Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Science Fiction, Fantasy i Horror, nr 5 (67) 2011

We wstępniaku majowego "Science Fiction, Fantasy i Horror" Rafał Dębski zastanawia się nad punktem siedzenia. A dokładniej – zastanawia się nad punktem widzenia debiutantów in spe, wydawców oraz czytelników. Motyw debiutu będzie przewijał się przez cały numer: aż dwa z czterech felietonów poświęcone będą radom dla młodych twórców, w wywiadach autorzy zastanowią się nad tym tematem, wśród recenzji znajdzie się omówienie debiutu Elisy Rosso, a w dziale prozy – pierwsza publikacja Rafała K. Markowskiego oraz opowiadania mało znanych Macieja Musialika i Eli Graf.

Pierwsze jest jednak opowiadanie Jacka Komudy, Starościej Jazłowiecki. Jak można było spodziewać się po mistrzu sarmackiej fantasy, trzyma ono wysoki poziom. Barwne opisy i dialogi, zaskakująca intryga i solidna dawka akcji rodem z czasów naszych pra(...)dziadów. Z pewnością nie zawiedzie fanów Jacka Komudy czy jego bohatera Samuela Zborowskiego.

Maciej Musialik w Szyfrem do mnie mów pokazał, że potrafi stworzyć bardzo udaną scenkę. Język tekstu jest sprawny, bohaterowie ładnie się zarysowują, pomysł i pointa są naprawdę interesujące. Brakuje tylko... elementu fantastycznego, chyba że uznać za taki to, iż obok Watsona występuje komisarz Doyle. Ale choć zastanawia mnie celowość umieszczenia tego tekstu w piśmie o fantastyce, to bez wątpienia czytało się go z przyjemnością.

Niesamowicie pozytywnym zaskoczeniem był Supermarket twoich marzeń Rafała K. Markowskiego. W tekście widać solidne dopracowanie i miesiące, a może lata pracy nad stylem. Opowiadanie jest wciągające, napisane przyjemnym językiem, wykreowany przez Markowskiego świat – spójny i interesujący. Autor odsłaniał go stopniowo, przy okazji wydarzeń fabularnych, nie na zasadzie nudnego wykładu o prawidłach rządzących rzeczywistością. Główny bohater został naprawdę osadzony w swoim świecie, widać, że ma rodzinę, znajomych, wrogów i przeszłość, a nie jest jedynie papierową kukiełką służącą do przedstawiania czytelnikowi otoczenia. Akcja opowiadania dzieje się w przyszłości, oczywiście w Supermarkecie, miejscu, gdzie można zakupić ekwiwalent obecnych gier i używek w jednym. Produkt, który może zmienić bardzo wiele, nie tylko w życiu tego, kto z niego aktualnie korzysta. Opowiadanie miejscami skrzy się dowcipem (gdy Markowski przedstawia metody marketingu przyszłości), kiedy indziej wywołuje gęsią skórkę. Zabarwione jest nienachalnymi refleksjami na temat tego, co działo się na przełomie XX i XXI wieku i co – według naszych kategorii etycznych – doprowadziło do wypaczenia moralności. Tekst kończy się mocną, ale zabawną pointą, czyli dokładnie tak jak lubię. Autorowi gratuluję udanego debiutu!

Mroczna Bezdeń Dawida Juraszka to kolejny udany tekst. Barbarzyńca Cairen, rodem z Conana, poznaje atrakcyjną i nieprzeciętną kobietę, z którą spędza noc, by następnie wyruszyć za nią w podróż życia. Autor umiejętnie skonstruował dwa światy: ten, w którym żyją bohaterowie oraz tytułową Mroczną Bezdeń, który odkrywają. Opowiadanie cechuje się przyjemnie stylizowanym językiem i klamrową konstrukcją. Poboczne wątki przeplatają się z głównym, tworząc spójną całość. Szczególnie przypadł mi do gustu moment, w którym bohater w krytycznej sytuacji wspomina swojego mistrza; scena skojarzyła mi się z Panną Młodą w Kill Billu 2, wspominającą Mistrza Pai Mei.

Ostatnie z opowiadań to Miłość ci wszystko wybaczy Eli Graf. Mimo zachęcającego tytułu tekst nie zachwycił mnie. Język autorki aż prosi się o nadużywane ostatnio sformułowanie "przeźroczysty". Narracja i dialogi niczym się od siebie nie różnią, brakuje też zróżnicowania pomiędzy kwestiami różnych bohaterów (wyjątkiem jest seplenienie trzylatka). Akcja nie toczy się, tylko wręcz galopuje, Graf ledwo nadąża z zarysowywaniem postaci, które mnoży ponad miarę. Większość zostaje wyposażonych jedynie w imię, ponieważ na charakter nie ma już miejsca. Mam wrażenie, że tej liczby wątków pobocznych, jakie autorka upchnęła na dziesięciu stronach, nie powstydziłaby się niejedna powieść. Niestety ilość nie przeszła w jakość i można się w nich głównie pogubić. Demony i fragmenty mitologii plączą się dość bezwładnie, wydarzenia są przewidywalne, podobnie jak pointa. Widać, że Ela Graf potrafi pisać poprawnie, ale nic poza tym. W dodatku (co już nie jest jej winą) pod tekstem zabrakło stopki ze zdjęciem i informacjami o autorce.

