Rekrutacja

Rekrutacja

Logowanie

Ankieta

Jak oceniasz nowy wygląd strony?
Świetna!
50%
Dobra.
29%
Może być.
12%
Kiepska.
5%
Nie mam zdania.
5%
Wolałem stary wygląd.
0%
Razem głosów: 42

Subskrybuj

Who's Online

W tej chwili stronę przegląda 0 użytkowników i 2 gości.

Strona główna

Skrzynka z koszmarami

14 październik 1893

Świat mnie coraz bardziej zaskakuje. Ten rozwój techniczny, postęp, niekończący się wyścig z Matką Naturą o tytuł największego wynalazcy… Intrygujące. Nie dalej niż wczoraj przeczytałam o nowym rodzaju automobilu, który opatentował jakiś Amerykanin. Miał silnik umieszczony z przodu, koła obtoczone gumą, szyby w oknach… wyglądał całkiem ładnie. Z pewnością lepiej niż te karykaturalne potwory jeżdżące po naszych ulicach. Z kolei w innym czasopiśmie znalazłam wzmiankę o rewolucyjnym materiale, który jest twardszy niż stal i który zostanie zaadaptowany na użytek wojska. Cóż, to chyba cecha ludzkiego gatunku: wziąć, co dobre i użyć, by skutecznie eksterminować wszystko wokół. Marcus powtarza mi co pewien czas, że przeceniam naukowców. Mam o nich zbyt dobre zdanie. Ale czemu się dziwić: facet który spędził większość żywota w buszu, raczej nie będzie pałał miłością do wytworów cywilizacji, nawet zupełnie niewinnych. Zresztą, pretensje może mieć tylko do siebie. Gdyby nie on, prawdopodobnie sama nigdy nie targnęłabym się na wizytę w kinoteatrze. Zresztą, sami powiedzcie, jak to brzmi: kino…

Gdy Elizabeth i Marcus wyszli z seansu, po ulewie pozostały tylko wielkie kałuże, w których odbijały się fasady budynków przy ulicy Francisa Drake’a. Bóg raczy wiedzieć, czemu akurat na ulicy starego korsarza swą przystań znalazła bohema artystyczna, faktem jednak było, że w całym Londynie człowiek nie trafiłby do bardziej rozrywkowego miejsca. Podrzędne teatrzyki, domy aktorów, gdzie zapaleńcy nadal wystawiali Shakespear’a, spelunki z rewiami, frywolnymi tańcami, kafejki gdzie można było zobaczyć przedstawienia fantasmagoryczne… No i kinoteatry. Było ich kilka, największy zaś, imienia królowej Elżbiety I, stał się celem wyprawy dwójki śledczych. Choć uczciwiej byłoby przyznać, że to Elizabeth nalegała na wizytę w takowym przybytku, skuszona entuzjastycznym artykułem w niedzielnej gazecie.
- To było całkiem ciekawe. – Zapaliła papierosa, starając się omijać kałuże – I zabawne. Zwłaszcza ta gruba baba, która omal nie zemdlała, gdy zobaczyła nadjeżdżający pociąg… Mówisz, że to wynalazek Francuzików?
- Braci Lumiere. W listopadzie 1891 zrobili pokaz premierowy, ale nie byli do końca zadowoleni z rezultatów.
- To znaczy?
- Nie wzięli pod uwagę efektu, jaki wywoła ich przedstawienie. Jeśli wierzyć gazetom, cztery osoby zmarły na atak serca, dwie kolejne trzeba było odwieźć do szpitala dla obłąkanych. Podobno Edison, zaskoczony możliwościami kinematografu, próbował go wykraść i Lumiere musieli przyspieszyć przygotowania. Skończyło się na małej katastrofie. Ale do historii przeszli. Choć ich wynalazek kontynentu nie zawojował…
- Ludzie nie chcieli tego oglądać?
- W Prusach i Francji uznano to jako zabawkę dla plebsu. Niegodną wykształconego, kulturalnego dżentelmena. W Rosji wykorzystywali to do rejestrowania carskich bali, ale nie wyglądało to zachęcająco. W Polsce zainteresowali się tym głównie żydzi, co zdecydowanie mu nie pomogło. Ale w Ameryce kinematograf robi podobno furorę. Władze wykorzystują go do edukowania imigrantów i asymilacji z amerykańskim społeczeństwem, jego stylem życia. Jak słyszałem, z niezłym skutkiem…
- Poddani jaśnie nam panującej królowej też wydają się być zachwyceni tą techniczną nowinką.
- To chyba kwestia podejścia do sztuki. Na kontynencie zawsze było mnóstwo doskonałych malarzy, rzeźbiarzy i rysowników. Być może to zachłyśnięcie się techniką jest efektem leczenia kompleksów. Próbą pokazania, że i my nie jesteśmy gorsi, że i my potrafimy stworzyć coś olśniewającego i zaskakującego. Moim zdaniem to droga donikąd. Nie lubię tego typu rozwiązań. Tego całego… postępu.
- Jak przystało na prawdziwego buszmena.
Marcus nie odpowiedział nic, a Elizabeth uśmiechnęła się pod nosem. Lubiła wbijać takie szpile w swojego partnera. Tym bardziej, że nigdy ich nie komentował. Naraz zza rogu wyłonił się pędzący z pełną prędkością duży automobil. Policyjny automobil. Inspektor Craven westchnęła. I dwa dni wolnego właśnie trafił szlag. A zapowiadało się tak pięknie…
Wóz zatrzymał się tuż przy śledczych, wypuszczając z silnika kłęby pary. Po chwili z okna wychyliła się ładna, dziewczęca twarz z sarnimi oczkami i równo przyciętymi, czarnymi włosami.
- Inspektor Craven, inspektor Carpenter! Cieszę się, że was spotkałam! We wschodniej części miasta miało miejsce morderstwo, ale lekarze twierdzą, że czegoś takiego jeszcze nie widzieli. Nie wiemy zupełnie, od czego zacząć…
Helena Frost służyła na posterunku niecałe sześć miesięcy, ale już zyskała sobie respekt wśród zespołu Griswolda, jaki pracował na posterunku. Głównie dzięki pomocy Elizabeth, która roztoczyła opiekę nad dziewczyną. W końcu inteligentnych śledczych ze zmysłem analitycznym nigdy za wiele, a Helena naprawdę znała się na robocie. Gdyby nie była taka nieśmiała i konserwatywna, kto wie… W każdym razie Craven wsiadła do automobilu. Chciała zobaczyć, co też sprawiło dziewczynie takie trudności.

