Sala samobójców
Rozterki młodego histeryka.
Bombastyczny tytuł przywodzący na myśl amatorskie próby literackie nastolatek, bohater z emo-grzywką, porównania do Avatara (2009) i Social Network (2010) – sporo jest powodów, aby film w reżyserii Jana Komasy z góry potraktować jako kuriozum i obejść szerokim łukiem. Byłaby to reakcja zrozumiała, choć w pewien sposób krzywdząca, gdyż Sala samobójców - mimo swoich słabości - jest pewnym powiewem świeżości i komentarzem na temat współczesnej młodzieży i jej nastawienia do świata.
Komentarzem o tyle ciekawym, że dotyczącym zjawisk bardzo dynamicznych, których tempo zmian stale przyspiesza, zmieniając się w nieustanny wyścig – przegrany odpada i przestaje liczyć się w jakiejkolwiek rozgrywce. Reżyser w filmie rozrysowuje ten problem na dwóch płaszczyznach: z jednej strony pokazuje mechanizm bullyingu nowej ery, w której pięść i wyzwiska zastąpiły komentarze na Facebooku i YouTube. Witamy w czasach paranoi i odłączenia – medialnej zawieruchy, pośrodku której zostaniesz zredukowany do krótkiego filmiku o umieraniu w kiblu w dyskotece. Porażka przestała być prywatną sprawą – zamieniła się w popularnego newsa przesyłanego mailem. Szkoda tylko, że motyw ten pojawia się ledwie na moment, spinając Sale samobójców czymś na kształt autotematycznej klamry.
Zdecydowanie więcej miejsca poświęcono drugiemu wątkowi, w którym Komasa bierze na tapetę temat alienacji i odseparowania od świata. Przedstawia swego rodzaju polski odpowiednik hikikomori: ludzi, którzy zerwali więzi z outernetem i zabarykadowali się w swoich pokojach na lata, by pielęgnować własne lęki i egzystować dalej już tylko w obrębie rzeczywistości wirtualnej. Taki właśnie jest Dominik, alienujący się z powodu docinków na temat swej orientacji seksualnej oraz Sylwia, od lat nieopuszczająca swojego domu. Obydwoje odczuwają wstręt do świata, odnajdując spokój w internetowym alterlife, wypełnionym fantastycznymi konstrukcjami, zależnymi tylko od woli ludzi żyjących w miejscu, gdzie nie obowiązują krępujące zakazy.
Problem jednak w tym, że rzeczywistość jaką wykreował reżyser, jest mało przekonująca i trąci tanim dydaktyzmem. Co więcej, opiera się na prostym, czarno-białym podziale, w którym szarości właściwie nie występują, a każdy element wydaje się mocno przejaskrawiony. Nie wystarczy fakt, że rodzice Dominika trzymają go w inkubatorze pieniędzy i drogich gadżetów, nie przykładając się do wychowania – trzeba jeszcze uczynić ojca obojętnym i oschłym, z matki zrobić wulgarną histeryczkę, a obojgu dopisać romanse na boku, aby widz nie miał wątpliwości, że obcuje z dysfunkcyjną rodziną. Nie lepiej jest z samym Dominikiem: zamiast wrażliwego chłopaka, dotkniętego szkolnymi szykanami, otrzymujemy antypatycznego, histerycznego, egocentrycznego emo, który nie potrafi nic zrobić z własnym życiem i oskarża innych o swoje porażki. I wreszcie sama „Sala samobójców”, zbudowana na zasadzie wirtualnej sekty, której członkowie są poddawani działaniu dość pokrętnej ideologii, a Sylwia – królowa i guru jednocześnie – wedle własnych zachcianek karze odcięciem od dostępu do zamkniętego kręgu, dającego poczucie bezpieczeństwa i przynależności do grupy.