Następne są cztery recenzje. Mimo mody na krytykowanie recenzji sieciowych nie zauważam, by te papierowe różniły się od nich poziomem in plus. Nawet nie z winy recenzentów, a właśnie z powodu medium: objętość szpalt jest ograniczona, a Internet pozwala na dokładniejsze omówienie utworu. Pomijając jakość, w obrębie tego numeru SFFiH jakość tekstów była nierówna – przypadły mi do gustu recenzje Marcela Głazowskiego (Elisa Rosso: Księga Przeznaczenia) oraz Andreasa Munzera (Scott Westerfeld: Lewiatan), nieco gorzej spisał się Przemysław Pieniążek (Jaye Wells: Mag w czerni), a zdecydowanie najsłabiej wypadła Monika Frenkiel (Marcin Mortka: Martwe Jezioro).

Bardzo interesująca była dla mnie natomiast zapowiedź gry Wiedźmin 2: Zabójcy Królów. Andrzej Sitek w ciekawy sposób przybliżył historię pierwszej odsłony przygód Geralta na PC oraz opisał, czego możemy się spodziewać po kontynuacji; zarówno pod względem technikaliów, jak i fabuły. Wspomniał, co zmieni się w porównaniu z pierwszą częścią oraz opisał szał, który gra, mimo iż nie trafiła jeszcze do sprzedaży, wywołuje na rynku. Tekst został ozdobiony grafikami, które już 17 maja będziemy mogli zobaczyć na ekranach naszych komputerów. Już wcześniej zainteresowana tą pozycją, teraz czuję się jeszcze bardziej zachęcona.

Po krótkiej wizycie w świecie gier przyszedł czas na powrót do literatury, a dokładniej na wywiady z pisarzami. W tym numerze SFFiH znalazły się dwa – w pierwszym Dariusza Domagalskiego przepytał Arkady Saulski, w drugim na pytania Patryka Sadowskiego odpowiadał Adrian Tchaikovsky. Względem tych tekstów mam mieszane uczucia, przede wszystkim zastanawia mnie jedno: rozkład miejsca. Adrian Tchaikovsky to twórca zagraniczny, jako gość honorowy odwiedził Pyrkon 2011, ma też o wiele większy dorobek niż Domagalski, a poświęcono mu o połowę mniej miejsca. Jest to dla mnie całkowicie niezrozumiałe. Nie dlatego, że niechętnie czytam o Darku Domagalskim, tylko dlatego, że on bez wątpienia jeszcze nie raz będzie mógł wypowiedzieć się na łamach, a nie wiadomo, kiedy pojawi się kolejna okazja do wywiadu z autorem Imperium Czerni i Złota.

W pierwszym wywiadzie raziło mnie coś, z czym stykam się coraz częściej, a co uważam za dziennikarską niezręczność (co najmniej) – zagadywanie osoby, z którą prowadzi się wywiad, wciskanie w pytania na siłę popisów erudycyjnych. Wygląda to, jakby redaktor chciał za wszelką cenę, w tych nielicznych linijkach, którymi dysponuje, popisać się i zapaść czytelnikowi w pamięć, przyćmić interlokutora – w tym wypadku Darka Domagalskiego. Raziło mnie też rozpoczęcie najzwyczajniejszego w świecie pytania zwrotem: Może teraz trochę kontrowersji. Po takim wstępie oczekuję czegoś naprawdę mocnego, na tyle, iż trzeba uprzedzić, by nie zszokować zbytnio czytelnika, a nie "kontrowersji", której w innym wypadku nawet nie dałoby się zauważyć. Mimo tych niedociągnięć główny bohater wywiadu poradził sobie dobrze – Darek odpowiadał interesująco i zajmująco. To dla mnie najistotniejsze, bo w końcu w rozmowie z nim interesuje mnie to, co on właśnie miał do powiedzenia.

Adrian Tchaikovsky, z powodu objętości tekstu, nie mógł niestety wypowiedzieć się tak obszernie. Odpowiadał ciekawie, choć krócej. Sądzę, iż dla osoby nieznającej sylwetki tego autora wywiad będzie bardzo interesujący, ponieważ przybliża zarówno biografię Czajkowskiego (tak brzmi jego prawdziwe nazwisko), jak i tematykę jego twórczości. Dużo miejsca pisarz poświęcił tematowi własnego debiutu oraz radom dla młodych twórców. Można odczuć, iż Tchaikovky lubi swoich polskich fanów, co było dla mnie bardzo sympatyczne.