Mieszkanie ofiary było jednym z tych, których Elizabeth nie lubiła. Marmury, złoto, srebro, kiczowate dzieła sztuki, perskie dywany… a w charakterze właściciela spasiony karzeł, o nalanej twarzy i wielkim kartoflu zamiast nosa, otoczony wianuszkiem młodych pokojówek, które zapewne oferowały dodatkowe usługi prócz sprzątania… Martwego Williama Daggarda znaleźli w salonie. Siedział w dużym, wygodnym fotelu. Usta i oczy miał szeroko otwarte, spodnie opuszczone. Ktoś dla przyzwoitości okrył go niewielkim obrusem, ale Elizabeth nie omieszkała sprawdzić i tego, odsłaniając spod materiału niedużą męskość.
- Stężenie pośmiertne. – uśmiechnęła się. – Całkiem fajna rzecz. Słyszałam, że jakaś kobieta w Birmingham trzymała trupa swojego męża przez niemal tydzień w podobnym stanie. Tłumaczyła się, że skoro za życia nie potrafił jej dogodzić, niech zrobi to chociaż po śmierci.
Marcus nie powiedział nic, starannie oglądając trupa, Helena zaś zarumieniła się mocno.
- Kto badał ciało? – inspektor zwróciła się do grupki lekarzy, stojących pod oknem. – Co było przyczyną zgonu?
- Trudno stwierdzić. – jeden z lekarzy, wysoki chudzielec ze spiczastą bródką poprawił okulary na nosie. – Nie znaleźliśmy żadnych obrażeń zewnętrznych, czy to ran kłutych, czy postrzałowych. Śladów duszenia też nie ma. Krew miał czystą, serce też wykluczone – trzy dni temu pan Daggard był u doktora i wszystko było w porządku…
- Czyli tak po prostu sobie siadł, zdjął spodnie i umarł? Cudnie… A jak z precjozami? Coś zginęło?
- Wedle tego, co zebraliśmy, nic nie ukradziono. – Helena przerzuciła kilka kartek w swoim notatniku. – W sejfie znaleźliśmy ponad dwa tysiące funtów, w szufladach biżuteria warta drugie tyle. I kilka weksli, na kolejne pięćset funtów.
- Słowem, ktoś załatwił naszego drogiego Williama z czystej sympatii, nie troszcząc się o pieniądze. Słodko. Takich lubię najbardziej. – Elizabeth zapaliła papierosa i potarła czoło. – Dobra, koniec zebrania. Zostawcie nas z inspektorem Carpenterem samych.
Po chwili mieszkanie opustoszało, a spod kamienicy z trzaskiem ruszyły dorożki z konstablami, którzy byli tyleż potrzebni, co bezużyteczni.
- Co chcesz zrobić? – Marcus usiadł na krześle przy kominku, wertując notes Daggarda. – Zamierzasz mu przeczesać głowę?
- Owszem. Wiesz doskonale, że nawet po śmierci w pamięci pozostają jakieś wspomnienia, obrazy, myśli. Może dowiemy się chociaż, jak nasz kochany denat zmarł.
Elizabeth stanęła przed trupem i chwyciła jego głowę oburącz, kładąc jednocześnie kciuki na jego oczach. Wniknięcie w głąb umysłu trupa było sprawą dość trudną i diabelnie irytującą, z uwagi na rozproszone myśli i obrazy, panoszące się w ludzkiej głowie. Przypominało to poruszanie się po labiryncie, którego ściany i podłoże pełne było dziur, ostrych występów i uskoków. Szalenie nieprzyjemna rzecz, niekiedy jednak konieczna. Kobieta skoncentrowała się i wniknęła w głąb umysłu zmarłego, lecz po chwili puściła głowę, która opadła na ramiona. Marcus spojrzał na swoja partnerkę zdziwiony, widząc jej skwaszoną minę.
- Coś się stało?
- Marcus, on jest pusty.

Zrozumcie mnie dobrze. Facet był pusty. No, prawie pusty. Zachowało się kilka wspomnień dotyczących jakiegoś pokątnego interesu i małej „perswazji” w biznesie. A poza tym tylko kilkanaście obrazów parzących się kobiet i gwałconego chłopca. Wspomnienia z dzieciństwa, traumy? Wątpliwe. Pierwszy raz spotkałam się z czymś takim. A wierzcie mi, wiele trupów widziałam. Nawet Marcus był zaskoczony, a nie zdarza mu się to często. Opuściliśmy mieszkanie Daggarda bez żadnych śladów czy tropów. Przesłuchania służby, bliskich i współpracowników nic nie dały. No, może poza informacjami, że William był złodziejem, oszustem i dziwkarzem. Ale to nic nowego, biorąc pod uwagę środowisko, w jakim się obracał. Co gorsza, niedługo później dokonano kolejnych zabójstw, dokładnie w ten sam sposób. Sir Edgar Wright zmarł we własnym łóżku, natomiast Maria Rolstead w wannie. W każdym przypadku zamordowani należeli do wyższych sfer, mieli skrzętnie ukrywane kontakty ze światem przestępczym i niezbyt miłe dewiacje seksualne. Wszyscy byli puści, wyzuci z większości wspomnień, zupełnie jak Daggard. Mieli tylko urywane obrazy gwałtów i dewiacji. Co u diabła? W przypadku Wrighta istniało podejrzenie, że przed śmiercią dokonywał aktu onanizmu. Ciekawe… czemu facet, który mógł sprowadzić sobie tyle dziwek, ile tylko chciał, bawił się sam? Coś oglądał? Czemuś się przypatrywał? To było wielce prawdopodobne, ale nie mieliśmy żadnych tropów. I gdyby nie przypadek, trudno orzec, jak potoczyłaby się sprawa. Ten przypadek nazywał się Bernie Brickson i był małym, ulicznym krętaczem, zamieszanym w interesy z dziwkami. Po śmierci Rolstead i Wrighta próbował spieniężyć kilka weksli, wystawionych na ich nazwiska. Znalezienie gada kosztowało nas nieco pracy, kilka odwiedzonych spelun i wiele wybitych zębów, ale w końcu zdobyliśmy adres…

Próba odnalezienia mieszkania Bricksona przypominała brodzenie w ścieku. I to nie tylko z powodu stert śmieci, śmierdzących kałuż i gnijącego ścierwa, które zalegało w ciasnych zaułkach, prowadzących do właściwej kamienicy. Elizabeth raz za razem klęła szpetnie, kiedy jej buty i płaszcz zalewała brudna woda. Do ciężkiej cholery! Czemu podejrzani zawsze muszą mieszkać w zatęchłych dziurach, do których prowadzi taka droga! Gorzej niż Dante w piekle… Z drugiej strony, trudno oczekiwać, żeby trzeciorzędny alfons i złodziej mieszkał w pałacu Buckingham.
- Mam nadzieję, że ta katorga będzie cokolwiek warta…
- Ja też. Bernie to w tej chwili nasz jedyny ślad. Jeśli okaże się bezużyteczny, znów utkwimy w martwym punkcie.
W końcu wąska uliczka rozszerzyła się i weszli na niewielki placyk, z dwóch stron otoczony budynkami, z trzeciej zaś wysokim, choć lichym płotem. Craven spojrzała na kamienicę stojącą na wprost niej: zasłony na drugim piętrze były szczelnie zasunięte. Widać Brickson niezbyt lubił światło dnia, nawet w jego karłowatej, londyńskiej postaci.
- Wchodzimy?
- Panie przodem.
Drzwi mieszkania Berniego były prawdopodobnie jedynym solidnym wyposażeniem w całym budynku. W porównaniu do przegniłych schodów, solidne, dębowe drzwi mogły budzić respekt. Oczywiście pod warunkiem, że właściciel pomyślałby o wymianie futryn przed wstawieniem nowych drzwi. Elizabeth zapukała.
- Bernie Brickson? Tu policja. Otwieraj, jeśli ci życie miłe.
W środku coś się poruszyło, trzasnęło, ale drzwi pozostały zamknięte. Craven uznała to za niemą zgodę na wejście i wywarzyła drzwi, wyrywając je razem z zawiasami. W środku było ciemno, w powietrzu unosił się ostry zapach chemikaliów. Sprzętów jak na lekarstwo: stara komoda, prycza, wielka szafa. Z obydwu stron pokoju znajdowały się drzwi do kolejnych pomieszczeń, na wprost krótki korytarz, prowadzący do kuchni i jadalni.
- Na prawo, na lewo, czy prosto?
- Prosto. Tacy jak on zazwyczaj kryją się w łazience.
Kuchnia również nie przedstawiała ładnego widoku: zacieki na blacie, brudne naczynia, podgniłe jedzenie… Czystość zdecydowanie nie była mocną stroną Berniego. Nagle Marcus dotknął ramienia partnerki i ruchem głowy wskazał na drzwi do spiżarni, skąd dochodził odgłos sapania. Nie dość, że brudas, to jeszcze idiota. Carpenter kopniakiem wywarzył drzwi i wyciągnął Bricksona za łachy.
Był to typowy przedstawiciel swojej profesji: chudy, brzydki i cuchnący. Na dodatek miał widoczny defekt lewego oka, które cały czas obracało się jak oszalałe. Mogło doprowadzić człowieka do szału.
- Oj Bernie, Bernie… nie uczyła cię mama, że gdy policja puka do drzwi, uczciwy obywatel powinien je otworzyć? – Elizabeth wyciągnęła papierosa i zapaliła, nie przejmując się unoszącym się w powietrzu fetorem. – Chyba, że obywatel nie jest taki uczciwy?
- Ja nic nie zrobiłem! Ja jestem uczciwy! Ja nic… nic… nic nie wiem… ja…
- Ależ o czym miałbyś wiedzieć?
Alfons zamilkł i przestał szamotać się w uścisku. Pomimo mroku, Elizabeth mogła dostrzec, że jego twarz blednie ze strachu. Czyli kanarek co nieco wiedział…
- Dobra Marcus, zajmij się nim. Ja sprawdzę resztę tej nory.
- Czemu sama go nie przesłuchasz?
- Wole twoje metody. Są bardziej… malownicze.
Marcus swoim zwyczajem nie odpowiedział nic, choć z drugiej strony… grzebanie w cudzej głowie z pewnością nie jest zbyt interesujące. I przyjemne. Czasem tylko zastanawiał się, dla kogo mniej: dla inspektor Craven, czy człowieka którego umysł jest krojony na plastry. Westchnął cicho i przykuł Bricksona do wystającej rury. A potem złamał pierwszy palec.

Krzyk dochodzący z kuchni upewnił Elizabeth, iż Marcus radzi sobie całkiem nieźle. Jego metody były może nieco staroświeckie, ale skuteczne. I widowiskowe. Nic nie działa lepiej na wyobraźnię przestępcy, niż obrazek jego kumpla po fachu z połamanymi paluchami. Oczywiście było to niezgodne z przepisami, ludzkimi odczuciami, prawem… ale jeszcze żaden się nie poskarżył. Żaden.
Weszła do pierwszego pokoju, tego z którego nie śmierdziało odczynnikami chemicznymi. Pomieszczenie było niewielkie, ale zaskakująco urządzone: w rogu stało spore, miękkie łóżko, okryte czerwoną kapą, z dużymi poduszkami. Było całkiem nowe, bez śladów rdzy. No i nie skrzypiało. Tuż nad nim trzy lampy elektryczne o dużej mocy. Zapalasz je i jest jasno niczym w dzień. Nic dziwnego, że zamurowali okno w tym pokoju – przy takim świetle nawet zasłony nic by nie pomogły. Była jeszcze szafka, zamknięta na kłódkę. Elizabeth bez ceregieli zerwała ją i otworzyła drzwiczki. W środku znalazła pejcze, krótkie bicze, opaski na oczy i kneble, sztuczne męskie przyrodzenia rozmaitej wielkości i kilka sztuk damskiej bielizny. Cóż… Bernie nie wyglądał na człowieka, który przebiera się w damskie ubrania i zadowala kawałkiem drewna. Knebli na sobie też zapewne nie używa… Wykorzystuje dziewczyny? Mało prawdopodobne. Z jego aparycją mógłby sobie pozwolić co najwyżej na tanie dziwki w Witchchapel, a one nie dałyby się związać takiemu chłystkowi. No i to łóżko… Pozostawała jeszcze możliwość, iż wypożyczał ten pokój osobom trzecim. Stary dom, bez okna, z tłumionymi ścianami i odpowiednimi akcesoriami… idealne miejsce schadzek dla lubiących dyskrecję i odrobinę ryzyka. Ale to też nie wyczerpywało tematu.
Weszła do drugiego pokoju, z którego wydobywał się fetor. Był nie mniej zaskakujący, niż poprzedni. Wyglądało to na rodzaj pracowni: na solidnym stole leżało kilka pojemników, wypełnionych resztkami cieczy, których pełne były kolby stojące obok. Kilka czystych kart mogło świadczyć, iż Bernie był w trakcie pracy, gdy przyszli w odwiedziny. Po drugiej stronie pokoju stał kolejny stół, zawalony okrągłymi, metalowymi pudełkami. Prwie wszystkie były podpisane. Thelma i Louise, Annie i Fritz, Judith i George, Daniel i Mick… było ich kilkanaście, w większości pustych. Tylko dwa były pełne. Jeden nie miał podpisu, natomiast na drugim widniała kartka z nabazgranymi imionami: Kathy, Teresa, Betty. W środku znajdowało się kilkaset metrów taśmy kinematograficznej. Elizabeth spojrzała pod światło i uśmiechnęła się pod nosem. Mamy i nasze łóżeczko, razem z trzema młodymi i zgrabnymi dziewczętami. Teraz wiadomo było, po co Bricksonowi takie mocne lampy. Potrzebował odpowiedniego naświetlenia pokoju, żeby sfilmować miłosne igraszki dziewczyn. Craven schowała taśmę i przeszukała pomieszczenie. Nie było żadnych innych szpul, ale w pudełkach znalazła sporą ilość pornograficznych zdjęć, w większości lesbijskich, a także kilka weksli wystawionych na znane nazwiska. Elizabeth wzięła wszystko ze sobą i wyszła, akurat w momencie, gdy Marcus wracał z kuchni.
- Już po wszystkim? – Zapytała, zamykając drzwi. – Myślałam, że dopiero się rozgrzewasz…
- Nabieram wprawy. Coraz mniej wrzeszczą. – Mężczyzna spojrzał na wypchane kieszenie płaszcza i pojemnik, który kobieta trzymała pod pachą. – Znalazłaś coś?
- Owszem, sporo gorącego materiału. A ty?
- Nazwisko i miejsce.

Betty Bronson, lat dwadzieścia jeden, panna. Wzrost średni, zgrabna figura, krótkie, czarne włosy, brązowe oczy. Miejsce zamieszkania nieznane. Pracowała w podrzędnym teatrzyku Toma Jobsa w charakterze aktorki. Tudzież dziwki. W tego typu przybytkach trudno było oddzielić od siebie te dwie role. Sam teatr znajdował się na Drake Street, wciśnięty między kinoteatr i całkiem niezły pub, gdzie lali piwo do żeliwnych kufli. Tego dnia teatr był zamknięty z powodu zapijaczenia właściciela, nie było więc pewności, że Betty będzie na miejscu. Na szczęście okazało się, że została eksmitowana z mieszkania i przemieszkiwała w teatrze. Elizabeth i Marcusa przyjęła w swojej garderobie, o ile oczywiście można w ten sposób nazwać niewielką klitkę z komodą i łóżkiem. Nie była brzydka, może tylko trochę przesadzała z makijażem. Gdy weszli, próbowała grać wzniosłą i spokojną, ale oddech miała przyspieszony. Dobrze przynajmniej, że nie próbowała ich uwieść na kolanko i podwiązkę. Będą z niej jeszcze ludzie…
- W czym mogę państwu pomóc? – Odwróciła się do nich profilem, poprawiając w lustrze charakteryzację, chyba bardziej ze zdenerwowania, niż z rzeczywistej potrzeby. – Jeśli w sprawie czynszu, to już mówiłam pani Collins, że wszystko ureguluję…
- Nie jesteśmy tu w sprawie czynszu, ale morderstwa kilku poważnych osobistości. Wierzymy, że pani nam pomoże.
Dziewczyna odwróciła się w ich stronę, na jej twarzy zastygł wyraz znudzenia. Trzeba było przyznać, że jednak była całkiem niezłą aktorką: twarz miała spokojną, choć serce biło jej jak oszalałe.
- Przykro mi, ale chyba państwu w niczym nie pomogę. Jestem tylko aktorką, w dodatku dość słabą, biorąc pod uwagę miejsce, w którym występuję, więc…
- Bernie Brickson podał nam twoje nazwisko Betty. – Elizabeth zapaliła, spoglądając na dziewczynę. Jej oczy lekko się rozszerzyły, na czoło wstąpił pot. Mimo to twarz nadal miała spokojną. Nieźle. – Nawet adres miejsca, w którym pracujesz.
- Ależ ja naprawdę nie wiem, o co chodzi…
- W jego mieszkaniu znaleźliśmy film. I sporo zdjęć. Całkiem interesujących. Na kilku z nich widać ciebie. Podobnie jak na filmie. Jakość nienajlepsza, ale twoją figurę łatwo rozpoznać, pomimo opaski na oczach…
Umilkła, wpatrując się w dziewczynę. Wielkich łez cieknących z jej oczu nie potrafił zamaskować największy nawet talent aktorski. Wystarczył moment, by Betty się rozpłakała. Craven skinęła na Marcusa. Wyszedł bez słowa.

Ledwie drzwi się zamknęły, dziewczyna rzuciła mi się do nóg i łkając zaczęła zapewniać, że nie ma nic wspólnego z morderstwami. Chwila minęła, nim doprowadziłam ją do porządku. Historia, jaką mi przedstawiła, nie była ani zaskakująca, ani niezwykła. Dziewczyny takie jak ona miały do wyboru albo zostać dziwkami, albo guwernantkami. Betty pierwszą zostać nie chciała, do drugiej się nie nadawała. Miała jako takie talenty, więc została aktorką, ale bez wykształcenia nie wzięliby jej do żadnego poważniejszego zespołu, więc zatrudniła się u Jobsa. Niedługo potem poznała Sally – całkiem ładną dziewczynę, córkę drobnego handlarza antykami. Nie minęło wiele czasu, nim ich związek zmienił się z przyjaźni w coś poważniejszego. Berniego poznała przypadkiem: przyszedł kiedyś na przedstawienie i po zakończeniu składał jej oferty seksualne. Oczywiście odmawiała. Przynajmniej do czasu, aż nie przyniósł zdjęcia jej i Sally, tulących się do siebie w miłosnym uścisku. Groźba pokazania fotografii, komu trzeba wystarczyła. Z początku chodziło o zdjęcia, czasem o pójście do łóżka. Z czasem jednak Brickson zaczął naciskać na małe spektakle z udziałem innych kobiet. Betty nie znała ich, ale niektóre były prawdopodobnie w podobnej sytuacji, jak ona. Inne znów zdawały się korzystać z sytuacji. One były najgorsze, zwłaszcza później, gdy zaczęły używać knebli i pejczy. Dziewczyna oczywiście nic nie powiedziała kochance. W sumie nic dziwnego…Trwało to jakieś cztery, pięć miesięcy, kiedy do Berniego dołączyła jeszcze jakaś kobieta. Wysoka, szczupła, o bardzo jasnych włosach. Zaczęła kręcić z nimi filmy, na szczęście rzadko używała Betty. Częściej sama sprowadzała kobiety, ale dziewczyna nigdy nie widziała ich po raz drugi. Niekiedy wpadali też ludzie obcy, grube ryby, mężczyźni i kobiety, między innymi pani Rolstead. Korzystali z okazji jak tylko się dało…Kiedy w gazetach pojawiły się informacje o śmierci Daggarda i Rolstead, Betty zdecydowała się skończyć to wszystko, nawet za cenę wydania tajemnicy. Na szczęście, razem z Marcusem nie daliśmy Bricksonowi szans, by upublicznił intymne fotografie…
Betty powiedziała sporo ciekawych rzeczy, choć nie wszystkie były w tamtej chwili ważne. Największe znaczenie miała informacja o jasnowłosej kobiecie. Ustaliliśmy, że była to Martha Gardner, znana w półświatku. Burdelmama, sutenerka, szantażystka. Prowadziła podziemny kinoteatr, w którym raczyła widzów pornograficznymi filmami z udziałem homoseksualistów. Całkiem chodliwy towar, jeśli wiedziało się, komu go zaoferować. Daggard, Rolstead i Wright także korzystali z jej oferty. Stawiało ją to w gronie podejrzanych, ale nie tłumaczyło motywu czy sposobu, w jaki mogła uśmiercić trójkę swoich klientów…

Deszcz bębnił ciężkimi kroplami o szyby mieszkania. Cholerna jesień. Cholerny deszcz. Nie, żeby w pozostałe miesiące było lepiej: w Londynie deszcz padał niemal o każdej porze dnia, niezależnie od miesiąca, ale na jesień ta kanonada stawała się nie do wytrzymania. Zupełnie jakby rzucać w okna żwirem…
Sara spała w drugim pokoju, podczas gdy Marcus siedział przy stoliku, w słabym świetle lampy przeglądając zdjęcia zarekwirowane Bricksonowi. Po chwili weszła Elizabeth i położyła na stoliku dwie filiżanki mocnej, aromatycznej kawy. Ona, co prawda nie odczuwała potrzeby snu, ale jej partner nadal był człowiekiem, o czym czasami zapominała. Poza tym, lubiła kawę, a Marcus nie przepadał za sączeniem napoju w pojedynkę. Chwyciła kilka zdjęć. W większości były to zdjęcia kobiet i dziewcząt, pojedyncze także z młodymi chłopcami, na kilku jednak znalazła znajome twarze. Bogaci handlarze, bankowcy, żony wojskowych, biskup. Trafiła się nawet fotografia Wrighta, gwałcącego jakąś związaną dziewczynę. Zapaliła papierosa.
- Gdyby opublikować te zdjęcia, można by wywołać niemały skandal. – Marcus wyciągnął z kieszeni cygaro. Craven podała mu ognia. – Śmietanka towarzyska uległaby znacznemu przerzedzeniu.
- Całkiem by skisła. Bernie też o tym wiedział, ale był płotką, więc nawet nie zapędzał się do takiej roboty. Załatwiliby go bez kłopotu. Bardziej jednak interesuje mnie kwestia filmów, które tam kręcili… W pracowni Bricksona były puste pudełka i dwie taśmy, ale nie było sprzętu. Był tylko aparat fotograficzny.
- Czyli kamerę przynosiła ze sobą Gardner. Sprawdzałaś ten znaleziony film?
- Nic szczególnego. Typowy film pornograficzny z kobietami. Nietrudno odnaleźć podobne.
- Kazałem przeszukać mieszkania ofiar. Znaleziono pojedyncze zdjęcia. Żadnych taśm.
Elizabeth wstała i podeszła do okna. Na zewnątrz, pomimo ulewy, stróż uliczny starał się zapalić uliczne latarnie. Biedak. Aż dziw bierze, że władze miasta jeszcze nie założyły elektrycznych latarni w dzielnicy. Być może doszli do wniosku, że nie warto się starać dla kilkunastu zgrzybiałych starców?
- Bardziej zastanawia mnie, jakim sposobem ona ich ukatrupiła? Nie trucizna, nie uduszenie. Czary? Tylko, że w takim przypadku nie wyssałoby z nich wspomnień, zostawiając tylko pornograficzne śmiecie. Bo i po co?
- Według wierzeń niektórych plemion afrykańskich, przez zrobienie zdjęcia można kontrolować jego życie. Fotografia wiąże jego dusze na kartce papieru i wystawia na działanie złych czarów. Dlatego w większości wzbraniają się przed fotografowaniem czy filmowaniem. Dla nich to jak zaprzedanie duszy diabłu.
- Ciekawe. Zauważ tylko, że Wright jest na zdjęciu, a data na odwrocie świadczy, że cieszył się niezłym zdrowiem jeszcze przez dwa miesiące.
- A film?
- Musiałby zostać sfilmowany. A kamera to nie tabakiera, nie upchniesz jej w kieszeni. Musiałby o wszystkim wiedzieć…
To bez sensu. Nie da się wyczyścić ludzkiego umysłu ze wspomnień, nie w tak krótkim czasie. Owszem, po tygodniu taki trup jest już całkiem puściutki, ale na litość boską! To było tylko kilka godzin! W takich wypadkach zawsze coś zostanie! Wyblakłe wspomnienie, urwane myśli, obrazek siostry biegającej bez majtek – cokolwiek! Może rzeczywiście tu chodziło o duszę? Tylko czym miałaby niby być? Obłoczkiem, który opuszcza ciało po śmierci? Pamięcią o życiu? Bzdura, w takim wypadku nie byłoby aury wokół trupów. No i sama Elizabeth musiałaby być jej pozbawiona, skoro nieumarli podobno nie maja duszy… Ze złości zagryzła papierosa i połknęła go. Smakował obrzydliwie.
- Jest jeden sposób, żeby do czegoś dojść. Rzucić w diabły te puste dywagacje i sprawdzić ten burdel Gardner. Najpierw zdobądźmy pewność, że to ona. Potem będziemy się zastanawiać, jak to zrobiła…
- Z tego, co mówisz wynika, że trzeba dostać się na spektakle, które urządza. Tyle, że nie wpuszczą tam każdego. A już na pewno mnie czy ciebie. Za bardzo rzucamy się w oczy. Trzeba znaleźć kogoś świeżego, kogo jeszcze nie znają w półświatku…
Elizabeth zapaliła kolejnego papierosa i nagle w jej głowie zaświtała myśl. Uśmiechnęła się.
- Chyba mamy kogoś takiego…

Nie powiem, żeby Helena była zachwycona perspektywą wejścia do kinoteatru pełnego zepsutych dewiantów, a na dodatek udawania jednego z nich. Jej konserwatyzm pewnie trzeszczał w posadach, ale w końcu się zdecydowała. Prawdopodobnie zaważył obowiązek i zawziętość. Dojdzie wysoko ta mała, wysoko…W każdym razie niedługo potem wprowadziliśmy Helenę do grona klientów Gardner. Wszystko poszło gładko i zaskakująco szybko. Towarzystwo przyjęło młodą, rosyjską księżniczkę z otwartymi ramionami, prezentując wszystko, co mieli najlepszego. A właściwie najgorszego. Nasza protegowana przez pierwsze dwa tygodnie wyglądała jak na kacu, choć zapewniała, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Jakby nikt nie zauważył, jak wymiotuje w łazience.
Po zaledwie dwóch tygodniach Helena dotarła wreszcie do samego jądra, wąskiego kółeczka dopuszczonego do oglądania filmów kręconych przez sama Marthę. Już za nie można było zamknąć dziwkę na kilkanaście lat. Gwałty, tortury, niekiedy nawet okaleczanie prostytutek – cała gama najmocniejszych doznań, przefiltrowanych przez bezstronny obiektyw kamery. Ale potrzebowaliśmy jeszcze dowodów na to, że Martha odpowiadała za morderstwa. Okazało się, że sama nam pomogła. Pewnej nocy odwiedziła ze swoim projektorem Geralda Brooksa, jednego ze swoich stałych klientów. Dwa dni później pokojówka znalazła go martwego w swoim ulubionym fotelu, w niewielkim apartamencie na obrzeżach miasta. Mieliśmy teraz pewność, że Gardner stoi za morderstwami, potrzebowaliśmy jednak dowiedzieć się, jak to robiła. Był na to tylko jeden sposób. I choć zarówno mnie, jak i Markusowi diabelnie się on nie podobał, wprowadziliśmy go w życie…

Elizabeth z zadowoleniem przyznała, że czasem jednak dobrze mieć wampirze moce. Wystarczyła mała zabawa z umysłem, lekki impuls i już stawałeś się niewidzialny dla ludzkiego oka. Na szczęście zazwyczaj wystarczała tylko odrobina cienia, brak oddechu i głupota podejrzanego.
Wynajęli spore mieszkanie, w sąsiedztwie Elizabeth. Właściwie nawet nie wynajęli, co zajęli, bezpańskich apartamentów nie brakowało, trzeba je było tylko odświeżyć i nieco upiększyć. Zwłaszcza salon, który musiał wyglądać odpowiednio okazale. Na szczęście Gardner dała się złapać. Gdy tylko Helena zgłosiła chęć obejrzenia czegoś „mocniejszego”, Martha zgodziła się od razu. Przyszła niedługo po siódmej, ze sporą walizką, w której trzymała swój kinematograf. Był zdecydowanie inny od tych, jakie Elizabeth dotąd widziała: mniejszy, z dłuższym obiektywem, trzeba było go złożyć z części, lecz po uruchomieniu pracował cicho i bez problemów. Helena była podenerwowana, ale nie dała po sobie niczego poznać, czarując morderczynie swoim uśmiechem. Obecność ukrytych Elizabeth i Marcusa z pewnością dodawała jej otuchy.
Minęła godzina, zanim w końcu Martha uruchomiła projektor. Sama odsunęła się na bok, pozostawiając rosyjską księżniczkę sam na sam z obrazem o niezwykle wręcz dobrej jakości. Z początku nic specjalnego się nie działo: na wyświetlanym na ścianie filmie młody mężczyzna zadowalał starszego, brzuchatego wąsacza, a spod stukotu projektora Elizabeth słyszała dwa oddechy – spokojny oddech Heleny i przyspieszony Marthy. Widocznie burdelmama nie była w stanie pohamować swojej chuci… Stan ten trwał przez kolejne dziesięć minut, kiedy nagle coś się zmieniło. Taśma przeskoczyła z trzaskiem, który odbił się w uszach Craven niczym dzwon. W jednej chwili tętno Heleny przyspieszyło gwałtownie, podobnie jak jej oddech. Elizabeth widziała, jak dziewczyna z otwartymi ustami wpatrywała się w ekran, na którym mężczyzna gwałcił kobietę, jednocześnie wpychając do ust jej własną halkę; widziała, jak dłoń Heleny zsuwa się niżej, podwija sukienkę i sięga między uda. Stukot projektora ucichł, zmienił się w miarowy szum, spod którego czasem przebijały ciche pojękiwania Gerdner. Pokój wypełnił się nagle ciężkim zapachem ludzkiego ciała, zapachem seksualnego podniecenia. Elizabeth ogarnął niepokój: coś było nie tak, bardzo nie tak. Helena powinna już przestać i dać znak, tymczasem dziewczyna zdawała się coraz mocniej nakręcać. W końcu Craven wdarła się w umysł Heleny, by ją w jakiś sposób otrzeźwić, jednak zamiast myśli dziewczyny, znalazła tam kotłujące się, pełne pożądania, oślizgłe myśli kogoś innego. Wiły się jak węże, pożerając wszystko, co stanęło im na drodze, wciągając łapczywie w siebie, pozostawiając po sobie tylko czarną, obrzydliwą masę nienawiści i przemocy. W pewnej chwili mroczna plątanina zatrzymała się i spojrzała na Elizabeth swoim przekrwionym, żółtym ślepiem… a potem uśmiechnęła się szeroko.
Nagle przeciwległe drzwi się otworzyły i wpadł przez nie Marcus. Trzymał się za głowę, krew lała mu się strumieniem z nosa.
- Elizabeth, zatrzymaj film. – Krzyknął, krztusząc się własną juchą. – To ten kinematograf, to on…
Wampirzycy nie trzeba było powtarzać dwa razy tego samego, tym bardziej, że sama miała już dość tego mechanicznego pudła. Jednym susem dopadła do maszyny i uderzeniem laski strąciła taśmę, przerywając seans. Zapanowała całkowita ciemność, wśród której słychać było sapanie Marcusa i urywany oddech Heleny. No i Marthę. Gdy Carpenter wyskoczył z sąsiedniego pokoju, zerwała się na równe nogi. Myślała, że ciemności zapewni jej drogę ucieczki. I gdyby nie obecność wampira w pokoju, pewnie by się jej to udało. Elizabeth nie zamierzała być delikatna: gałką swojej laski trzasnęła kobietę w głowę, a następnie poprawiła kopniakiem. Ciało z hukiem strzaskało ozdobny stoliczek i upadło na ziemię.
Niemal w tym samym momencie Helena z krzykiem obudziła się, przy okazji aplikując Markusowi porządne uderzenie w twarz. Tak się kończy bycie rycerskim. Chwilę potem dziewczyna znów zemdlała, prawdopodobnie z powodu zapachu wszechobecnej juchy. Ale żyła. Wampirzyca uśmiechnęła się i usiadła w fotelu. Zapaliła papierosa i zaciągnęła się aromatycznym dymem.
- Ale było zabawnie, no nie?

Cóż, dla mnie to było całkiem zabawne. Przynajmniej tak to widzę z perspektywy czasu. Zabójczy kinematograf… kto by pomyślał? Niepozorne pudełeczko, które pożerało umysły, dusze czy co tam chcecie. Pudełeczko, które wciągało człowieka w prezentowany na ekranie obraz, podstawiając na jego miejsce sztucznie zaprojektowany konstrukt. Słodkie. I naprawdę zabawne. Umieściliśmy pudło w Domu Strachów, żeby Delia mogła się zająć rozpracowywaniem tego mechanizmu. Ona lubi bawić się tego rodzaju magicznymi zabawkami, zwłaszcza tymi zabójczymi. Ani ja, ani Marcus nie chcemy mieć z nim już więcej do czynienia. Choć do wizyt w kinoteatrach mnie nie zniechęci.
Helena całkiem nieźle zniosła fakt, że jakaś czarna i brzydka istota chciała jej wyssać umysł. Oczywiście zapewniała, że wszystko jest dobrze i jest gotowa do poświęceń, ale nie trudno było zauważyć, że przez następny miesiąc jakoś starała się mnie unikać. Maleństwo… Może to przez te zdjęcia, które nadal trzymam w komisariacie? Trudno powiedzieć. Co zabawne, mocno zbliżyła się do Marcusa. Kiedyś nawet zauważyłam, jak wychodzili z restauracji, a Helena kurczowo trzymała buszmena za rękaw płaszcza. Doprawdy, słodki widok. Zresztą, wydaje się, że i on nie jest jej obojętny… Martwi mnie tylko fakt, że czasem zdarza się jej popadać w głęboką zadumę i mówić, jakby do siebie. I brak snu, którego efekty próbuje ukryć pod makijażem… Będę musiała to zbadać. Czyżby to dziwne stworzenie zdołało wyrządzić jakieś zniszczenia w jej głowie?
A co do Marthy… Trzy dni po aresztowaniu przegryzła sobie żyły i trzeba było zamknąć ją w szpitalu dla obłąkanych. Stara dewiantka napawała się śmiercią innych:, kiedy nie wystarczało już krojenie i duszenie prostytutek, przerzuciła się na kinematograf. Po co? Czy obraz przepuszczony przez obiektyw kamery był lepszy? Realniejszy? Nie wiem… w każdym razie w przypadku Gardner przybrało to rozmiary uzależnienia. I gdy nie mogła aplikować sobie kolejnych dawek, zwariowała.
Swoją drogą, czy mi się tylko wydaje, czy też wszyscy moi aresztanci lądują na cmentarzu lub w psychiatryku? Ciekawe, bardzo ciekawe…

Wydarzenia

Ostatnie odpowiedzi