Na dodatek reżyser próbuje grać na uczuciach widza jak na organach; miast dozować napięcie, kroczy od jednego przesilenia do kolejnego, wciągając widza w sam środek szaleństwa rozbudzonego przez nawał emocji. Nie jestem zwolennikiem takich zabiegów, trzeba jednak przyznać, że momentami się one sprawdzają: kiedy ojciec (dobra rola Krzysztofa Pieczyńskiego) z wściekłością wyrywa kabel od Internetu, wprawiając syna w stan histerii; gdy w szpitalu matka (nieco sztywna Agata Kulesza) wymyśla lekarzowi lub w momencie, kiedy Dominik miota się po pokoju po przeczytaniu komentarzy do wpisu kumpla (Jakub Gierszał wydaje się stworzony do grania takich rozwrzeszczanych postaci na granicy załamania nerwowego). Mam wrażenie, że chwilami Komasa przesadza, dociska pedał gazu do oporu, chcąc wycisnąć z widza jeszcze więcej współczucia. Zamiast tego jednak wprawia w stan irytacji lub wywołuje śmiech. Scena coming outu i całowania posągu jest absurdalna, nawet jeśli nosi posmak młodzieżowego żartu; pełne emfazy komentarze Dominika i egzaltowane słowa, jakie wypowiada do matki, budzą uśmiech politowania, a finałowa scena z Sylwią wydaje się zbyt oczywista. Mam zresztą za złe reżyserowi sposób, w jaki ów finał rozegrał: przez cały film w miarę konsekwentnie budował portret postaci oraz ich system wartości i zamiast wyciągnąć konsekwencje z obranej przez Sylwię i Dominika konkretnej drogi postawić kropkę nad „i”, robi nagle woltę i serwuje istne sucide love story z irytującą konkluzją, że „mimo wszystko coś dobrego z tego wyszło…”.
Szkoda tym bardziej, że pod względem technicznym film jest naprawdę dobrze zrobiony. Bez zbytnich fajerwerków, ale z klimatem, dobrym montażem i zdjęciami. Tyczy się to szczególnie sekwencji realizowanych w rzeczywistości wirtualnej: przyznam szczerze, że spodziewałem się jakiejś taniej imitacji Second Life’a, tymczasem owszem, imitacja jest… ale wyjątkowo udana. Animacja zaskakuje płynnością, modele postaci nawiązują do japońskiej popkultury, a w rozwiązaniach scenograficznych można się doszukać inspiracji Katedrą (2001) czy serią Final Fantasy. Są one jednak tak zręcznie zrealizowane, że o żadnym plagiacie nie może być mowy. Wszystko skrzy się kolorami, rozbrzmiewa sugestywną muzyką i mimo lekkiej kanciastości i pewnych uproszczeń może się podobać. Dokładając do tego sprawną grę aktorską (podobała mi się zwłaszcza Roma Gąsiorowska w roli Sylwii – ciekawe połączenie melancholii i bezwzględności), dobrze dopasowaną muzykę i sprawność w opowiadaniu fabuły naprawdę można mieć żal, że wszystko rozpłynęło się w histerycznych krzykach i przejaskrawionych postaciach. Była szansa na naprawdę dobry film o fenomenie współczesności, podany w niebanalny i nowoczesny sposób. Szansy tej jednak nie wykorzystano do końca.
Piotr "Vivaldi" Sarota

Tytuł: Sala samobójców
Czas trwania: 120 minut
Kraj produkcji: Polska
Obsada
Jakub Gierszał - Dominik
Roma Gąsiorowska - Sylwia
Agata Kulesza - Beata
Krzysztof Pieczyński - Andrzej
Filip Bobek - Marcin
Bartosz Gelner - Aleksander
Danuta Borsuk - Nadia
Piotr Nowak - Jacek
Krzysztof Dracz - pan minister
Aleksandra Hamkało - Karolina
Kinga Preis - psychiatra
Produkcja:
Reżyseria: Jan Komasa
Scenariusz: Jan Komasa
Muzyka : Michał Jacaszek
Zdjęcia: Radosław Ładczuk
Scenografia: Katarzyna Filimoniuk
Kostiumy: Dorota Roqueplo
Montaż: Bartosz Pietras

















































Odpowiedzi
Ponieważ tesska juz to kiedyś
Ponieważ tesska juz to kiedyś sprawdzała, pozwoliłem sobie wrzucić z pominięciem okresu inkubacyjnego :>
--------
Say "Auf Wiedersehen" to your Nazi balls!
/Hugo Stiglitz "Inglourious Basterds"/
Dokładnie tak samo odebrałam
Dokładnie tak samo odebrałam ten film. Identycznie. Praktycznie mogłabym się tutaj podpisać pod każdym słowem :P
Naczelnie Bezczelna Redaktor Wszechnaczelna