Pierwszy z felietonów to Jak nie napisać genialnej powieści fantasy Agnieszki Szady. Połknęłam go jednym tchem. Autorka celnie i zabawnie punktuje największe grzechy młodych twórców, wybierających fantasy, bo przecież na niczym nie trzeba się znać. Teksty, o jakich pisze, zalewają Internet, a zapewne i biurka (czy częściej skrzynki mailowe) wydawców. Trzeba przyznać, że mają one jeden, zasadniczy plus – można dzięki nim napisać taki tekst, który ucząc, bawi... Z przyjemnością przeczytam kolejne felietony pióra Szady.

Kolejny jest Andrzej Pilipiuk i Jak zostać pisarzem w 500 weekendów. Ten tekst przypadł mi do gustu o wiele mniej. Co prawda opisując siedem cnót dobrego pisarza autor nie wymienia żadnej zbędnej, a i jego rady zapewne komuś się przydadzą, jednak w tym momencie napisał tekst słabszy niż Agnieszka Szady, mimo niewątpliwej kolosalnej różnicy w ich dorobku. Jest on niespójny kompozycyjnie: Pilipiuk raz opisuje charakter autora, potem chwali się, jak przeprowadza reaserch, trochę marudzi na kandydatów na debiutantów i mocno na szkołę. To, mam czasami wrażenie, jego ulubiony publicystyczny temat. Niestety, przejadł mi się już po pierwszym tekście, a każdy kolejny jest coraz bardziej niestrawny. Pilipiuk wiesza psy na systemie edukacji, a że za każdym razem wiesza te same, staje się to zwyczajnie nudne. W tekście z poradami, jak pisać, oczekuję mniej lub bardziej dowcipnych wskazówek, a nie entego odcinka Mody na Złą Szkołę. Nawiasem mówiąc, jeśli pisarz obwinia placówki edukacyjne o słaby poziom tekstów, to mam nadzieję, że konsekwentnie dobrych utworów gratuluje szkołom, nie autorom. Nawiasem mówiąc wydawało mi się, iż podstawówki, gimnazja i licea nie służą kształceniu artystów-literatów, więc ciężko je za cokolwiek w tym temacie obwiniać... A tak poza tym Pilipiuk ma już na koncie Piszemy bestsellera i jeśli kolejne teksty na ten temat nie mają wnieść niczego nowego, może lepiej, by skupił się na innych.

Najbardziej przypadł mi do gustu felieton Dariusza Domagalskiego zatytułowany Świry w kosmosie (choć Grzędowicz mocno deptał mu po piętach). Z jednej strony wesoło, z drugiej celnie pisarz toczył wywód o tym, kogo możemy spotkać w kosmosie, dlaczego są to rasy humanoidalne i dlaczego tak naprawdę nie chcielibyśmy się z nimi zetknąć. Całość okraszona celną pointą i chwilą refleksji nad tym, jak stworzyć oryginalny świat SF.

I wreszcie Jarosław Grzędowicz z Jak wszystko popsuć. On także, podobnie jak Pilipiuk, pisał o tym, co w jego felietonach często powraca, czyli o rozwoju techniki (którego wyraźnie nie lubi) oraz o ludziach i ich reakcjach (to w odniesieniu do Fukushimy). Było ciekawie, celnie i dowcipnie, ale też z nutką zachęcającą do refleksji. Po chwili wahania uznałam jednak, iż wolę niezrównoważoną psychicznie ekipę z Enterprise pióra Darka.

Majowy numer SFFiH to solidna dawka tekstów, z pewnością nie do przeczytania jednym tchem. Ich poziom jest zróżnicowany, choć z przewagą tych lepszych. Całkiem przyjemny sposób na spędzenie kilku wieczorów.

Anna Tess Gołębiowska

Odpowiedzi

portret użytkownika tess

Sprostowanie: W artykule

Sprostowanie:

W artykule użyłam sformułowania: Adrian Tchaikovsky to twórca zagraniczny, jako gość honorowy odwiedził Pyrkon 2011, ma też o wiele większy dorobek niż Domagalski, a poświęcono mu o połowę mniej miejsca.

Już po publikacji tekstu zdałam sobie sprawę z tego, iż może zostać on zrozumiany wbrew moim intencjom: dorobek w sensie sztuk wydanych książek panowie mają bardzo zbliżony, ale w wypadku Adriana Tchaikovsky'ego zwróciłam także uwagę na istnienie przekładów oraz to, że z samego faktu anglojęzyczności ma większy zasięg niż Dariusz Domagalski.

Wszystkich, którzy mogli się poczuć urażeni, a w szczególności samego Dariusza, przepraszam.

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi