa ciężar zainteresowania czytelnika. W efekcie autorowi zdarzają się potknięcia, dłużyzny lub niepotrzebne odwrócenie charakteru (mnie na przykład nie przekonała racjonalizacja działań Pat Rowan, jednej z korpów – ta dramatyzacja osłabiła jej image zimnej suki, a szkoda). Z drugiej strony, jest jakaś sadystyczna przyjemność w oglądaniu działań ryfterów, efektów ich spięć i kłótni, zaskakujących rozstrzygnięć i nagłych, nieoczekiwanych decyzji. To coś jak obserwowanie królików w klatce.
Metafora ta wydaje się zresztą całkiem niezła, biorąc pod uwagę miejsce akcji: podmorską stację geotermalną Beebee. Klaustrofobiczną przestrzeń, wypełnioną plątaniną kabli, rur i połaci zimnego metalu, a także potłuczonych luster, za którymi niegdyś ukrywały się kamery GA. Pozbawioną wszelkich wygód technologiczną narośl dna oceanu, ulokowaną trzy kilometry pod powierzchnią, w której nawet umieszczony zbyt nisko sufit potrafi doprowadzić człowieka do szału. No i te dźwięki… ciągły stukot, głuche uderzenia morskich potworów o pokrywę, zgrzyt wydawany przez metal pod naporem ogromnego ciśnienia i potężnych mas wody. To zdecydowanie nie jest dobre miejsce na piknik. Normalny człowiek uznałby je za piekło. Watts zaś z niezwykłym wyczuciem i polotem buduje atmosferę tej przestrzeni: gęstą, buzującą od nadmiaru emocji, które w każdej chwili mogą wybuchnąć. Beebee jest katalizatorem wszystkiego co najgorsze; stanowi schronienie dla ryfterów, nadzieję dla łaknącego energii świata, a przy okazji wyzwala w człowieku monstrum, doprowadza do szaleństwa, budzi instynkty ukryte na dnie duszy. Czasem pozwoli odkryć iskrę dobra, mały płomyk ciepła, ale koniec końców zawsze skończy się to tak samo: pustką i martwotą. Tej przestrzeni autor przeciwstawia inną, odmienną: dno morskie. Ciemne, nieprzyjazne, niebezpieczne, ale poprzez grę świateł, niezwykłe stworzenia i swoją odmienność – także niezwykle pociągające. Człowiek jest tam obcym elementem, skazą na tkance oceanu – a jednak, paradoksalnie, to właśnie to dno staje się domem dla skrzywdzonych, opuszczonych i okłamywanych dusz. Tam można się wyzwolić, odetchnąć, poczuć wolność i swobodę, odkryć piękno. I uzależnić się od niego.
To jest umiejętność pisarza – stworzyć książkę niejednoznaczną. Rozgwiazda niewątpliwie taką powieścią jest. Z jednej strony nieustannie czuć pełzającą wszędzie, podskórną niechęć, wręcz odrazę; chłodna obserwacja konfliktów i pulsujących, lecz skrytych emocji rodzi niepokój, a zdystansowana, chłodna narracja sprawia, że czytelnik czuje się nieswojo. Z drugiej jednak, Watts znakomicie odmalowuje klimat zamknięcia, nieufności i ciągłego napięcia, jego opisy skrzą się od detali, plastycznych przedstawień zjawisk, o których większość ludzi ma bardzo mgliste pojęcie. Owszem, stawia czytelnika w niewygodnej pozycji, ale równoważy to bardzo dobrym warsztatem, umiejętnością kreowania przestrzeni i plastycznym opisem przeróżnych stanów emocjonalnych, niekiedy niezwykle subtelnych. Niekiedy to właśnie ratuje powieść przed mieliznami, kiedy wydarzenia fabularne (ani tym bardziej postacie) nie są w stanie utrzymać uwagi czytelnika. W tym kontekście rozczarowuje nieco finał – w porównaniu do reszty książki mało spektakularny, niezbyt wyrazisty, choć niejednoznaczny i otwarty na interpretacje. Byłoby chyba lepiej, gdyby zrezygnować z kilku ostatnich stron.
Nie da się też nie zauważyć wielu problemów, jakie porusza Watts w swojej książce. Podejmuje temat korporacjonizmu i wartości jednostki, której wysoko postawieni decydenci nie wahają się poświęcić, postępującego procesu dehumanizacji w obliczu wielkiego stresu i izolacji, a także możliwości uzależnienia się od niebezpieczeństwa i traum. Opisuje moralne skutki wyborów podejmowanych w obliczu konieczności zdecydowania się na wielkie i nieco mniejsze zło, wreszcie porusza kwestię sztucznych inteligencji i potencjalnych zagrożeń z nią związanych. Jest tego naprawdę sporo, lecz – co ważne – wszystko zostało „wpisane” w powieść naprawdę płynnie, bez nadmiaru technicznego bełkotu czy sztuczności. Widać wyraźnie, iż ma to swoje ważne i umotywowane akcją miejsce; nie ma wszak nic gorszego, niż fetyszyzacja techniki, mająca na celu jedynie ukazanie erudycji autora. Zresztą pisarz podaje na zakończenie książki kilka źródeł, z których zaczerpnął pomysły, więc można je skonfrontować z rzeczywistością.
Na koniec jeszcze zdanie o edycji: ta jest bardzo ładna i robi wrażenie. Okładka – przedstawiająca ryftera z nakładkami na oczy i skórą głębinową na grzbiecie – skąpana w czerni i zimnym błękicie – robi znakomite wrażenie. Aż chce się oglądać. Czcionka ma przyjemny dla oka rozmiar, choć stosowanie kursywy czasem powoduje zamęt – trudno się zorientować, czy dany fragment to myśli bohatera, wypowiedziane po cichu zdanie, czy też opis narratora. Zdarzyło się też kilka literówek, które jednak nie wpływały zbyt drastycznie na komfort czytania. Trochę problemu przysporzyły mi natomiast fragmenty, gdzie nagle w wersach poznikały spacje. W pierwszym momencie uznałem to za błąd (ktoś najwyraźniej zasnął przy redakcji), potem jednak okazało się, iż są to strumienie świadomości, przeniesione do polskiej edycji zgodnie z oryginalna książką. Ciekawy zabieg, cho dla mnie nieco dezorientujący.
Gdybym miał jednym słowem określić Rozgwiazdę, z pewnością była by to „dehumanizacja”. W powieści Wattsa wszystko wydaje się odczłowieczone, zimne i zdystansowane: bohaterowie, ich myśli, przestrzeń... Autor pozostawia czytelnika w poczuciu niepokoju i niechęci, zmusza do chłodnej obserwacji i zagłębienia się w świat tych, z którymi nie chcielibyśmy się zetknąć. Nie wszyscy będą z takiego zabiegu zadowoleni. Nie wszyscy się na to zgodzą. Niektórych odstraszy ten dystans, duszna atmosfera i powolny rytm akcji. Reszta z pewnością da się zahipnotyzować, tak jak ja. Być może wysoka ocena dla debiutu Petera Wattsa wynika z faktu, iż nie czytałem jego późniejszego Ślepowidzenia, które pojawiło się u nas pierwsze, a uznawane jest za dzieło niezwykłe. Być może tak jest. Ale dla mnie nie ma to większego znaczenia; dla mnie Rozgwiazda jest jednym z murowanych kandydatów do premiery roku. Naprawdę warto się z nią zapoznać.
Piotr "Vivaldi" Sarota
dziękujemy wydawnictwu Ars Machina.

tytuł: Rozgwiazda
tytuł oryginalny: Starfish
autor: Peter Watts
wydawnictwo: Ars Machina
ISBN: 978-83-932319-1-1
oprawa: miękka
objętość: 368 stron
data wydania: 2011
















































